Przyjemne ciepło, jakie dawała aksamitnie miękka pościel ogrzewało ciało blond chłopaka, który wtulał się z uśmiechem w poduszę. Piękny sen, który miał nadzieję nie zniknie tak szybko jak się pojawił okalał zmysły śpiącego niczym erotyczna mgiełka rozkoszy. Śnił o ostro zarysowanej sylwetce, widocznych mięśniach, szerokich ramionach, delikatnych i zarazem dużych dłoniach. To wszystko składało się na jego idealnego mężczyznę. Nagle Colin poczuł jak ktoś składa na jego karku delikatne pocałunki, palce pieściły jego skórę a ciepły oddech owiewał jego kark dając poczucie rozkosznego ciepła.
-Kochanie, wstawaj. Dzieci same sobie nie zrobią śniadania!
-Mmm już, już, jeszcze tylko pięć minut… Zaraz. Jakie Dzieci? –Colin momentalnie otworzył oczy. Obok niego siedział Shigon w swoim czarnym szlafroku, uśmiechał się lekko z resztą tak jak miał w zwyczaju. Gdyby nie fakt, że właśnie wspomniał coś o dzieciach blondyn na pewno tak szybko nie uciekłby z sypialni. Od razu pomknął do pierwszych drzwi na prawo gdzie była łazienka, a raczej powinna być łazienka, ale jak na złość jej tam nie było. Wszedł do jasnego pokoiku z trzema małymi łóżeczkami, przy ścianie stała ogromna szafa z różnorakimi zabawkami. Skąd to wszystko tu się wzięło?
-Colin.-Shigon stał za swoim kochankiem obejmując go w pasie. –Może dziś podczas karmienia podzielisz się mleczkiem? Hmm?
Gdzieś w sąsiednim pokoju słychać było dziecięcy płacz. Z każdą chwilą stawał się głośniejszy i głośniejszy. Boże skąd wzięły się te dzieci?
-A jak tam nasza czwarta pociecha? –Spytał niski głos i po chwili na brzuchu jeszcze bardziej zszokowanego chłopaka pojawiły się dłonie partnera.
-Nieee!!! –Zerwał się z łóżka oblany zimnym potem, czuł na ciele dziwne dreszcze. Boże ten sen był taki chory, trzeba odstawić słodycze, jak jeszcze kiedyś Yuki namówi go na batony z likierem to chyba osobiście wybije mu z głowy wszelakie puste kalorię.
-Zły sen? –Kochanek siedział obok niego. Włosy, które ściął rok temu powoli zaczęły odrastać. Śmiesznie teraz wyglądał, ale z małą pomocą Colina udało się ujarzmić tą czuprynę.
-Okropny. Śniło mi się, że mieliśmy trójkę dzieci. –Westchnął przecierając dłonią spocone czoło.
-To faktycznie straszne, ale i biologicznie niemożliwe, więc nie musisz się bać, że kiedyś zajdziesz w ciążę. W sumie to już tyle razy się pieprzyliśmy, że gdyby to było możliwe właśnie tonęlibyśmy z morzu pieluch naszych licznych pociech. –Uśmiechnął się i wstał.
-Masz dużo pracy? –Spytał Colin z szerokim uśmiechem spoglądając na swoją dłoń, na której znajdowała się obrączką. I pomyśleć, że minęło tyle miesięcy od dnia ich zaślubin.
-Trochę tego mam, ale raczej mi nie pomożesz. Papierkowa robota nie należy do najprzyjemniejszych. -Zdjął szlafrok ukazując swoją umięśnioną sylwetkę, boże ta klata i szerokie ramiona, no po prostu brać bez zastanowienia tu i teraz.
(*q*)
-Colin ślinisz się?
-Hę? Ach, nie. –Otarł szybko usta, na co Shigon uśmiechnął się i podszedł do swojego kochanka od razu pochylając się nad jego ciałkiem.
-Czyżbyś miał chcicę? –Spytał i od tak położył dłoń na kroczu młodszego. Colin troszkę wyrósł przez ten czas, nie był już tak dziecinny. Teraz był wyższy i mimo, że nadal mizerny stał się jeszcze bardziej ponętny i seksowny. Nawet jego przyrodzenie nie było już takie drobniutkie jak kiedyś. –To Coś w twoich bokserkach wyraźnie domaga się uwagi.
-To Coś, nie słucha mojego mózgu i nie mam na To wpływu. –Westchnął bezradnie czując jak policzki przybierają kolor dorodnych pomidorów.
-Ja tak tego nie zostawię. – Zaśmiał się i przeszedł do tej ciekawszej części łóżkowych igraszek.
----
-COLIN!-Krzyknął Yuki rzucając się na przyjaciela.-Czas na nasze cotygodniowe dzielenie się łóżkowymi przeżyciami.
-Boże, ale razy mam ci mówić, że nigdy nie dzieliliśmy się czymś takim?
-No, bo kiedy ja zaczynam to ty wychodzisz z pokoju, jak ja mam dokończyć tę pierwszą rozmowę skoro ty nie chcesz nawet jej wysłuchać? –Spytał robiąc te swoje niewinne oczęta.-A na koncie jest ich coraz więcej i więcej, no plosię!
-Yuki w tym wieku mógłbyś używać poprawnego słownictwa wiesz? –Westchnął pukając chłopca w czoło.-Czy jeśli wysłucham jednego sprawozdania z twoich łóżkowych wyczynów to dasz mi spokój? –W duchu błagał Boga, aby tak się, przeto stało.
-Hmm… No niech będzie. –Uśmiechnął się. Siedząc na łóżku rozmawiali na wiadomy temat całkiem szczegółowo. Co chwila Yuki zapominał się i nieco zbyt dokładnie opisywał stosunek, więc w takich momentach Colin wyłączał uszy i starał się po prostu myśleć o czymś innym. –To może teraz Twoja kolej?
-Ej miałeś mnie już nie męczyć.
-Oj no weź, proszę. Bo będę używał niepoprawnego słownictwa, dlaczego nigdy nie chcesz mi opowiedzieć jak ci idzie z M-ę-ż-e-m? –Dźgnął kolegę w bok.
-Gdybyś nie był tak zajęty Samem, kiedy ja i Shigon pieprzyliśmy się na łóżku obok to wiedziałbyś jak mi z nim jest. –Pokazał mu język.
-Sądząc po Twoich jękach, które słychać w niemal całej drugiej części pensjonatu, musi ci być bardzo dobrze.-Mrugnął z tym swoim niewinnym uśmieszkiem.
-CO?
-Oj no, bo wiesz, te ściany nie są aż tak grube. Raz jak wieczorem odwiedziłem pokój Mirashy i Aloysa to obstawialiśmy, w jakiej pozycji w danej chwili jesteście. Mają pokój praktycznie pod apartamentem Shigona, więc wszystko było bardzo dobrze słychać. –Spojrzał na swojego przyjaciela, który miał teraz minę jakby cały świat mu się zawalił.-Em… Colin wszystko ok?
Colin sięgnął po poduszkę i rzucił się na chłopaka od razu rozpoczynając bitwę.-Wy zboczone, nieletnie, niewyżyte bachory. W tym wieku powinniście zajmować się czymś innym niż podsłuchiwaniem i pieprzeniem po pokojach.
-Ahahahaha nie bij!!!!
-Chłopcy!!- Tom wpadł do pokoju uśmiechnięty od ucha do ucha z wyraźnym zamiarem ogłoszenia jakiegoś newsa.-Słuchajcie szef załatwił wesołe miasteczko!
-JEEEJ! –Yuki zerwał się z łóżka od razu rzucając się na szyję starszemu koledze, który upadł na podłogę. Tom musiał naprawdę się postarać, żeby ten w końcu z niego zszedł. –Wesołe miasteczko? Nigdy nie byłem w wesołym miasteczku!!
-Teraz będziesz miał okazję. –Powiedział Colin z uśmiechem.
-Nigdy przedtem szef nie sprowadziłby wesołego miasteczka na wyspę, „Blondina” masz na niego dobry wpływ.- Tom zaśmiał się i zmierzwił blond kosmyki siedzącego nadal na swoim łóżku chłopaka.
----
Dwa dni później przy pensjonacie widać było już różne kolejki i stoiska z ciekawymi grami, wszyscy chłopcy byli tak uradowani przyjazdem atrakcji, że praktycznie o niczym innym nie gadali tylko chwalili się gdzie pójdą najpierw. Jak na nieszczęście Yuki na sam koniec pozostawił Colinowi niespodziankę w formie zamku strachu!
-Colin jak stamtąd wyjdziemy to ja zamawiam kolejną watę cukrową.
-Co? Zjadłeś już chyba z trzy! Zęby Ci się w końcu popsują od tych słodyczy. –Westchnął Colin i już miał skomentować to nieco ostrzej, ale jego przyjaciel pociągnął go w stronę tego cholernego zamku strachu. Samo wejście nie zapowiadało się najlepiej, wszędzie pajęczyny, krew, trupy i kości. „MATKO W NIEBIE ZABIERZ MNIE STĄD”! Jak na zawołanie jakaś kościana dłoń cudem znalazła się na ramieniu blond chłopaka, który wrzasnął jak kobieta i odskoczył w bok. „ALE NIE AŻ TAK DOSŁOWNIE”! Yuki wciąż się uśmiechał, szlag jak on to robi? Weszli w głąb zamku, coraz mniej im się to podobało, z każdą chwilą robiło się coraz straszniej i groźniej, nawet młodszy kolega Colina zaczął się denerwować.
-Ej, coraz mniej mi się to podoba. –Powiedział w końcu, kiedy doszli do jednej z salek i złapał się starszego za ramię. Na środku pomieszczenia stała trumna w dziwnym kobiecym kształcie. –Aaaa tylko nie to! Widziałem film z identyczną! To ta.. No! O Żelazna Dziewica!
-I niby, co siedziało w środku? –Spytał Colin patrząc na trumnę z lekką nutką obojętności.
-A, bo ja wiem? To raczej jest coś jakby maszyna do tortur..
-I, co myślisz, że ktoś z tego wyskoczy, albo ktoś nas tam wepchnie? Nie oglądałem może tego filmu, ale w sumie to dobrze. Przynajmniej nie wzbudza to we mnie takiego strachy. To, co idziemy dalej Yuki? – O_O – Yyyy Yuki? Ej gdzie jesteś? –Rozglądnął się, dookoła ale po chłopcu nie było ani śladu, kurde gdzie on się podział? – Przestań się chować, to nie jest śmieszne. Bo pójdę dalej sam i zostaniesz tutaj z tym dziwnym sarkofagiem! –Westchnął i skierował się do kolejnych drzwi, sam. Cóż, jak powiedział tak zrobił. Poza tym Yuki sam się o to prosił. Wszedł do pustego pomieszczenia. Było wyłożone cegłami, na podłodze leżało siano i trochę szmat w jednym z kątów. Colinowi to miejsce coś przypomniało. Zupełnie jak wtedy, gdy trafił do pensjonatu i zaczął się buntować nie przestrzegając panujących tam reguł. Wtedy Shigon postanowił zahartować nieco chłopaka i wsadzić go do piwnicznych lochów, gdzie miał czekać na brutalną karę. Przeczesał blond kosmyki i kucnął w jednym z kątów tuż obok poszarpanych szmat. Poczuł jak zbiera mu się na wymioty na samą myśl o tamtej nocy, kurna, po co wchodził do tego pojebanego zamku strachu. Dreszcze sunęły wzdłuż jego ciała, zimne poty lały się strugami po plecach a dłonie zaczęły drzeć jak w febrze. Pomieszczenie było klaustrofobiczne, tak małe, że izolatka przy nim wydawałaby się salonem. Poczuł jak wspomnienia wracają, jak brutalne dłonie pozostawiają na jego ciele bolesne blizny i szramy. -Shigon… -Jęknął zrozpaczony.
-COLIN! –W drzwiach pojawił się wysoki mężczyzna i od razu złapał chłopca za dłoń wyciągając go z izolatki. –Już dobrze! –Gładził dłonią jego włosy tuląc go do siebie bardzo mocno, kiedy tylko dowiedział się, że Yuki zaciągnął go do zamku strachu od razu wiedział, że może to nie być przyjemne dla ukochanego. Shigon dostał dokładny plan wszystkich atrakcji, a ten budynek i napis na jednym z pomieszczeń –„Klaustrofobia”- nie brzmiał zachęcająco. Pomimo, że kara, jaką zafundował Colinowi podniosła nieco jego odporność na ból to nabawił się dodatkowo złych wspomnień i niejakiego strachu do tak małych pomieszczeń. Chłopak milczał całą drogę do sypialni czarnowłosego. –Colin. –Szepnął Shigon klękając przed nim, gdy ten siedział już na łóżku patrząc się lekko zamglonym wzrokiem w jego twarz.
-Następnym razem Yuki idzie sam. –Westchnął w końcu chłopak i przetarł oczy swoimi dłońmi.
-Boże, ale mnie przestraszyłeś. –Starszy ułożył głowę na jego kolanach. –Następnym razem to ja Cię porwę w jakieś lepsze miejsce.
-Długo tu będzie to wesołe miasteczko?-Spytał Colin z uśmiechem, chciałby jeszcze tam pójść. No niekoniecznie do zamku strachu.
-Jeszcze dwa dni. Ale dziś już Cię stąd nie wypuszczę. –Pchnął młodszego na łóżko i gdy ten już leżał od razu wpił się w jego usta.
----
-Aaach Shigon! –Jęknął czując jak ten porusza się szybko w jego wnętrzu z coraz większa siłą. –Aj, o tu. Jeszcze! Mmm. –Przesunął paznokciami po plecach kochanka, gdy ten trafił w jego czuły punkt.
-Colin. –Złapał go w pasie i przyciągnął do siebie, dzięki czemu mógł kraść pocałunki i poruszać się w nim z łatwością. –Kocham Cię.
-Ja Ciebie… Ja też! Aaagh!
Jeszcze przez długi czas pensjonat słuchał tych jakże błogich jęków. Potem Yuki mógł pochwalić się Samowi, co kochankowie numer jeden robili w łóżku. Oczywiście Colin następnego dnia nakrył go z opiekunem w jednej z pustych klas, ale uznał, że lepiej zachować to w tajemnicy. Shigon zabrał ukochanego męża na nieco inną atrakcję, która okazała się idealna. Kto by pomyślał, że Colinowi spodoba się diabelski młyn, to chyba sprawka tego czarnowłosego przystojniaka, który w dosyć specyficzny sposób zajął się nim w wagoniku.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie 1. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie 1. Pokaż wszystkie posty
piątek, 27 września 2013
wtorek, 30 lipca 2013
Rozdział XX.
Colin leżał na łóżku całkiem załamany. Nie sądził, że spotkanie z wujem aż tak źle na niego wpłynie. Nie miał na nic ochoty, nawet jedzenie, które przysyłano do ich pokoju prawie w ogóle nie było przez niego naruszone. Shigon musiał naprawdę się natrudzić, aby przekonać go do zjedzenia choćby kilku gryzów. Większość czasu spędzał wpatrzony w sufit, jakiś niewidzialny punkt był teraz dla niego bardziej fascynujący niż cokolwiek innego. Nawet delikatna pieszczota, którą zafundował mu czarnowłosy nie zrobiła na nim większego wrażenia. Koniec świata pomyślałby sobie Yuki gdyby go teraz widział, Colin nie chce czułostek? Naprawdę musi być z nim źle.
-Colin. Mówiłem Ci już, że masz się nie przejmować. Nie oddam Cię. –Szepnął mu do ucha i delikatnie pogładził jego ramię. Jemu też było teraz ciężko. Myśl, że mógłby znowu stracić blondyna była dla niego nie do przyjęcia. Na dodatek okazało się, że ten zboczeniec, który na nieszczęście jest jego wujem zgwałcił chłopca. Gdyby nie zdrowy rozsądek to Shigon zabiłby skurwysyna gołymi rękoma.
-Mam dosyć. To mnie przerasta. – Szepnął cicho i schował twarz w poduszkę.
Shigon westchnął. Colin w takim stanie był gorszy niż kobieta z okresem. Mimo wszystko zaczął składać na karku chłopca delikatne i czułe pocałunki. Wiedział, że prędzej czy później maluch się przełamie, każdy ma jakąś granicę wytrzymałości.
Colin czuł delikatne mrowienie na szyi i ciepło w okolicach podbrzusza. To nie było jakieś widzi mi się Shigona… Wiedział, że mężczyzna chce go w ten sposób pocieszyć, pokazać, że nie jest sam i może na niego liczyć.
Przesunął językiem po uchu blondyna, który w końcu westchnął cicho mając nadzieję, że poduszka jakoś to zagłuszy. Shigon jednak nie zaprzestawał. Jego dłoń po chwili znalazła się pod koszulką chłopca, sunęła po brzuchu zataczając kółka w okolicy jego pępka aż w końcu spoczęła na jednym z jego sutków.
Cholerny Shigon dobrze wie, że to jeden z najwrażliwszych miejsc u chłopaka. Jęknął cicho czując jak mężczyzna szczypie jego twardniejący sutek i dodatkowo liże jego kark. Takich pieszczot w wykonaniu czarnowłosego nie dało się zignorować. Przewrócił się na plecy i wbił wzrok w oczy ukochanego. Ujrzał w nich coś na rodzaj smutku, ale i miłości.
-Colin. – Ucałował czule jego wargi. – Kocham Cię. –Usta zsunęły się na jego alabastrową szyję pieszcząc ją i pozostawiając delikatne, lecz mimo wszystko widoczne różowe malinki. Nic się teraz dla niego nie liczyło, najważniejszy był ten blond włosy skarb. Dla niego byłby zdolny zrobić wszystko. Strasznie bał się myśli, że mógłby ktoś go mu odebrać. Wiedział, co zrobić, ale ten pomysł mógł wypalić tylko wtedy, jeśli Colin wyrazi na to zgodę. Nigdy wcześniej czarnowłosy nie pomyślałby, że będzie aż tak zdeterminowany by zdecydować się na tak zwany środek ostateczny. Nie ma prawa do Colina? Jeszcze zobaczymy.
Chłopiec objął Shigona u szyi i pogłębił pocałunek. Tak bardzo potrzebował teraz ciepła drugiej osoby, nie chciał dać tego po sobie poznać, ale czuł wewnątrz siebie tą potrzebę. Po chwili leżał pozbawiony spodenek i koszulki. Widział jak czarnowłosy pożera go wzrokiem, pożądanie wręcz wyciekało z tych pięknych tęczówek. Dłonie starszego gdzieś znikły, poczuł je dopiero wtedy, kiedy uporały się z koszula, jaką miał na sobie czarnowłosy, potem znów wróciły do klatki piersiowej młodszego, pieszcząc ją bardzo zażarcie.
Wargi odnalazły jeden z sutków chłopca i mężczyzna z uśmiechem zaczął go ssać, podgryzać i lizać mrucząc przy tym jak zadowolony kot. Taki pieszczoty skutkowały usłyszeniem jęków przyjemności, którymi obdarzał uszy starszego Colin. Nie skończyło się na seksie. Shigon wiedział, kiedy może sobie na to pozwolić, a kiedy sytuacja wymaga więcej powagi. Mimo wszystko obaj leżeli przytuleni do siebie, Colin okryty silnymi rękoma ukochanego chciał ukryć się przed światem, miał go po prostu dosyć.
----
Wszedł do swojego gabinetu w jednym ze szpitali w Tokio. Chorobliwie białe pomieszczenie w równie nieskazitelnym budynku. Spojrzał na tabliczkę na swoim biurku gdzie widniał napis: Dr. Charles Harvey. Nigdy nie pomyślałby, że tak łatwo znajdzie pracę w Japonii skoro w Ameryce miał z tym takie problemy. Ktoś zapukał do drzwi.
-Proszę. –Powiedział głośniej i usiadł za biurkiem. Do środka weszła jedna z pielęgniarek w towarzystwie innego lekarza, dużo młodszego.
-Harvey-san przyniosłam kartotekę na jutrzejsze wizyty. Ma Pan dziś nocny dyżur prawda? –Młoda kobieta wydawała się zafascynowana mężczyzną.
-Tak. To tyle? –Spojrzał na nią całkiem obojętnie, jednak młodzieńca, który nadal stał w wejściu obdarzył życzliwym uśmiechem.
Kobieta skinęła głową i wyszła.
-Czuje do Ciebie mięte. –Zauważył z rozbawieniem młody doktor. – Dlaczego nie powiesz jej, że gustujesz w mężczyznach?
-A, po co? Niech sobie żyje ze swoimi złudnymi marzeniami, że kiedyś będzie mnie mieć na własność. Ja posłusznie spłodzę jej potomstwo i będzie happy end.
Harvey-san jesteś naprawdę okrutny. – Zaśmiał się zamykając drzwi. Usiadł na kolanach mężczyzny i przesunął ustami po jego szyi. – Dlaczego nie przyszedłeś wcześniej? Umówiliśmy się przecież na seks, a sala operacyjna była pusta.
-Musiałem coś załatwić. Spotkałem mojego siostrzeńca, którego miałem okazję zgwałcić. – Po tych słowach młodszy doktor spojrzał na Charlesa z niepokojem i wstał.
-I, co teraz?
-Jak to, co? Będę walczyć o to, co mi się należy, o jego tyłek do rżnięcia. –Zaśmiał się.
-A ja? Mówiłeś, że jest Ci ze mną dobrze. Myślałem, że to nie były puste słowa. Ja…
-Matsuru, naprawdę myślałeś, że Cię posuwam z miłości? Ile ty masz lat? Jesteś już na tyle dorosły, że chyba powinieneś przestać szukać związku i skupić się na czymś innym. Jeśli to wszystko, co masz mi do powiedzenia to możesz wyjść, mam jeszcze trochę pracy.
Dr. Matsuru spojrzał na byłego kochanka ze smutkiem w oczach i wyszedł może nieco za mocno zamykając drzwi, bo słychać było przy tym głośny trzask.
-Pff naiwniak. – Powiedział bardziej do siebie siedząc nadal za biurkiem.
----
-Co Pan wyprawia? –Powiedział John idąc za Shigonem przez miasto. Mężczyzna był z czegoś widocznie bardzo zadowolony. Jeszcze nigdy John nie widział swojego przełożonego w takim nastroju. – Przepraszam bardzo Pana, ale dlaczego idziemy właśnie tam?
-Mam pewien plan. I spodziewam się, że wypali. Posłuchaj mnie teraz John bardzo dokładnie. –Uśmiechnął się niecnie, kiedy weszli do ogromnego budynku. - Przyprowadzisz tutaj Colina dokładnie o szesnastej. Jasne?
-No dobrze. Ale…
-Żadnego „Ale”! Musisz to zrobić. Pamiętaj o szczegółach. –Poklepał go po plecach. – Sam pewnie będzie miał pretensje, że nie mógł tego widzieć, tak samo Yuki. Ale mamy mało czasu. –Pozostawił Johna przy wejściu a sam wszedł do jednego z Pokoi.
----
-John, o co chodzi?- Spytał Colin nie wiedząc jak się zachować. Mężczyzna pomagał mu ubrać jakiś dziwny garnitur.
-Idziemy na bardzo ważne wydarzenie, Pan Shigon zabiłby mnie gdybym puścił Cię tam bez garnituru. –Powiedział z delikatnym uśmiechem. – Musimy się spieszyć, jeśli się spóźnimy to zapewne ja za to tak czy siak oberwę.
-Shigon nic mi nie wspominał. –Odparł idąc za mężczyzną z lekkim niepokojem. Nigdy nie pomyślałby, że pójdzie na jakiekolwiek przyjęcie. Czuł coraz większy stres, nigdy nie był na imprezie a ta zapewne będzie mieć charakter biznesowy, a co jeśli zrobi coś nie tak? Co jeśli upokorzy Shigona a ten go przez to znienawidzi?- John ja nie jestem pewien czy powinienem iść.
-Nie masz wyboru. Shigon wyraźnie powiedział, że mam Cię tam zabrać. –Wsiedli do limuzyny, która po chwili ruszyła. –Colin jesteś naprawdę wyjątkowym chłopakiem, skoro Shigon stracił dla ciebie głowę.
-Hmm? Co masz na myśli?
-Nieważne. To będzie naprawdę ciekawe. – Resztę drogi John się nie odzywał, siedział jedynie i patrzył się za okno. Colinowi coraz mniej to się podobało.
Wysiedli przed sporych rozmiarów budynkiem. Nie wiedział, co pisze nad wyjściem, bo na nieszczęście nie znał japońskiego. John prowadził go jakimiś korytarzami aż w końcu zatrzymali się przed drzwiami, na których pisało z tego, co zrozumiał Colin „Sala nr. 5” Spodziewał się ujrzeć ogromne pomieszczenie pełne ludzi, stołów z jedzeniem, alkoholu, oraz rozbrzmiewającej klasycznej muzyki. To, co miał przed oczyma wcale tego nie przypominało. Pomieszczenie prawie puste nie licząc podestu, na którym stał jakiś mężczyzna za niewielkim stołem. Naprzeciwko Colina stał Shigon w garniturze. Uśmiechał się delikatnie, wyciągnął dłoń w kierunku blondyna, który jak na zawołanie podszedł do niego, pomimo, że nadal czuł się niepewnie.
-O, co tutaj chodzi?-Spytał w końcu, kiedy już stał trzymając w swojej dłoni tą większą czarnowłosego. Spletli ze sobą swoje palce, chłopiec poczuł znajome ciepło w piersi.
-To jedyny sposób abyś pozostał mój. –Powiedział Shigon i ucałował policzek ukochanego. –Wyjdź za mnie.
Oczy Colina rozszerzyły się w szoku. Wyjść za niego? – C-co? – Wydukał jedynie.
-Chce mieć Cię już zawsze przy sobie, nie bojąc się, że ktoś kiedykolwiek mógłby mi Ciebie odebrać. Chce się tobą opiekować, patrzeć na uśmiechniętą twarz i pocieszać, kiedy będziesz smutny. Mam jednak nadzieję, że przy mnie nigdy już nie będziesz chciał płakać. Pragnę nie tylko Twojego ciała, chce twego serca. –Szepnął czule. Uśmiechnął się widząc łzy szczęścia w oczach młodszego. – Obiecuję, że nigdy Cię nie opuszczę, dlatego proszę abyś zgodził się za mnie wyjść. Colin? Zrobisz to dla mnie? Dla Siebie? I… -Przytulił go mocno. – Dla Nas?
-Mówiłem Ci jak bardzo Cię kocham? –Powiedział Colin wtulając się w niego mocno. Nie wiedział, co mógłby powiedzieć, nigdy by nie pomyślał, że Shigon zrobić dla niego tak wiele, że posunie się do małżeństwa. –Ale czy ja mogę?
-Nie masz opiekuna, więc mimo wszystko możesz o sobie zdecydować, przynajmniej tutaj możesz. –Uśmiechnął się i spojrzał na mężczyznę, który miał za chwile udzielić im ślubu.
Cała uroczystość, o ile można było ją tak nazwać przebyła bez zbędnych komplikacji, przy momencie złożenia przysięgi gdzieś z kąta pokoju dobiegł ich dziwny dźwięk. Okazało się, że John pomimo prób opanowania w końcu się wzruszył. Colin i Shigon cały czas patrzyli na siebie z nieukrywanym uwielbieniem. Każdy powtórzył słowa przysięgi i nałożył ukochanemu obrączkę. „Pastor” nie musiał nawet pozwalać im się pocałować, oboje po chwili trwali w namiętnym pocałunku. Ich usta długo nie odrywały się od siebie, lecz w końcu brakło im powietrza i musieli zaprzestać.
Wyszli z budynku oficjalnie, jako małżeństwo. W limuzynie nie potrafili się od siebie oderwać, kto by pomyślał, że jeszcze parę miesięcy temu tych dwoje nie żywili do siebie jakichś specjalnych uczuć a teraz mogli mówić do siebie mężu. Z pojazdu szybko przenieśli się do hotelu i kiedy już byli w sypialni mogli rozpocząć coś na podobieństwo nocy poślubnej. Colin leżał już na łóżku całkiem nagi z resztą tak samo jak Shigon. Starszy błądził dłońmi po pięknym ciele swojego ukochanego, czuł narastające podniecenie, gorąc palił jego piersi, serce chciało wyskoczyć i ujrzeć światło dzienne. –Kocham Cię Colin. –Szepnął i wpił się namiętnie w jego delikatne usta, które odwzajemniły gest pogłębiając pocałunek. Dłoń czarnowłosego nie chciała czekać, zsunęła się na krocze młodszego pieszcząc je, za co Shigon został nagrodzony jękami rozkoszy. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie, ale tak naprawdę było szybkie, nie chcieli na nic czekać. Byli zbyt owładnięci pożądaniem by myśleć racjonalnie. Blondyn jęczał głośno czując w sobie palce starszego, które napierały na ścianki jego wnętrza, zginał je, wsuwał i robił rzeczy, które wcześniej nie przyszły mu do głowy. Chciał już go poczuć, tą przyjemną ciasnotę pomieszaną z gorącem. Dłonie chłopca spoczęły na ramionach Shigona. Ten widząc uśmiech na twarzy Colina wiedział, że jest to pozwolenie na zanurzenie się w tej rozkoszy. Nie tracąc czasu wszedł w niego mocnym pchnięciem.
-Aaaa! –Krzyknął błogo blondynek i wygiął się w łuk.
-Nie mogę dłużej czekać. –Westchnął czarnowłosy i zaczął się poruszać, gwałtownie, niemal rozpacznie. Zagryzł wargę czując jak bardzo ciasny jest chłopak. Wszystkie myśli umknęły, teraz liczyło się tylko to, że są razem i będą już na zawsze, że mogą czuć swoje rozpalone ciała przy sobie, słyszeć bicie serc i ciężkie oddechy łapczywie kradnące tlen z powietrza. Ruchy stawały się coraz szybsze, aż wstyd, ale wiedzieli, że długo nie wytrzymają. Zaspokojenie było teraz ich celem. Spełnienie było wspaniałe, to błogie uczucie zbierające się w środku człowieka uszło razem ze spermą. Leżąc na łóżku zmęczeni i spleceni ze sobą wsłuchiwali się w swoje przyśpieszone oddechy.
----
I co teraz? – Spytał Colin, gdy siedzieli już w samolocie.
-Wysłałem kopię aktu małżeńskiego do sądu, Twój wuj właśnie został pozbawiony jakichkolwiek praw do ciebie. –Pocałował Chłopca. – Teraz jesteś mój.
-A ja nie mam nic przeciwko. –Przytulił się do boku ukochanego. – Dziękuję.
-Za, co?
-Za wszystko. A zwłaszcza za Twoją miłość.
-Głuptas. Ale mój!
-Czeka nas zmierzenie się z wściekłym Yukim, gdy tylko dowie się o ślubie, na którym nie był. –Zauważył Colin.
-Jakoś damy sobie radę drogi Colinie.
-Ważne, że razem.
-Colin. Mówiłem Ci już, że masz się nie przejmować. Nie oddam Cię. –Szepnął mu do ucha i delikatnie pogładził jego ramię. Jemu też było teraz ciężko. Myśl, że mógłby znowu stracić blondyna była dla niego nie do przyjęcia. Na dodatek okazało się, że ten zboczeniec, który na nieszczęście jest jego wujem zgwałcił chłopca. Gdyby nie zdrowy rozsądek to Shigon zabiłby skurwysyna gołymi rękoma.
-Mam dosyć. To mnie przerasta. – Szepnął cicho i schował twarz w poduszkę.
Shigon westchnął. Colin w takim stanie był gorszy niż kobieta z okresem. Mimo wszystko zaczął składać na karku chłopca delikatne i czułe pocałunki. Wiedział, że prędzej czy później maluch się przełamie, każdy ma jakąś granicę wytrzymałości.
Colin czuł delikatne mrowienie na szyi i ciepło w okolicach podbrzusza. To nie było jakieś widzi mi się Shigona… Wiedział, że mężczyzna chce go w ten sposób pocieszyć, pokazać, że nie jest sam i może na niego liczyć.
Przesunął językiem po uchu blondyna, który w końcu westchnął cicho mając nadzieję, że poduszka jakoś to zagłuszy. Shigon jednak nie zaprzestawał. Jego dłoń po chwili znalazła się pod koszulką chłopca, sunęła po brzuchu zataczając kółka w okolicy jego pępka aż w końcu spoczęła na jednym z jego sutków.
Cholerny Shigon dobrze wie, że to jeden z najwrażliwszych miejsc u chłopaka. Jęknął cicho czując jak mężczyzna szczypie jego twardniejący sutek i dodatkowo liże jego kark. Takich pieszczot w wykonaniu czarnowłosego nie dało się zignorować. Przewrócił się na plecy i wbił wzrok w oczy ukochanego. Ujrzał w nich coś na rodzaj smutku, ale i miłości.
-Colin. – Ucałował czule jego wargi. – Kocham Cię. –Usta zsunęły się na jego alabastrową szyję pieszcząc ją i pozostawiając delikatne, lecz mimo wszystko widoczne różowe malinki. Nic się teraz dla niego nie liczyło, najważniejszy był ten blond włosy skarb. Dla niego byłby zdolny zrobić wszystko. Strasznie bał się myśli, że mógłby ktoś go mu odebrać. Wiedział, co zrobić, ale ten pomysł mógł wypalić tylko wtedy, jeśli Colin wyrazi na to zgodę. Nigdy wcześniej czarnowłosy nie pomyślałby, że będzie aż tak zdeterminowany by zdecydować się na tak zwany środek ostateczny. Nie ma prawa do Colina? Jeszcze zobaczymy.
Chłopiec objął Shigona u szyi i pogłębił pocałunek. Tak bardzo potrzebował teraz ciepła drugiej osoby, nie chciał dać tego po sobie poznać, ale czuł wewnątrz siebie tą potrzebę. Po chwili leżał pozbawiony spodenek i koszulki. Widział jak czarnowłosy pożera go wzrokiem, pożądanie wręcz wyciekało z tych pięknych tęczówek. Dłonie starszego gdzieś znikły, poczuł je dopiero wtedy, kiedy uporały się z koszula, jaką miał na sobie czarnowłosy, potem znów wróciły do klatki piersiowej młodszego, pieszcząc ją bardzo zażarcie.
Wargi odnalazły jeden z sutków chłopca i mężczyzna z uśmiechem zaczął go ssać, podgryzać i lizać mrucząc przy tym jak zadowolony kot. Taki pieszczoty skutkowały usłyszeniem jęków przyjemności, którymi obdarzał uszy starszego Colin. Nie skończyło się na seksie. Shigon wiedział, kiedy może sobie na to pozwolić, a kiedy sytuacja wymaga więcej powagi. Mimo wszystko obaj leżeli przytuleni do siebie, Colin okryty silnymi rękoma ukochanego chciał ukryć się przed światem, miał go po prostu dosyć.
----
Wszedł do swojego gabinetu w jednym ze szpitali w Tokio. Chorobliwie białe pomieszczenie w równie nieskazitelnym budynku. Spojrzał na tabliczkę na swoim biurku gdzie widniał napis: Dr. Charles Harvey. Nigdy nie pomyślałby, że tak łatwo znajdzie pracę w Japonii skoro w Ameryce miał z tym takie problemy. Ktoś zapukał do drzwi.
-Proszę. –Powiedział głośniej i usiadł za biurkiem. Do środka weszła jedna z pielęgniarek w towarzystwie innego lekarza, dużo młodszego.
-Harvey-san przyniosłam kartotekę na jutrzejsze wizyty. Ma Pan dziś nocny dyżur prawda? –Młoda kobieta wydawała się zafascynowana mężczyzną.
-Tak. To tyle? –Spojrzał na nią całkiem obojętnie, jednak młodzieńca, który nadal stał w wejściu obdarzył życzliwym uśmiechem.
Kobieta skinęła głową i wyszła.
-Czuje do Ciebie mięte. –Zauważył z rozbawieniem młody doktor. – Dlaczego nie powiesz jej, że gustujesz w mężczyznach?
-A, po co? Niech sobie żyje ze swoimi złudnymi marzeniami, że kiedyś będzie mnie mieć na własność. Ja posłusznie spłodzę jej potomstwo i będzie happy end.
Harvey-san jesteś naprawdę okrutny. – Zaśmiał się zamykając drzwi. Usiadł na kolanach mężczyzny i przesunął ustami po jego szyi. – Dlaczego nie przyszedłeś wcześniej? Umówiliśmy się przecież na seks, a sala operacyjna była pusta.
-Musiałem coś załatwić. Spotkałem mojego siostrzeńca, którego miałem okazję zgwałcić. – Po tych słowach młodszy doktor spojrzał na Charlesa z niepokojem i wstał.
-I, co teraz?
-Jak to, co? Będę walczyć o to, co mi się należy, o jego tyłek do rżnięcia. –Zaśmiał się.
-A ja? Mówiłeś, że jest Ci ze mną dobrze. Myślałem, że to nie były puste słowa. Ja…
-Matsuru, naprawdę myślałeś, że Cię posuwam z miłości? Ile ty masz lat? Jesteś już na tyle dorosły, że chyba powinieneś przestać szukać związku i skupić się na czymś innym. Jeśli to wszystko, co masz mi do powiedzenia to możesz wyjść, mam jeszcze trochę pracy.
Dr. Matsuru spojrzał na byłego kochanka ze smutkiem w oczach i wyszedł może nieco za mocno zamykając drzwi, bo słychać było przy tym głośny trzask.
-Pff naiwniak. – Powiedział bardziej do siebie siedząc nadal za biurkiem.
----
-Co Pan wyprawia? –Powiedział John idąc za Shigonem przez miasto. Mężczyzna był z czegoś widocznie bardzo zadowolony. Jeszcze nigdy John nie widział swojego przełożonego w takim nastroju. – Przepraszam bardzo Pana, ale dlaczego idziemy właśnie tam?
-Mam pewien plan. I spodziewam się, że wypali. Posłuchaj mnie teraz John bardzo dokładnie. –Uśmiechnął się niecnie, kiedy weszli do ogromnego budynku. - Przyprowadzisz tutaj Colina dokładnie o szesnastej. Jasne?
-No dobrze. Ale…
-Żadnego „Ale”! Musisz to zrobić. Pamiętaj o szczegółach. –Poklepał go po plecach. – Sam pewnie będzie miał pretensje, że nie mógł tego widzieć, tak samo Yuki. Ale mamy mało czasu. –Pozostawił Johna przy wejściu a sam wszedł do jednego z Pokoi.
----
-John, o co chodzi?- Spytał Colin nie wiedząc jak się zachować. Mężczyzna pomagał mu ubrać jakiś dziwny garnitur.
-Idziemy na bardzo ważne wydarzenie, Pan Shigon zabiłby mnie gdybym puścił Cię tam bez garnituru. –Powiedział z delikatnym uśmiechem. – Musimy się spieszyć, jeśli się spóźnimy to zapewne ja za to tak czy siak oberwę.
-Shigon nic mi nie wspominał. –Odparł idąc za mężczyzną z lekkim niepokojem. Nigdy nie pomyślałby, że pójdzie na jakiekolwiek przyjęcie. Czuł coraz większy stres, nigdy nie był na imprezie a ta zapewne będzie mieć charakter biznesowy, a co jeśli zrobi coś nie tak? Co jeśli upokorzy Shigona a ten go przez to znienawidzi?- John ja nie jestem pewien czy powinienem iść.
-Nie masz wyboru. Shigon wyraźnie powiedział, że mam Cię tam zabrać. –Wsiedli do limuzyny, która po chwili ruszyła. –Colin jesteś naprawdę wyjątkowym chłopakiem, skoro Shigon stracił dla ciebie głowę.
-Hmm? Co masz na myśli?
-Nieważne. To będzie naprawdę ciekawe. – Resztę drogi John się nie odzywał, siedział jedynie i patrzył się za okno. Colinowi coraz mniej to się podobało.
Wysiedli przed sporych rozmiarów budynkiem. Nie wiedział, co pisze nad wyjściem, bo na nieszczęście nie znał japońskiego. John prowadził go jakimiś korytarzami aż w końcu zatrzymali się przed drzwiami, na których pisało z tego, co zrozumiał Colin „Sala nr. 5” Spodziewał się ujrzeć ogromne pomieszczenie pełne ludzi, stołów z jedzeniem, alkoholu, oraz rozbrzmiewającej klasycznej muzyki. To, co miał przed oczyma wcale tego nie przypominało. Pomieszczenie prawie puste nie licząc podestu, na którym stał jakiś mężczyzna za niewielkim stołem. Naprzeciwko Colina stał Shigon w garniturze. Uśmiechał się delikatnie, wyciągnął dłoń w kierunku blondyna, który jak na zawołanie podszedł do niego, pomimo, że nadal czuł się niepewnie.
-O, co tutaj chodzi?-Spytał w końcu, kiedy już stał trzymając w swojej dłoni tą większą czarnowłosego. Spletli ze sobą swoje palce, chłopiec poczuł znajome ciepło w piersi.
-To jedyny sposób abyś pozostał mój. –Powiedział Shigon i ucałował policzek ukochanego. –Wyjdź za mnie.
Oczy Colina rozszerzyły się w szoku. Wyjść za niego? – C-co? – Wydukał jedynie.
-Chce mieć Cię już zawsze przy sobie, nie bojąc się, że ktoś kiedykolwiek mógłby mi Ciebie odebrać. Chce się tobą opiekować, patrzeć na uśmiechniętą twarz i pocieszać, kiedy będziesz smutny. Mam jednak nadzieję, że przy mnie nigdy już nie będziesz chciał płakać. Pragnę nie tylko Twojego ciała, chce twego serca. –Szepnął czule. Uśmiechnął się widząc łzy szczęścia w oczach młodszego. – Obiecuję, że nigdy Cię nie opuszczę, dlatego proszę abyś zgodził się za mnie wyjść. Colin? Zrobisz to dla mnie? Dla Siebie? I… -Przytulił go mocno. – Dla Nas?
-Mówiłem Ci jak bardzo Cię kocham? –Powiedział Colin wtulając się w niego mocno. Nie wiedział, co mógłby powiedzieć, nigdy by nie pomyślał, że Shigon zrobić dla niego tak wiele, że posunie się do małżeństwa. –Ale czy ja mogę?
-Nie masz opiekuna, więc mimo wszystko możesz o sobie zdecydować, przynajmniej tutaj możesz. –Uśmiechnął się i spojrzał na mężczyznę, który miał za chwile udzielić im ślubu.
Cała uroczystość, o ile można było ją tak nazwać przebyła bez zbędnych komplikacji, przy momencie złożenia przysięgi gdzieś z kąta pokoju dobiegł ich dziwny dźwięk. Okazało się, że John pomimo prób opanowania w końcu się wzruszył. Colin i Shigon cały czas patrzyli na siebie z nieukrywanym uwielbieniem. Każdy powtórzył słowa przysięgi i nałożył ukochanemu obrączkę. „Pastor” nie musiał nawet pozwalać im się pocałować, oboje po chwili trwali w namiętnym pocałunku. Ich usta długo nie odrywały się od siebie, lecz w końcu brakło im powietrza i musieli zaprzestać.
Wyszli z budynku oficjalnie, jako małżeństwo. W limuzynie nie potrafili się od siebie oderwać, kto by pomyślał, że jeszcze parę miesięcy temu tych dwoje nie żywili do siebie jakichś specjalnych uczuć a teraz mogli mówić do siebie mężu. Z pojazdu szybko przenieśli się do hotelu i kiedy już byli w sypialni mogli rozpocząć coś na podobieństwo nocy poślubnej. Colin leżał już na łóżku całkiem nagi z resztą tak samo jak Shigon. Starszy błądził dłońmi po pięknym ciele swojego ukochanego, czuł narastające podniecenie, gorąc palił jego piersi, serce chciało wyskoczyć i ujrzeć światło dzienne. –Kocham Cię Colin. –Szepnął i wpił się namiętnie w jego delikatne usta, które odwzajemniły gest pogłębiając pocałunek. Dłoń czarnowłosego nie chciała czekać, zsunęła się na krocze młodszego pieszcząc je, za co Shigon został nagrodzony jękami rozkoszy. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie, ale tak naprawdę było szybkie, nie chcieli na nic czekać. Byli zbyt owładnięci pożądaniem by myśleć racjonalnie. Blondyn jęczał głośno czując w sobie palce starszego, które napierały na ścianki jego wnętrza, zginał je, wsuwał i robił rzeczy, które wcześniej nie przyszły mu do głowy. Chciał już go poczuć, tą przyjemną ciasnotę pomieszaną z gorącem. Dłonie chłopca spoczęły na ramionach Shigona. Ten widząc uśmiech na twarzy Colina wiedział, że jest to pozwolenie na zanurzenie się w tej rozkoszy. Nie tracąc czasu wszedł w niego mocnym pchnięciem.
-Aaaa! –Krzyknął błogo blondynek i wygiął się w łuk.
-Nie mogę dłużej czekać. –Westchnął czarnowłosy i zaczął się poruszać, gwałtownie, niemal rozpacznie. Zagryzł wargę czując jak bardzo ciasny jest chłopak. Wszystkie myśli umknęły, teraz liczyło się tylko to, że są razem i będą już na zawsze, że mogą czuć swoje rozpalone ciała przy sobie, słyszeć bicie serc i ciężkie oddechy łapczywie kradnące tlen z powietrza. Ruchy stawały się coraz szybsze, aż wstyd, ale wiedzieli, że długo nie wytrzymają. Zaspokojenie było teraz ich celem. Spełnienie było wspaniałe, to błogie uczucie zbierające się w środku człowieka uszło razem ze spermą. Leżąc na łóżku zmęczeni i spleceni ze sobą wsłuchiwali się w swoje przyśpieszone oddechy.
----
I co teraz? – Spytał Colin, gdy siedzieli już w samolocie.
-Wysłałem kopię aktu małżeńskiego do sądu, Twój wuj właśnie został pozbawiony jakichkolwiek praw do ciebie. –Pocałował Chłopca. – Teraz jesteś mój.
-A ja nie mam nic przeciwko. –Przytulił się do boku ukochanego. – Dziękuję.
-Za, co?
-Za wszystko. A zwłaszcza za Twoją miłość.
-Głuptas. Ale mój!
-Czeka nas zmierzenie się z wściekłym Yukim, gdy tylko dowie się o ślubie, na którym nie był. –Zauważył Colin.
-Jakoś damy sobie radę drogi Colinie.
-Ważne, że razem.
KONIEC
/Dziękuję wam kochani za wytrwałość. To już koniec opowieści o losach Colina. Pamiętajcie jednak, że to nie oznacza końca działalności bloga. Już wkrótce pojawi się zupełnie nowe i mam nadzieję równie dobre opowiadanie, które zaciekawi was tak samo albo i bardziej niż to.
Dziękuję, wasza autorka.
piątek, 26 lipca 2013
Rozdział XIX.
Nagle ktoś otworzył drzwi klasy, co momentalnie przykuło uwagę wszystkich podopiecznych.
Do środka wpadł Saki wyraźnie czymś zdenerwowany. Rozglądnął się po pomieszczeniu i kiedy natrafił wzrokiem na jednego z chłopców od razu podszedł do nauczyciela, powiedział mu coś bardzo cicho i po chwili wyszedł z tą różnicą, że ciągnął za sobą czarnowłosego chłopca. Colin był bardzo ciekawy, o co mogło chodzić.
----
Dwa dni później zapukał do gabinetu swojego kochanka. Zgodnie z obietnicą mieli polecieć razem do Tokio.
-Twój wuj pracuje w jednym z tamtejszych szpitali. Zakładam, że prędzej czy później dowie się o tym, że żyjesz. –Szepnął, kiedy siedzieli już w prywatnym samolocie. Mężczyzna popijał drinka a Colin patrzył w widok za oknem. Lecieli właśnie nad oceanem, albo może morzem? Kto wie mogło to być równie dobrze jezioro, blondyn nie miał pojęcia gdzie znajduje się pensjonat. Shigon starał się zachować to w tajemnicy dla bezpieczeństwa chłopców. To tworzyło swoiste poczucie spokoju i ciszy.
-Uhm. Czy Saki mógł się zakochać?
-Saki? A czemu pytasz?-Spojrzał ciekawsko na blondyna.
-Kilka dni temu wpadł na lekcję tylko po to, żeby wyciągnąć z niej jakiegoś czarnowłosego chłopca.
-Ah rozumiem. To jego bratanek.
-Naprawdę?
-Saki pracuje tutaj dobrych parę lat, ale kiedy dowiedział się, że jego rodzina zginęła w wypadku i osierociła Tomohisę od razu poprosił mnie o sprowadzenie tutaj chłopaka. W sumie to i tak został jego prawnym opiekunem, więc mógł zadecydować gdzie będzie z nim mieszkać.
-Rozumiem. –Uśmiechnął się delikatnie na jego słowa.
-Brat Sakiego był od niego o siedem lat starszy. Pomimo, że nigdy nie miał okazji poznać swojego bratanka to postanowił się nim zająć.
-Bardzo dojrzale się zachował.
-Jak na niego? Faktycznie.
----
Na miejscu od razu samolot zamienili na limuzynę. Jechali w stronę hotelu, który zdaniem Shigona był jednym z najlepszych w Japonii. Budynek nosił nazwę „Mikoto&Shinchi” liczył około pięć pięter. Colin patrzył na niego z otwartymi ustami. Środek był równie zachwycający, tradycyjny i nowoczesny zarazem wystrój zachęcał, ale i jednocześnie odstraszał prawdopodobnie kosmicznymi cenami. Czarnowłosy podszedł do recepcji i już po chwili ciągnął za sobą Colina trzymając w ręku klucz do ich pokoju.
-APARTAMENT? – Blondyn o mało, co nie padł na zawał, kiedy stanął po środku ogromnego zdawałoby się mieszkania. Pomieściłoby bez problemu około 50 osób. –Jest ogromny!
-Myślisz, że wybrałbym coś, na co stać pierwszego lepszego turystę? Colin ja mam swój honor i…
-Ogromne ego, które nie pozwala Ci wynająć coś mniejszego? – Dokończył za niego chłopak siadając w jednym z foteli.
-Chyba za bardzo Cię rozpieściłem. –Podszedł do niego z uśmiechem, lecz po chwili całkiem zmienił wyraz twarzy. – Masz za długi jęzor.
-Możliwe, ale czy to nie jest może moja zaleta? –Zaśmiał się. Chyba polubi to dogryzanie starszemu.
Shigon skradł mu słodkiego całusa. – Czasem to dodaje Ci uroku… ale jak przed chwilą podkreśliłem „Czasem”, czyli nie teraz. –Uśmiechnął się ponownie kradnąc mu całusa.
----
Kolejne dni były naprawdę NUDNE! Shigon bez przerwy gdzieś znikał na całe dnie, blondyn dobrze wiedział, że chodzi o sprawy biznesowe, ale ile można zawracać sobie tym głowy? Widocznie długo. Colin w tym czasie zostawał w hotelu w towarzystwie czterech ochroniarzy. Na szczęście zaszczycił go swoją obecnością John, więc mógł z kimś normalnie porozmawiać. O ile normalną rozmową można nazwać gadanie o polityce, gospodarce, wiadomościach i pracy. Ech Colinowi czegoś w tym wszystkim brakowało. Czarnowłosego nie było i nie było, w końcu chłopak postanowił, że wymknie się z hotelu żeby pochodzić po okolicy. Pierwszy raz był w Tokio, więc chciał przynajmniej troszkę je pozwiedzać. Niesamowity klimat panujący w mieście od razu spodobał się blondynowi, ogromne budynki całe oblane neonowymi światłami zachęcały, aby wejść i ujrzeć ich rażące piękne wnętrze. Kluby, restauracje a gdzieniegdzie niewielkie straganiki z ulicznym jedzeniem, bądź pamiątkami czy nawet własnoręcznymi wyrobami.
Wszedł do jednej z niewielkich knajpek i posyłając do kelnera ciepły uśmiech zamówił sobie ramen i ciepłą herbatę. Zajął miejsce przy oknie, aby móc podziwiać mijających się na ulicy ludzi, ktoś po chwili jednak wyrwał go z letargu i dosiadł się nie pytając o pozwolenie.
-Owszem, może się Pan dosiąść, miejsca starczy jeszcze dla trzech osób. – Powiedział Colin może nieco zbyt ozięble.
-Może, chociaż przywitasz się z wujem? –Dopiero na te słowa blondyn jakby otrząsnął się i spojrzał na siedzącego na przeciwko niego mężczyznę.
Ciemnowłosy liczący sobie nie mniej niż czterdzieści lat osobnik spoglądał na chłopca z nieukrywanym rozbawieniem.
-Co język utknął ci w gardle? Może mam ci pomóc go wydostać hmm?
-Podziękuję. Jestem po amnezji, więc przykro mi, ale nadal mam ograniczoną ilość wspomnień. Nie kojarzę pana. –Colin starał się jakoś grać, żeby tylko, w magiczny sposób, zniechęcić wuja do siebie.
-Oj naprawdę? Mimo, że jestem lekarzem to nie specjalizuje się w urazach na tle psychicznym. Szkoda, że mnie zapomniałeś, w lesie byłeś naprawdę słodki.
-CO? – Colina jakby poraził piorun. W lesie? – Nie mam pojęcia, o czym mówisz. –I to prawda, nie miał zielonego pojęcia. – Nie przypominam sobie abym Cię wcześniej spotkał.
-Oj Colin, Colin… Ranisz moje uczucia. Jak mogłeś zapomnieć ten dzień. Kiedy uciekłeś z sierocińca a ja szukałem Cię wszędzie aż w końcu natrafiłem na ciebie w lesie i pokazałem jak to jest być dziwką. Tak słodko jęczałeś i płakałeś, kiedy mogłem zerżnąć Cię jak szmatę, po czym zostawiłem Cię w tym lesie nieprzytomnego z delikatnie potłuczoną główką.
Blondyn nie wierzył w to, co właśnie miał okazję usłyszeć. Więc to wszystko, to, co spotkało go w lesie i to, że stracił pamięć było spowodowane przez tego zboczonego starucha?
-Szkoda, że nie mogłem Cię zaadoptować. Nie miałem jeszcze wtedy pracy a i tak wolałem nieco poczekać. No, ale twoja ucieczka była mi nawet na rękę. –Uśmiechnął się i przesunął dłonią po udzie chłopca. Ten od razu wstał i odepchnął go od siebie.
-Nigdy więcej mnie nie dotkniesz.
-Mylisz się. Mam zamiar to zrobić jeszcze nie raz. Poza tym teraz, gdy już wiem, że żyjesz to mogę się tobą zająć, jako prawowity opiekun. Nie chciałbyś znowu poczuć się jak wtedy w lesie? Mogę ci obiecać, że nie dam Ci spokoju.. – Nagle coś przeleciało tuż koło ucha Colina i po chwili nóż zachwiał się niebezpiecznie wbity tuż koło ręki mężczyzny, która leżała na stole.
-Nie jest mi przykro, że przerywam tę jakże ohydną wypowiedź, ale ostrzegam Pana, że za kolejne słowo ten nóż wyląduje dokładnie między twoimi nogami. A wtedy nie będziesz miał już, czym posuwać kogokolwiek. – Shigon stał nad ich stolikiem obejmując pewną ręką blondyna w pasie. Jego mina wyrażała gniew, obrzydzenie i chęć mordu zarazem.
-Mały Shigon, dawno Cię nie widziałem…
-Więcej szacunku! Małe to jest twoje szczęście, bo akurat niefart chciał żebyś trafił na mnie. Colin jest pod moją opieką i…
-Nie sądzę. On jest teraz nieletnim bez opiekuna i ja nim powinienem być.
-Chyba naoglądałeś się za dużo filmów, nigdy nie dostaniesz praw względem Colina. Żaden rozsądny sąd tego nie zrobi.
-A myślisz, że tobie je dadzą? Musisz być bardzo naiwny skoro w to wierzysz. –Mężczyzna wstał. – Chłopak będzie mój. –I po tych słowach wyszedł.
Shigon razem z Colinem siedzieli w samochodzie i jechali z powrotem do hotelu.
-To jego wina. To on mi to zrobił.
-Colin…
-Nie chce być jego zabawką do pieprzenia. Nie chcę! Ja chce zostać z Tobą. –Jęknął boleśnie i przytulił się do ukochanego.
-Obiecałem Ci, że już zawsze przy Tobie będę. I dotrzymam obietnicy. – Czarnowłosy musnął delikatnie czoło chłopca i przytulił go do siebie mocno, ale i zarazem bardzo czule.
Do środka wpadł Saki wyraźnie czymś zdenerwowany. Rozglądnął się po pomieszczeniu i kiedy natrafił wzrokiem na jednego z chłopców od razu podszedł do nauczyciela, powiedział mu coś bardzo cicho i po chwili wyszedł z tą różnicą, że ciągnął za sobą czarnowłosego chłopca. Colin był bardzo ciekawy, o co mogło chodzić.
----
Dwa dni później zapukał do gabinetu swojego kochanka. Zgodnie z obietnicą mieli polecieć razem do Tokio.
-Twój wuj pracuje w jednym z tamtejszych szpitali. Zakładam, że prędzej czy później dowie się o tym, że żyjesz. –Szepnął, kiedy siedzieli już w prywatnym samolocie. Mężczyzna popijał drinka a Colin patrzył w widok za oknem. Lecieli właśnie nad oceanem, albo może morzem? Kto wie mogło to być równie dobrze jezioro, blondyn nie miał pojęcia gdzie znajduje się pensjonat. Shigon starał się zachować to w tajemnicy dla bezpieczeństwa chłopców. To tworzyło swoiste poczucie spokoju i ciszy.
-Uhm. Czy Saki mógł się zakochać?
-Saki? A czemu pytasz?-Spojrzał ciekawsko na blondyna.
-Kilka dni temu wpadł na lekcję tylko po to, żeby wyciągnąć z niej jakiegoś czarnowłosego chłopca.
-Ah rozumiem. To jego bratanek.
-Naprawdę?
-Saki pracuje tutaj dobrych parę lat, ale kiedy dowiedział się, że jego rodzina zginęła w wypadku i osierociła Tomohisę od razu poprosił mnie o sprowadzenie tutaj chłopaka. W sumie to i tak został jego prawnym opiekunem, więc mógł zadecydować gdzie będzie z nim mieszkać.
-Rozumiem. –Uśmiechnął się delikatnie na jego słowa.
-Brat Sakiego był od niego o siedem lat starszy. Pomimo, że nigdy nie miał okazji poznać swojego bratanka to postanowił się nim zająć.
-Bardzo dojrzale się zachował.
-Jak na niego? Faktycznie.
----
Na miejscu od razu samolot zamienili na limuzynę. Jechali w stronę hotelu, który zdaniem Shigona był jednym z najlepszych w Japonii. Budynek nosił nazwę „Mikoto&Shinchi” liczył około pięć pięter. Colin patrzył na niego z otwartymi ustami. Środek był równie zachwycający, tradycyjny i nowoczesny zarazem wystrój zachęcał, ale i jednocześnie odstraszał prawdopodobnie kosmicznymi cenami. Czarnowłosy podszedł do recepcji i już po chwili ciągnął za sobą Colina trzymając w ręku klucz do ich pokoju.
-APARTAMENT? – Blondyn o mało, co nie padł na zawał, kiedy stanął po środku ogromnego zdawałoby się mieszkania. Pomieściłoby bez problemu około 50 osób. –Jest ogromny!
-Myślisz, że wybrałbym coś, na co stać pierwszego lepszego turystę? Colin ja mam swój honor i…
-Ogromne ego, które nie pozwala Ci wynająć coś mniejszego? – Dokończył za niego chłopak siadając w jednym z foteli.
-Chyba za bardzo Cię rozpieściłem. –Podszedł do niego z uśmiechem, lecz po chwili całkiem zmienił wyraz twarzy. – Masz za długi jęzor.
-Możliwe, ale czy to nie jest może moja zaleta? –Zaśmiał się. Chyba polubi to dogryzanie starszemu.
Shigon skradł mu słodkiego całusa. – Czasem to dodaje Ci uroku… ale jak przed chwilą podkreśliłem „Czasem”, czyli nie teraz. –Uśmiechnął się ponownie kradnąc mu całusa.
----
Kolejne dni były naprawdę NUDNE! Shigon bez przerwy gdzieś znikał na całe dnie, blondyn dobrze wiedział, że chodzi o sprawy biznesowe, ale ile można zawracać sobie tym głowy? Widocznie długo. Colin w tym czasie zostawał w hotelu w towarzystwie czterech ochroniarzy. Na szczęście zaszczycił go swoją obecnością John, więc mógł z kimś normalnie porozmawiać. O ile normalną rozmową można nazwać gadanie o polityce, gospodarce, wiadomościach i pracy. Ech Colinowi czegoś w tym wszystkim brakowało. Czarnowłosego nie było i nie było, w końcu chłopak postanowił, że wymknie się z hotelu żeby pochodzić po okolicy. Pierwszy raz był w Tokio, więc chciał przynajmniej troszkę je pozwiedzać. Niesamowity klimat panujący w mieście od razu spodobał się blondynowi, ogromne budynki całe oblane neonowymi światłami zachęcały, aby wejść i ujrzeć ich rażące piękne wnętrze. Kluby, restauracje a gdzieniegdzie niewielkie straganiki z ulicznym jedzeniem, bądź pamiątkami czy nawet własnoręcznymi wyrobami.
Wszedł do jednej z niewielkich knajpek i posyłając do kelnera ciepły uśmiech zamówił sobie ramen i ciepłą herbatę. Zajął miejsce przy oknie, aby móc podziwiać mijających się na ulicy ludzi, ktoś po chwili jednak wyrwał go z letargu i dosiadł się nie pytając o pozwolenie.
-Owszem, może się Pan dosiąść, miejsca starczy jeszcze dla trzech osób. – Powiedział Colin może nieco zbyt ozięble.
-Może, chociaż przywitasz się z wujem? –Dopiero na te słowa blondyn jakby otrząsnął się i spojrzał na siedzącego na przeciwko niego mężczyznę.
Ciemnowłosy liczący sobie nie mniej niż czterdzieści lat osobnik spoglądał na chłopca z nieukrywanym rozbawieniem.
-Co język utknął ci w gardle? Może mam ci pomóc go wydostać hmm?
-Podziękuję. Jestem po amnezji, więc przykro mi, ale nadal mam ograniczoną ilość wspomnień. Nie kojarzę pana. –Colin starał się jakoś grać, żeby tylko, w magiczny sposób, zniechęcić wuja do siebie.
-Oj naprawdę? Mimo, że jestem lekarzem to nie specjalizuje się w urazach na tle psychicznym. Szkoda, że mnie zapomniałeś, w lesie byłeś naprawdę słodki.
-CO? – Colina jakby poraził piorun. W lesie? – Nie mam pojęcia, o czym mówisz. –I to prawda, nie miał zielonego pojęcia. – Nie przypominam sobie abym Cię wcześniej spotkał.
-Oj Colin, Colin… Ranisz moje uczucia. Jak mogłeś zapomnieć ten dzień. Kiedy uciekłeś z sierocińca a ja szukałem Cię wszędzie aż w końcu natrafiłem na ciebie w lesie i pokazałem jak to jest być dziwką. Tak słodko jęczałeś i płakałeś, kiedy mogłem zerżnąć Cię jak szmatę, po czym zostawiłem Cię w tym lesie nieprzytomnego z delikatnie potłuczoną główką.
Blondyn nie wierzył w to, co właśnie miał okazję usłyszeć. Więc to wszystko, to, co spotkało go w lesie i to, że stracił pamięć było spowodowane przez tego zboczonego starucha?
-Szkoda, że nie mogłem Cię zaadoptować. Nie miałem jeszcze wtedy pracy a i tak wolałem nieco poczekać. No, ale twoja ucieczka była mi nawet na rękę. –Uśmiechnął się i przesunął dłonią po udzie chłopca. Ten od razu wstał i odepchnął go od siebie.
-Nigdy więcej mnie nie dotkniesz.
-Mylisz się. Mam zamiar to zrobić jeszcze nie raz. Poza tym teraz, gdy już wiem, że żyjesz to mogę się tobą zająć, jako prawowity opiekun. Nie chciałbyś znowu poczuć się jak wtedy w lesie? Mogę ci obiecać, że nie dam Ci spokoju.. – Nagle coś przeleciało tuż koło ucha Colina i po chwili nóż zachwiał się niebezpiecznie wbity tuż koło ręki mężczyzny, która leżała na stole.
-Nie jest mi przykro, że przerywam tę jakże ohydną wypowiedź, ale ostrzegam Pana, że za kolejne słowo ten nóż wyląduje dokładnie między twoimi nogami. A wtedy nie będziesz miał już, czym posuwać kogokolwiek. – Shigon stał nad ich stolikiem obejmując pewną ręką blondyna w pasie. Jego mina wyrażała gniew, obrzydzenie i chęć mordu zarazem.
-Mały Shigon, dawno Cię nie widziałem…
-Więcej szacunku! Małe to jest twoje szczęście, bo akurat niefart chciał żebyś trafił na mnie. Colin jest pod moją opieką i…
-Nie sądzę. On jest teraz nieletnim bez opiekuna i ja nim powinienem być.
-Chyba naoglądałeś się za dużo filmów, nigdy nie dostaniesz praw względem Colina. Żaden rozsądny sąd tego nie zrobi.
-A myślisz, że tobie je dadzą? Musisz być bardzo naiwny skoro w to wierzysz. –Mężczyzna wstał. – Chłopak będzie mój. –I po tych słowach wyszedł.
Shigon razem z Colinem siedzieli w samochodzie i jechali z powrotem do hotelu.
-To jego wina. To on mi to zrobił.
-Colin…
-Nie chce być jego zabawką do pieprzenia. Nie chcę! Ja chce zostać z Tobą. –Jęknął boleśnie i przytulił się do ukochanego.
-Obiecałem Ci, że już zawsze przy Tobie będę. I dotrzymam obietnicy. – Czarnowłosy musnął delikatnie czoło chłopca i przytulił go do siebie mocno, ale i zarazem bardzo czule.
wtorek, 16 lipca 2013
Rozdział XVIII.
Colin obudził się dosyć wcześnie jak na tak męczący wieczór, który spędził z Shigonem, Yukim i Samem. Tyłek bolał niemiłosiernie i chyba nie tylko jego. Yuki leżący na drugim łóżku miał dosyć niewyraźną minę, która jednak zmieniała się, gdy tylko Sam obdarzał jego ciałko motylimi pocałunkami. Blondyn postarał się jakoś wygramolić z łóżka, ale w tym samym momencie Shigon objął go mocno w pasie.
-Gdzie uciekasz kociaku? – Ucałował kark chłopaka z władczym uśmiechem. – Chcesz mnie zostawić samego w łóżku po ostatniej nocy? Nie ładnie. – Mężczyzna nie dałby się tak łatwo pozbawić możliwości dotykania tego jakże uroczego ciałka małego Colina. Skoro już wylądowali w jednym łóżku i na dodatek mieli towarzystwo musieli stwarzać pozory szczęśliwej i kochającej się parki. No, ale przecież oni nawet nie musieli udawać.
Colin nie miał nic przeciwko pieszczotom i czułostkom, ale uparte z niego uke i naprawdę Shigon mógłby mu odpuścić przynajmniej, kiedy chce skorzystać z toalety. –Puść, muszę do łazienki. – Jęknął bezradnie. Jeśli tak dalej pójdzie to pęcherz mu eksploduje, na szczęście blondyn po chwili poczuł jak uścisk kochanka poluźnił się, co wykorzystał i wbiegł do sąsiedniego pomieszczenia. Po chwili rozległ się w środku cichy pomruk ulgi, chłopak stał z delikatnym uśmiechem i oddawał naturze to, co uciskało jego pęcherz. Słychać było również dźwięk zamykanych drzwi a parę minut później do toalety wszedł czarnowłosy i objął chłopca w pasie stojąc za nim widocznie bardzo z siebie zadowolony.
-Mmm Colinuś może Ci pomóc? –Obdarzył kark młodszego swoim ciepłym oddechem a dłonie poczęły zręcznie masować jego podbrzusze powoli zsuwając się niżej. Chłopiec zareagował tak jak się spodziewał starszy, jego policzki od razu przybrały barwę dojrzałych pomidorków a ręce niezdarnie starały się odsunąć te większe, pieszczące. – Poranna erekcja to nic złego. Zwłaszcza u chłopców w twoim wieku.
-Czy ja wyglądam jak trzynastolatek? Poza tym nie mam dziś poranne erekcji, Shigon daj spokój. –Westchnął bezradnie. Naprawdę czasem miał ochotę przywalić czarnowłosemu za takie uwagi kierowane pod jego adresem. –Puścisz mnie czy nie?
-Nie mam zamiaru. Chce się jeszcze nad tobą poznęcać. – Jak powiedział tak zrobił, z pokoju Colina jeszcze długo słychać było rozkoszne jęki.
----
Pora obiadowa nadeszła szybciej niż chłopak mógłby się spodziewać. Żołądek wyczekiwał tej chwili, ale kiedy tylko Colin dowiedział się, że musi zaspokoić swój głód flaczkami całkiem stracił apetyt. Yuki siedzący obok zdawał się nie przejmować wcale dziwną konsystencją dania, zajadał się jakby miał przed sobą stos czekolady. Blondyn ze zrezygnowanym wzrokiem nałożył sobie nieco sałatki selerowej i mozolnie począł męczeńską konsumpcję.
Gdzieś na balkonie obserwował swojego kochanka Shigon z nieukrywanym rozbawieniem. Czyżby blondyn należał do wybrednych? Aż takie miał wyrafinowane podniebienie? Chyba za bardzo go rozpieścił. Sam i John siedzieli przy stole niedaleko czarnowłosego i prowadzili jakąś dziwną rozmowę.
-No stary serio mówię zetnij te włosy, już są za długie. – Wypowiedział się Sam patrząc na kuzyna.
Szatyn pogładził swoje włosy. – Nie przesadzaj, aż tak źle?
-Długie włosy to były modne w średniowieczu i to tym nieeuropejskim. To takie niemęskie. –Zaśmiał się Sam.
Shigona te słowa poraziły jak piorun. Jego czarne włosy sięgały prawie do pasa, nienaruszone przez nożyczki zawsze w dotyku przypominały jedwab. A teraz poczuł się jakby ktoś go kopnął w brzuch, lub jak ten nieszczęsny kojot w kreskówkach, jakby ktoś zrzucił na niego czterotonowy kamień. Spojrzał na Sama wzrokiem, którego nie powstydziłby się głodny tygrys. Skutek był natychmiastowy, mężczyzna widząc twarz przełożonego wzdrygnął się i zajął jedzeniem. Pomimo, że temat skończył się równie szybko, co zaczął to Shigon miał nadal w głowie słowa Sama.
----
Colin dostał po zajęciach wiadomość od ukochanego. W sumie list był bardzo tajemniczy i nie wynikało z niego nic, co mogłoby posłużyć, jako ewentualna wskazówka, po co czarnowłosy chciał się z nim spotkać w swoim gabinecie. Sam i John wydawali się nieco spięci, kiedy blondyn minął ich na korytarzu. Nie chciał od razu robić za detektywa, więc skręcił w stronę gabinetu Shigona. Zapukał do drzwi, ale nie usłyszał odpowiedzi. Westchnął cicho i wszedł do środka. Rozglądnął się i w pewnym momencie jego spojrzenie przykuł ktoś, kto stał tyłem do drzwi tuż przy oknie.
-Kim jesteś? – Spytał Colin. Od tyłu postura nieznajomego wydawała się przypominać Shigona, ale te krótkie włosy. Kiedy mężczyzna odwrócił się do niego to Colin ledwo, co pozbierał szczękę z podłogi. – SHIGON?!
-Co? Postanowiłem w końcu ściąć te włosy. Dziwny przeciąg czuję na szyi, ale to nawet fajne. –Poprawił niesforne włosy opadające mu na czoło. – Jak wyglądam?
-Męsko?
Shigona trafił kolejny czterotonowy kamień. Więc to prawda? Był niemęski?
-Mi w każdej fryzurze się podobasz. –Poprawił się Colin i z uśmiechem pogładził śniące i nadal tak samo delikatne włosy ukochanego. – Co Cię skłoniło do zmiany image’u? Znając Ciebie miałeś jakiś powód.
-Uznałem, że zmiana dobrze mi zrobi. A tak na serio, to Sam poradził Johnowi, ja się tylko niewinnie im przysłuchiwałem i doszedłem do wniosku, że pora wydorośleć.
Colin uśmiechnął się szeroko i pocałował ukochanego, który odwzajemnił ten gest. Gdyby nie to, że miał zaraz trening to pchnąłby go na łóżko i się zabawił, ale blondynek wiedział, że będą mieć jeszcze wiele okazji.
-Za dwa dni muszę pojechać w pewne miejsce, chcesz się ze mną wybrać? –Spytał czarnowłosy podchodząc do biurka.
-Gdzie? –Colin usadowił się w fotelu za meblem zawalonym papierami.
-Do Tokio. Sprawy biznesowe. A jeśli się uda to zabierzemy ze sobą kilku nowych chłopców. Poza tym myślę, że czas coś zrobić w sprawie Twojej rodziny.
-Co masz na myśli? –Colin wiedział tyle, że ojciec i matka nie żyją. Ale co do reszty jakiś krewnych nie miał zielonego pojęcia. – Mam jeszcze kogoś?
-Prawdopodobnie tak. Z tego, co wiem był wuj. Od strony Twojej matki. –Powiedział tonem, który wcale nie wskazywał na jego zadowolenie. – Możliwe, że będzie się ubiegał o prawa do ciebie.
-A, co ja jestem przedmiot, że można się ubiegać o moją wolność?
-Byłeś przez parę miesięcy uznany za zaginionego a nawet rozważano Twoją śmierć, mogą się ubiegać o zrobienie badań. Jeśli dobrze pamiętam Twój wuj jest lekarzem, dla niego nie będzie problemem podrobić wyniki. Jeśli uznają, że nie jesteś zdolny, aby samodzielnie o siebie zadbać to od razu on stanie się Twoim prawnym opiekunem.
-A ty?
Shigon westchnął. – Nie jestem nawet Twoją rodziną. Gdybyśmy byli małżeństwem to, co innego nie miałby prawa ubiegać się o cokolwiek, bo już byłbyś pod moją opieką. – Pogładził jego włosy z delikatnym uśmiechem.
-Może nie będzie chciał mnie znaleźć. W końcu sam powiedziałeś, że uznano mnie nawet za zmarłego.
-Miejmy nadzieję.
----
Colin opuścił gabinet Shigona i westchnął na samą myśl, że czekają go jeszcze dwie godziny siedzenia na matematyce. Nadal miał śmieszne wrażenie, że znajduje się w niemagicznym Hogwarcie, inne przedmioty, nauczyciele (SEKSOWNY DYREKTOR) ale klimat budynku był bardzo zbliżony do tego magicznego zamku, który pochłonął chłopca kiedy czytał książkę. Siedział na lekcji patrząc się w tablicę, ale myślami był gdzieś daleko. Wrócił do wspomnień, kiedy mieszkał w rodzinnym domu i tylko od czasu do czasu mógł spotkać się z młodym Shigonem. Przypomniała mu się dosyć zabawna sytuacja, kiedy czarnowłosy tłumaczył mu, dlaczego ma długie włosy i nie chce ich ściąć. Uważał wtedy, że to podkreśla jego status społeczny. Colin nie miał pojęcia, co oznacza to słowo, więc skomentował je jakże inteligentnie: „To twój kaktus jest społeczny?” Cóż rymowało się, więc blondynowi mogło się pomylić. Oczywiście potem kolega wytłumaczył mu wszystko przy książkach. Shigon od najmłodszych lat był bardzo inteligentny i starał się uzyskiwać jak najlepsze wyniki we wszystkim, za co się zabierał.
-Colin!- Chłopca wyrwał z zamyślenia nauczyciel, który chciał, aby ten podszedł do tablicy i rozwiązał przykład. – Przestań bujać w obłokach i podejdź tu łaskawie.
Nagle ktoś otworzył drzwi klasy, co momentalnie przykuło uwagę wszystkich podopiecznych.
-Gdzie uciekasz kociaku? – Ucałował kark chłopaka z władczym uśmiechem. – Chcesz mnie zostawić samego w łóżku po ostatniej nocy? Nie ładnie. – Mężczyzna nie dałby się tak łatwo pozbawić możliwości dotykania tego jakże uroczego ciałka małego Colina. Skoro już wylądowali w jednym łóżku i na dodatek mieli towarzystwo musieli stwarzać pozory szczęśliwej i kochającej się parki. No, ale przecież oni nawet nie musieli udawać.
Colin nie miał nic przeciwko pieszczotom i czułostkom, ale uparte z niego uke i naprawdę Shigon mógłby mu odpuścić przynajmniej, kiedy chce skorzystać z toalety. –Puść, muszę do łazienki. – Jęknął bezradnie. Jeśli tak dalej pójdzie to pęcherz mu eksploduje, na szczęście blondyn po chwili poczuł jak uścisk kochanka poluźnił się, co wykorzystał i wbiegł do sąsiedniego pomieszczenia. Po chwili rozległ się w środku cichy pomruk ulgi, chłopak stał z delikatnym uśmiechem i oddawał naturze to, co uciskało jego pęcherz. Słychać było również dźwięk zamykanych drzwi a parę minut później do toalety wszedł czarnowłosy i objął chłopca w pasie stojąc za nim widocznie bardzo z siebie zadowolony.
-Mmm Colinuś może Ci pomóc? –Obdarzył kark młodszego swoim ciepłym oddechem a dłonie poczęły zręcznie masować jego podbrzusze powoli zsuwając się niżej. Chłopiec zareagował tak jak się spodziewał starszy, jego policzki od razu przybrały barwę dojrzałych pomidorków a ręce niezdarnie starały się odsunąć te większe, pieszczące. – Poranna erekcja to nic złego. Zwłaszcza u chłopców w twoim wieku.
-Czy ja wyglądam jak trzynastolatek? Poza tym nie mam dziś poranne erekcji, Shigon daj spokój. –Westchnął bezradnie. Naprawdę czasem miał ochotę przywalić czarnowłosemu za takie uwagi kierowane pod jego adresem. –Puścisz mnie czy nie?
-Nie mam zamiaru. Chce się jeszcze nad tobą poznęcać. – Jak powiedział tak zrobił, z pokoju Colina jeszcze długo słychać było rozkoszne jęki.
----
Pora obiadowa nadeszła szybciej niż chłopak mógłby się spodziewać. Żołądek wyczekiwał tej chwili, ale kiedy tylko Colin dowiedział się, że musi zaspokoić swój głód flaczkami całkiem stracił apetyt. Yuki siedzący obok zdawał się nie przejmować wcale dziwną konsystencją dania, zajadał się jakby miał przed sobą stos czekolady. Blondyn ze zrezygnowanym wzrokiem nałożył sobie nieco sałatki selerowej i mozolnie począł męczeńską konsumpcję.
Gdzieś na balkonie obserwował swojego kochanka Shigon z nieukrywanym rozbawieniem. Czyżby blondyn należał do wybrednych? Aż takie miał wyrafinowane podniebienie? Chyba za bardzo go rozpieścił. Sam i John siedzieli przy stole niedaleko czarnowłosego i prowadzili jakąś dziwną rozmowę.
-No stary serio mówię zetnij te włosy, już są za długie. – Wypowiedział się Sam patrząc na kuzyna.
Szatyn pogładził swoje włosy. – Nie przesadzaj, aż tak źle?
-Długie włosy to były modne w średniowieczu i to tym nieeuropejskim. To takie niemęskie. –Zaśmiał się Sam.
Shigona te słowa poraziły jak piorun. Jego czarne włosy sięgały prawie do pasa, nienaruszone przez nożyczki zawsze w dotyku przypominały jedwab. A teraz poczuł się jakby ktoś go kopnął w brzuch, lub jak ten nieszczęsny kojot w kreskówkach, jakby ktoś zrzucił na niego czterotonowy kamień. Spojrzał na Sama wzrokiem, którego nie powstydziłby się głodny tygrys. Skutek był natychmiastowy, mężczyzna widząc twarz przełożonego wzdrygnął się i zajął jedzeniem. Pomimo, że temat skończył się równie szybko, co zaczął to Shigon miał nadal w głowie słowa Sama.
----
Colin dostał po zajęciach wiadomość od ukochanego. W sumie list był bardzo tajemniczy i nie wynikało z niego nic, co mogłoby posłużyć, jako ewentualna wskazówka, po co czarnowłosy chciał się z nim spotkać w swoim gabinecie. Sam i John wydawali się nieco spięci, kiedy blondyn minął ich na korytarzu. Nie chciał od razu robić za detektywa, więc skręcił w stronę gabinetu Shigona. Zapukał do drzwi, ale nie usłyszał odpowiedzi. Westchnął cicho i wszedł do środka. Rozglądnął się i w pewnym momencie jego spojrzenie przykuł ktoś, kto stał tyłem do drzwi tuż przy oknie.
-Kim jesteś? – Spytał Colin. Od tyłu postura nieznajomego wydawała się przypominać Shigona, ale te krótkie włosy. Kiedy mężczyzna odwrócił się do niego to Colin ledwo, co pozbierał szczękę z podłogi. – SHIGON?!
-Co? Postanowiłem w końcu ściąć te włosy. Dziwny przeciąg czuję na szyi, ale to nawet fajne. –Poprawił niesforne włosy opadające mu na czoło. – Jak wyglądam?
-Męsko?
Shigona trafił kolejny czterotonowy kamień. Więc to prawda? Był niemęski?
-Mi w każdej fryzurze się podobasz. –Poprawił się Colin i z uśmiechem pogładził śniące i nadal tak samo delikatne włosy ukochanego. – Co Cię skłoniło do zmiany image’u? Znając Ciebie miałeś jakiś powód.
-Uznałem, że zmiana dobrze mi zrobi. A tak na serio, to Sam poradził Johnowi, ja się tylko niewinnie im przysłuchiwałem i doszedłem do wniosku, że pora wydorośleć.
Colin uśmiechnął się szeroko i pocałował ukochanego, który odwzajemnił ten gest. Gdyby nie to, że miał zaraz trening to pchnąłby go na łóżko i się zabawił, ale blondynek wiedział, że będą mieć jeszcze wiele okazji.
-Za dwa dni muszę pojechać w pewne miejsce, chcesz się ze mną wybrać? –Spytał czarnowłosy podchodząc do biurka.
-Gdzie? –Colin usadowił się w fotelu za meblem zawalonym papierami.
-Do Tokio. Sprawy biznesowe. A jeśli się uda to zabierzemy ze sobą kilku nowych chłopców. Poza tym myślę, że czas coś zrobić w sprawie Twojej rodziny.
-Co masz na myśli? –Colin wiedział tyle, że ojciec i matka nie żyją. Ale co do reszty jakiś krewnych nie miał zielonego pojęcia. – Mam jeszcze kogoś?
-Prawdopodobnie tak. Z tego, co wiem był wuj. Od strony Twojej matki. –Powiedział tonem, który wcale nie wskazywał na jego zadowolenie. – Możliwe, że będzie się ubiegał o prawa do ciebie.
-A, co ja jestem przedmiot, że można się ubiegać o moją wolność?
-Byłeś przez parę miesięcy uznany za zaginionego a nawet rozważano Twoją śmierć, mogą się ubiegać o zrobienie badań. Jeśli dobrze pamiętam Twój wuj jest lekarzem, dla niego nie będzie problemem podrobić wyniki. Jeśli uznają, że nie jesteś zdolny, aby samodzielnie o siebie zadbać to od razu on stanie się Twoim prawnym opiekunem.
-A ty?
Shigon westchnął. – Nie jestem nawet Twoją rodziną. Gdybyśmy byli małżeństwem to, co innego nie miałby prawa ubiegać się o cokolwiek, bo już byłbyś pod moją opieką. – Pogładził jego włosy z delikatnym uśmiechem.
-Może nie będzie chciał mnie znaleźć. W końcu sam powiedziałeś, że uznano mnie nawet za zmarłego.
-Miejmy nadzieję.
----
Colin opuścił gabinet Shigona i westchnął na samą myśl, że czekają go jeszcze dwie godziny siedzenia na matematyce. Nadal miał śmieszne wrażenie, że znajduje się w niemagicznym Hogwarcie, inne przedmioty, nauczyciele (SEKSOWNY DYREKTOR) ale klimat budynku był bardzo zbliżony do tego magicznego zamku, który pochłonął chłopca kiedy czytał książkę. Siedział na lekcji patrząc się w tablicę, ale myślami był gdzieś daleko. Wrócił do wspomnień, kiedy mieszkał w rodzinnym domu i tylko od czasu do czasu mógł spotkać się z młodym Shigonem. Przypomniała mu się dosyć zabawna sytuacja, kiedy czarnowłosy tłumaczył mu, dlaczego ma długie włosy i nie chce ich ściąć. Uważał wtedy, że to podkreśla jego status społeczny. Colin nie miał pojęcia, co oznacza to słowo, więc skomentował je jakże inteligentnie: „To twój kaktus jest społeczny?” Cóż rymowało się, więc blondynowi mogło się pomylić. Oczywiście potem kolega wytłumaczył mu wszystko przy książkach. Shigon od najmłodszych lat był bardzo inteligentny i starał się uzyskiwać jak najlepsze wyniki we wszystkim, za co się zabierał.
-Colin!- Chłopca wyrwał z zamyślenia nauczyciel, który chciał, aby ten podszedł do tablicy i rozwiązał przykład. – Przestań bujać w obłokach i podejdź tu łaskawie.
Nagle ktoś otworzył drzwi klasy, co momentalnie przykuło uwagę wszystkich podopiecznych.
sobota, 1 czerwca 2013
Rozdział XVII.
- Do jasnej kurwy nędzy!!! –W całym pensjonacie rozległ się głos Johna, był wyraźnie bardzo wkurzony. –TOM ZABIJE CIĘ!!
Colin akurat przechodził korytarzem, kiedy szatyn na niego wpadł.-Ajć John!
-Przepraszam młody. – Pomógł mu wstać. – Nie widziałeś może Toma?
-Nie, a coś się stało?
-Ten idiota miał naprawić hydraulikę! I tak ją naprawił, że zalało mi gabinet! Jak tylko go złapię to nogi z dupy powyrywam. – Mężczyzna skierował się do piwnicy gdzie często przesiadywał Czerwonowłosy.
„Współczuję Tomowi” Pomyślał z rozbawieniem Colin i pozbierał książki, które leżały jeszcze na podłodze. Miał zamiar zajrzeć do biblioteki a potem pójść z Yukim na trening gimnastyczny. Byli dopiero na czterech zbiórkach ze względu na porwanie blondyna i musieli nadrobić zaległości. Przyznawano już specjalizacje i Colinowi przypadł drążek a Yuki wybrał coś innego – gimnastykę wyczynową. Zastanawiał się czy nie wpaść jeszcze do Shigona, ale uznał, że lepiej będzie nie spóźnić się na trening. Szybko pobiegł do biblioteki oddać książki, po drodze wpadł na Deiwa w towarzystwie dwóch młodszych chłopców.
-Ja byłem pierwszy!
-Wcale nie, ja pierwszy zobaczyłem Deiwa i ja pierwszy chce mu zrobić dobrze.
„To już ludzie tutaj nie mają, o co się kłócić? „ Pomyślał Colin przyglądając się całemu zajściu.
-Oj owieczki nie kłóćcie się o mnie. –Zażartował starszy, bo widocznie ta sytuacja bardzo go rozbawiła i była mu na rękę. – Przecież możecie obaj mnie zadowolić jednocześnie.
-Ale on będzie mi przeszkadzał a udoskonaliłem swoją technikę! Chciałem Ci ją zademonstrować. – Powiedział drobny brunet.
Deiw trzymał oboje w bezpiecznej odległości a kiedy ujrzał postać Colina od razu rozpromieniał. – Colin, cześć słodziaku!
-Uhm.. Hej Deiw. Widzę, że jak zwykle zajęty.
-Owszem, mój dyżur się nie kończy, bez przerwy mam nowych klientów. –Westchnął widząc miny kłócących się chłopaków i złapał obu za dłonie.- Robaczki chodźcie do mnie to uzgodnimy, kto co, jak i gdzie? Dobrze? – Bez czekania na odpowiedź pociągnął ich za sobą.
-Papa. –Zaśmiał się Colin i w końcu wszedł spokojnie do biblioteki, oddał co miał w torbie i szybko pobiegł po Yukiego. Ten już czekał w pokoju tyle, że obściskiwał się z Samem i akurat Colin ich na tym nakrył. – Eeee Yuki-chan, bo się spóźnimy.
-Musimy iść? Ja najchętniej bym został. –Szatynek zrobił szczenięce oczka.
-Musimy. Później się zabawisz z Samem…
-A ze mną nie masz ochoty?-Za plecami blondyna rozległ się znajomy głos i nagle ktoś ucałował z wyraźną uciechą jego szyjkę. –No Colin zróbcie sobie dziś wolne i zadowolcie swoich partnerów. –Shigon przytulił się do jego pleców i pogładził krocze chłopaka.
-S-Shigon.. Ja. – Nie dokończył, bo starszy wpił się w jego usta i pchnął nieco w głąb pokoju zamykając jednocześnie drzwi. –ummmom ummhmmm….
-Co mówisz? – Zaśmiał się czarnowłosy, kiedy oderwał usta od tych słodkich i delikatnych swojego partnera.
-A oni? –Kiwnął głową w stronę Yukiego, który siedział na kolanach Sama.
-Oni zajmą się sobą a my sobą dzieciaku. –Usiadł na łóżku Colina i spojrzał na Sama. – Co na początek?
-Heh przydałoby się podniecić szefie.
-Chłopcy chyba nie musimy wam mówić, co macie robić prawda? – Po tych słowach Yuki i Colin trochę nieśmiało klęknęli przed swoimi partnerami i zsunęli ich spodnie razem z bielizną w dół. Szatynek wyglądał na dużo bardziej pewnego niż Colin, który trochę się wahał. No robienie tego na osobności jest lepsze, niż kiedy patrzą się na ciebie dwaj pozostali i wcale na to nieobojętni kochankowie. Yuki sunął językiem po całej długości penisa Sama, który z przymkniętymi oczyma gładził jego włosy. Colin zaś delikatnie krążył samym koniuszkiem po czubku członka Shigona. Mniej więcej w tym samym czasie oboje pochłonęli swoimi ustami męskości obojga kochanków. Blondyn czując się już swobodniej obciągał Shigonowi za każdym razem ssąc główkę jego penisa. Chłopcy czując jak ich partnerzy twardnieją im w ustach zdjęli z siebie ubrania i postanowili przejść do rzeczy. Colin pchnął nieco Shigona, przez co ten się położył na łóżku, po chwili blondyn usiadł mu na biodrach i nacelował jego penisa na swoje wejście. Bardzo powoli począł wykonywać niesamowite jak na niego ruchy. W przód, w tył, w górę i w dół, na boki oraz okrężne, przy których z cichymi westchnieniami zaciskał pośladki, co dostarczało jego partnerowi sporo przyjemności. Yuki w tym momencie położył się na swoim łóżku a Sam pochylając się nad nim mógł z pomrukami rozkoszy przejąć inicjatywę i wsuwać się w wnętrze młodszego. Starsi obdarowywali ciała swoich ukochanych maluchów motylimi pocałunkami, sunęli dłońmi w górę i w dół, bądź pieścili ich członki by mogli dojść wszyscy w jednym momencie. Shigon podniósł się do siadu i teraz mógł namiętnie całować Colina, który nabijał się na niego z coraz głośniejszymi jękami. W sumie nie musieli długo czekać na finisz. Doszli niemal jednocześnie.
-Sam nie zapomnij, że jutro masz prace. – Przypomniał Shigon tuląc do siebie śpiącego Colina, który słodko rozchylał swoje wargi przy każdym oddechu.
- Wiem. Zostawimy ich tak? – Szatyn spojrzał na spokojną i śpiącą twarz Yukiego, który ułożył się na jego torsie.
-Jak już tu jesteśmy to lepiej jak będziemy ich grzać przez tą noc. I kto wie, może będzie ich więcej.
Colin akurat przechodził korytarzem, kiedy szatyn na niego wpadł.-Ajć John!
-Przepraszam młody. – Pomógł mu wstać. – Nie widziałeś może Toma?
-Nie, a coś się stało?
-Ten idiota miał naprawić hydraulikę! I tak ją naprawił, że zalało mi gabinet! Jak tylko go złapię to nogi z dupy powyrywam. – Mężczyzna skierował się do piwnicy gdzie często przesiadywał Czerwonowłosy.
„Współczuję Tomowi” Pomyślał z rozbawieniem Colin i pozbierał książki, które leżały jeszcze na podłodze. Miał zamiar zajrzeć do biblioteki a potem pójść z Yukim na trening gimnastyczny. Byli dopiero na czterech zbiórkach ze względu na porwanie blondyna i musieli nadrobić zaległości. Przyznawano już specjalizacje i Colinowi przypadł drążek a Yuki wybrał coś innego – gimnastykę wyczynową. Zastanawiał się czy nie wpaść jeszcze do Shigona, ale uznał, że lepiej będzie nie spóźnić się na trening. Szybko pobiegł do biblioteki oddać książki, po drodze wpadł na Deiwa w towarzystwie dwóch młodszych chłopców.
-Ja byłem pierwszy!
-Wcale nie, ja pierwszy zobaczyłem Deiwa i ja pierwszy chce mu zrobić dobrze.
„To już ludzie tutaj nie mają, o co się kłócić? „ Pomyślał Colin przyglądając się całemu zajściu.
-Oj owieczki nie kłóćcie się o mnie. –Zażartował starszy, bo widocznie ta sytuacja bardzo go rozbawiła i była mu na rękę. – Przecież możecie obaj mnie zadowolić jednocześnie.
-Ale on będzie mi przeszkadzał a udoskonaliłem swoją technikę! Chciałem Ci ją zademonstrować. – Powiedział drobny brunet.
Deiw trzymał oboje w bezpiecznej odległości a kiedy ujrzał postać Colina od razu rozpromieniał. – Colin, cześć słodziaku!
-Uhm.. Hej Deiw. Widzę, że jak zwykle zajęty.
-Owszem, mój dyżur się nie kończy, bez przerwy mam nowych klientów. –Westchnął widząc miny kłócących się chłopaków i złapał obu za dłonie.- Robaczki chodźcie do mnie to uzgodnimy, kto co, jak i gdzie? Dobrze? – Bez czekania na odpowiedź pociągnął ich za sobą.
-Papa. –Zaśmiał się Colin i w końcu wszedł spokojnie do biblioteki, oddał co miał w torbie i szybko pobiegł po Yukiego. Ten już czekał w pokoju tyle, że obściskiwał się z Samem i akurat Colin ich na tym nakrył. – Eeee Yuki-chan, bo się spóźnimy.
-Musimy iść? Ja najchętniej bym został. –Szatynek zrobił szczenięce oczka.
-Musimy. Później się zabawisz z Samem…
-A ze mną nie masz ochoty?-Za plecami blondyna rozległ się znajomy głos i nagle ktoś ucałował z wyraźną uciechą jego szyjkę. –No Colin zróbcie sobie dziś wolne i zadowolcie swoich partnerów. –Shigon przytulił się do jego pleców i pogładził krocze chłopaka.
-S-Shigon.. Ja. – Nie dokończył, bo starszy wpił się w jego usta i pchnął nieco w głąb pokoju zamykając jednocześnie drzwi. –ummmom ummhmmm….
-Co mówisz? – Zaśmiał się czarnowłosy, kiedy oderwał usta od tych słodkich i delikatnych swojego partnera.
-A oni? –Kiwnął głową w stronę Yukiego, który siedział na kolanach Sama.
-Oni zajmą się sobą a my sobą dzieciaku. –Usiadł na łóżku Colina i spojrzał na Sama. – Co na początek?
-Heh przydałoby się podniecić szefie.
-Chłopcy chyba nie musimy wam mówić, co macie robić prawda? – Po tych słowach Yuki i Colin trochę nieśmiało klęknęli przed swoimi partnerami i zsunęli ich spodnie razem z bielizną w dół. Szatynek wyglądał na dużo bardziej pewnego niż Colin, który trochę się wahał. No robienie tego na osobności jest lepsze, niż kiedy patrzą się na ciebie dwaj pozostali i wcale na to nieobojętni kochankowie. Yuki sunął językiem po całej długości penisa Sama, który z przymkniętymi oczyma gładził jego włosy. Colin zaś delikatnie krążył samym koniuszkiem po czubku członka Shigona. Mniej więcej w tym samym czasie oboje pochłonęli swoimi ustami męskości obojga kochanków. Blondyn czując się już swobodniej obciągał Shigonowi za każdym razem ssąc główkę jego penisa. Chłopcy czując jak ich partnerzy twardnieją im w ustach zdjęli z siebie ubrania i postanowili przejść do rzeczy. Colin pchnął nieco Shigona, przez co ten się położył na łóżku, po chwili blondyn usiadł mu na biodrach i nacelował jego penisa na swoje wejście. Bardzo powoli począł wykonywać niesamowite jak na niego ruchy. W przód, w tył, w górę i w dół, na boki oraz okrężne, przy których z cichymi westchnieniami zaciskał pośladki, co dostarczało jego partnerowi sporo przyjemności. Yuki w tym momencie położył się na swoim łóżku a Sam pochylając się nad nim mógł z pomrukami rozkoszy przejąć inicjatywę i wsuwać się w wnętrze młodszego. Starsi obdarowywali ciała swoich ukochanych maluchów motylimi pocałunkami, sunęli dłońmi w górę i w dół, bądź pieścili ich członki by mogli dojść wszyscy w jednym momencie. Shigon podniósł się do siadu i teraz mógł namiętnie całować Colina, który nabijał się na niego z coraz głośniejszymi jękami. W sumie nie musieli długo czekać na finisz. Doszli niemal jednocześnie.
-Sam nie zapomnij, że jutro masz prace. – Przypomniał Shigon tuląc do siebie śpiącego Colina, który słodko rozchylał swoje wargi przy każdym oddechu.
- Wiem. Zostawimy ich tak? – Szatyn spojrzał na spokojną i śpiącą twarz Yukiego, który ułożył się na jego torsie.
-Jak już tu jesteśmy to lepiej jak będziemy ich grzać przez tą noc. I kto wie, może będzie ich więcej.
sobota, 11 maja 2013
Rozdział XVI.
-Yuki pewnie będzie ci wdzięczny. – Odparł Colin leżąc na stole i patrząc na Shigona nieco zrezygnowanym wzrokiem. Nie chodziło o to, że nie ma ochot na seks, bardziej bolało go to, że z powodu swojej osoby tylu ludzi ucierpiało.
-Teraz nie oni są ważni. Bardzo się o ciebie bałem. –Westchnął mężczyzna i po chwili kładł już malca na pościeli swojego łóżka. – Cholernie się przestraszyłem, kiedy odkryłem, że ktoś mi Ciebie porwał. – Ułożył głowę na torsie blondynka i przymknął oczy. – Muszę Cię bardziej pilnować żeby to się już nigdy nie powtórzyło.
Colin przeczesał lśniące włosy ukochanego z uśmiechem. I pomyśleć, że niedawno chciał uciec z pensjonatu a wtedy w celi błagał w duchu żeby tam wrócić. Przyzwyczaił się do tego miejsca, i w sumie nie potrafiłby teraz odejść i zostawić Shigona. – Mam pytanko. – Szepnął z uśmiechem.
-Jakie słodziaku?
-Możemy przełożyć moją karę na inny dzień? Jestem zmęczony. –Ziewnął przymykając oczy. – No i w sumie mam sporo zaległości, jeśli chodzi o naukę.
- O to się nie martw. Masz kilka dni przerwy żeby nadgonić z nauką i odsapnąć. Aha i masz mi dużo jeść, nie wiem, czym Cię tam karmili, ale zniknęła połowa mojego Colina. – Zaśmiał się Shigon. – A teraz spać! –Okrył chłopca kołdrą i objął ramionami. –Dobranoc. – Pocałował chłopca delikatnie nim blondynek zasnął.
Następnego dnia Colin wrócił do swojej sypialni. Yuki chwalił się, jaką wspaniałą noc przeżył z Samem i dziękował chłopcu za rady. Shigon miał sporo roboty. Okazało się, że jego ojciec miał na sumieniu więcej niż się go posądzało. Colin nie chciał mu w żaden sposób przeszkadzać, więc póki, co starał się nadrobić zaległości. Poprosił Alexa i Deiwa o pomoc w nauce. I faktycznie Alex bardzo pomagał zaś Deiw… cóż bardzo przeszkadzała mu ochota na zabawienie się z chłopcami siedzącymi przy sąsiednim stoliku.
-A teraz zajmij się tangensem dobrze? – Alex mógłby robić bez problemu za nauczyciela, naprawdę znał się na rzeczy.
- O tak? – Spytał chłopiec po chwili i podsunął starszemu kartkę pod nos.
-Zrobiłeś błąd w trzeciej linijce.
-Serio? Gdzie?-Colin spojrzał na przykład.
-O tutaj. –Wskazał palcem.
-Aha faktycznie. To ja zacznę od nowa. – Złapał za ołówek i poprawił błąd.
-Bosz Alex nuuudno! – Deiw puknął kolegę w czubek głowy. – Zróbmy coś, młodemu nieźle idzie tak czy siak. Ej a może przerwa od nauki i pójdziemy na basen?
-Nie.. Nauka jest bardzo ważna poza tym kiedyś Colinowi bardzo się przyda ta wiedza…
-A, do czego mu się niby przyda sinus i cosinus? Mnie się do niczego nie przydał. –Złapał blondyna za rękę. – No, co ty na to kolego? Idziemy się odprężyć?
-A-ale.. – Nie zdążył nic powiedzieć, bo ten już ciągnął ich w stronę budynku z basenem. Dopóki nie ociepli się dostatecznie muszą zadowolić się krytym basenem. Na miejscu okazało się, że nie tylko oni wpadli na ten pomysł. W wodzie było już przynajmniej 15 osób. Kiedy zorientowali się, kto ma zamiar do nich dołączyć od razu rozległy się piski entuzjazmu.
-DEIW, ALEX!!! Chodźcie do nas!!
-Poszczęściło nam się Alex mamy tu sporo ślicznych chłopców. –Kiedy już Deiw znalazł się w wodzie od razu napadło go pięciu chłopaczków.
-Czy mi się wydaje, czy jemu chodziło o to od początku? –Odparł Colin z nieco dziwną miną.
-Cóż jemu zawsze o to chodzi.-Westchnął Alex.
-A tobie nie?
-Też, ale nie tak jak jemu. Można powiedzieć, że on i Saki konkurują ze sobą.
-To znaczy?
-Mają zawody, kto zaliczy więcej chłopców.
-I kto wygrywa?
Alex zastanowił się chwilkę. – Póki, co Deiw wygrywa. –Wepchnął Colina do basenu. – No a teraz się odprężamy.
Colin przepłynął się kilka razy wzdłuż basenu. Trudno było się odprężyć przy jękach chłopaków spowodowanych pieszczotami Deiwa, ale blondynek już się przyzwyczaił do tego typu sytuacji. Ktoś nagle rzucił w niego piłką, spojrzał zdezorientowany w kierunku skąd przyleciała. Stał tam John.
-Hej Colin wpadnij do Shigona.
-Och.. No dobrze, zaraz przyjdę.
Po niecałych dwudziestu minutach, które poświęcił na wysuszeniu się i doprowadzenia do porządku Colin stawił się w gabinecie Shigona.
-Coś się stało?
-A czy musi się coś stać? Chciałem Cię po prostu zobaczyć. –Objął kochanka i ucałował jego czoło. – Jak idzie nadrabianie zaległości? Słyszałem, że Alex Ci pomaga.
-No i Deiw, ale jemu troszkę się nie chce.-Pokazał mu język i usiadł na krześle za biurkiem. –Dużo masz roboty? Nie chce przeszkadzać.
-Tylko nieco papierów, załatwiam nowych podopiecznych. Ostatnio w sierocińcu w Londynie przybyło sporo dzieci, które straciły rodziców w zamachu terrorystycznym. No i muszę załatwić przebudowę budynku z pokojami będziemy go powiększać. Może trafi się Tobie i Yukiemu większy pokój. – Otworzył na chwilkę okno, żeby nieco się przewietrzyło.
-Rozumiem. Shigon mam pytanie.
-Jakie?
-Czy podopiecznie w ogóle wychodzą z pensjonatu gdziekolwiek? Do miasta, jadą na wycieczki gdzieś poza miejsce gdzie jesteśmy?
-Dopóki mają okres nauki nie mają czasu. Ale w wakacje owszem istnieje taka opcja. A co nadal masz małe wrażenie, że trzymam ich tu bez przerwy i nie pozwalam nigdzie wychodzić? Oj Colin, przecież mówiłem, że oni po nauce i osiągnięciu pełnoletności mogą ubiegać się o prace i normalne życie poza pensjonatem, nawet my im pomagamy tą pracę znaleźć. Zaczekaj coś Ci pokażę. –Wyjął z szafy wielką teczkę i położył ją na biurku. – To są chłopcy, którzy opuścili pensjonat i mają teraz normalne życie. Czasem nawet nas odwiedzają.
Colin przeglądał teczkę z uśmiechem, przy każdym nazwisku było zdjęcie, zawód i data opuszczenia pensjonatu. - Ja–też kiedyś odejdę? – Spojrzał na czarnowłosego, który przez chwilę milczał.
-Jeśli będziesz tego chciał. –Schował teczkę z powrotem. – A chciałbyś odejść i już mnie więcej nie zobaczyć a jeśli już to raz na jakiś czas?
-Nie, chce z Tobą być już na zawsze. I tak nie mam, do kogo wracać, a tu czuję, że ktoś na mnie czeka i cieszy się z mojej obecności.
-Mówiłem już, że Cię kocham? –Złożył na jego ustach delikatny pocałunek.
-Mówiłeś, ale nie obrażę się, jeśli to powtórzysz.
-Kocham Cię Colinie. –Pogłębił pocałunek.
-Teraz nie oni są ważni. Bardzo się o ciebie bałem. –Westchnął mężczyzna i po chwili kładł już malca na pościeli swojego łóżka. – Cholernie się przestraszyłem, kiedy odkryłem, że ktoś mi Ciebie porwał. – Ułożył głowę na torsie blondynka i przymknął oczy. – Muszę Cię bardziej pilnować żeby to się już nigdy nie powtórzyło.
Colin przeczesał lśniące włosy ukochanego z uśmiechem. I pomyśleć, że niedawno chciał uciec z pensjonatu a wtedy w celi błagał w duchu żeby tam wrócić. Przyzwyczaił się do tego miejsca, i w sumie nie potrafiłby teraz odejść i zostawić Shigona. – Mam pytanko. – Szepnął z uśmiechem.
-Jakie słodziaku?
-Możemy przełożyć moją karę na inny dzień? Jestem zmęczony. –Ziewnął przymykając oczy. – No i w sumie mam sporo zaległości, jeśli chodzi o naukę.
- O to się nie martw. Masz kilka dni przerwy żeby nadgonić z nauką i odsapnąć. Aha i masz mi dużo jeść, nie wiem, czym Cię tam karmili, ale zniknęła połowa mojego Colina. – Zaśmiał się Shigon. – A teraz spać! –Okrył chłopca kołdrą i objął ramionami. –Dobranoc. – Pocałował chłopca delikatnie nim blondynek zasnął.
Następnego dnia Colin wrócił do swojej sypialni. Yuki chwalił się, jaką wspaniałą noc przeżył z Samem i dziękował chłopcu za rady. Shigon miał sporo roboty. Okazało się, że jego ojciec miał na sumieniu więcej niż się go posądzało. Colin nie chciał mu w żaden sposób przeszkadzać, więc póki, co starał się nadrobić zaległości. Poprosił Alexa i Deiwa o pomoc w nauce. I faktycznie Alex bardzo pomagał zaś Deiw… cóż bardzo przeszkadzała mu ochota na zabawienie się z chłopcami siedzącymi przy sąsiednim stoliku.
-A teraz zajmij się tangensem dobrze? – Alex mógłby robić bez problemu za nauczyciela, naprawdę znał się na rzeczy.
- O tak? – Spytał chłopiec po chwili i podsunął starszemu kartkę pod nos.
-Zrobiłeś błąd w trzeciej linijce.
-Serio? Gdzie?-Colin spojrzał na przykład.
-O tutaj. –Wskazał palcem.
-Aha faktycznie. To ja zacznę od nowa. – Złapał za ołówek i poprawił błąd.
-Bosz Alex nuuudno! – Deiw puknął kolegę w czubek głowy. – Zróbmy coś, młodemu nieźle idzie tak czy siak. Ej a może przerwa od nauki i pójdziemy na basen?
-Nie.. Nauka jest bardzo ważna poza tym kiedyś Colinowi bardzo się przyda ta wiedza…
-A, do czego mu się niby przyda sinus i cosinus? Mnie się do niczego nie przydał. –Złapał blondyna za rękę. – No, co ty na to kolego? Idziemy się odprężyć?
-A-ale.. – Nie zdążył nic powiedzieć, bo ten już ciągnął ich w stronę budynku z basenem. Dopóki nie ociepli się dostatecznie muszą zadowolić się krytym basenem. Na miejscu okazało się, że nie tylko oni wpadli na ten pomysł. W wodzie było już przynajmniej 15 osób. Kiedy zorientowali się, kto ma zamiar do nich dołączyć od razu rozległy się piski entuzjazmu.
-DEIW, ALEX!!! Chodźcie do nas!!
-Poszczęściło nam się Alex mamy tu sporo ślicznych chłopców. –Kiedy już Deiw znalazł się w wodzie od razu napadło go pięciu chłopaczków.
-Czy mi się wydaje, czy jemu chodziło o to od początku? –Odparł Colin z nieco dziwną miną.
-Cóż jemu zawsze o to chodzi.-Westchnął Alex.
-A tobie nie?
-Też, ale nie tak jak jemu. Można powiedzieć, że on i Saki konkurują ze sobą.
-To znaczy?
-Mają zawody, kto zaliczy więcej chłopców.
-I kto wygrywa?
Alex zastanowił się chwilkę. – Póki, co Deiw wygrywa. –Wepchnął Colina do basenu. – No a teraz się odprężamy.
Colin przepłynął się kilka razy wzdłuż basenu. Trudno było się odprężyć przy jękach chłopaków spowodowanych pieszczotami Deiwa, ale blondynek już się przyzwyczaił do tego typu sytuacji. Ktoś nagle rzucił w niego piłką, spojrzał zdezorientowany w kierunku skąd przyleciała. Stał tam John.
-Hej Colin wpadnij do Shigona.
-Och.. No dobrze, zaraz przyjdę.
Po niecałych dwudziestu minutach, które poświęcił na wysuszeniu się i doprowadzenia do porządku Colin stawił się w gabinecie Shigona.
-Coś się stało?
-A czy musi się coś stać? Chciałem Cię po prostu zobaczyć. –Objął kochanka i ucałował jego czoło. – Jak idzie nadrabianie zaległości? Słyszałem, że Alex Ci pomaga.
-No i Deiw, ale jemu troszkę się nie chce.-Pokazał mu język i usiadł na krześle za biurkiem. –Dużo masz roboty? Nie chce przeszkadzać.
-Tylko nieco papierów, załatwiam nowych podopiecznych. Ostatnio w sierocińcu w Londynie przybyło sporo dzieci, które straciły rodziców w zamachu terrorystycznym. No i muszę załatwić przebudowę budynku z pokojami będziemy go powiększać. Może trafi się Tobie i Yukiemu większy pokój. – Otworzył na chwilkę okno, żeby nieco się przewietrzyło.
-Rozumiem. Shigon mam pytanie.
-Jakie?
-Czy podopiecznie w ogóle wychodzą z pensjonatu gdziekolwiek? Do miasta, jadą na wycieczki gdzieś poza miejsce gdzie jesteśmy?
-Dopóki mają okres nauki nie mają czasu. Ale w wakacje owszem istnieje taka opcja. A co nadal masz małe wrażenie, że trzymam ich tu bez przerwy i nie pozwalam nigdzie wychodzić? Oj Colin, przecież mówiłem, że oni po nauce i osiągnięciu pełnoletności mogą ubiegać się o prace i normalne życie poza pensjonatem, nawet my im pomagamy tą pracę znaleźć. Zaczekaj coś Ci pokażę. –Wyjął z szafy wielką teczkę i położył ją na biurku. – To są chłopcy, którzy opuścili pensjonat i mają teraz normalne życie. Czasem nawet nas odwiedzają.
Colin przeglądał teczkę z uśmiechem, przy każdym nazwisku było zdjęcie, zawód i data opuszczenia pensjonatu. - Ja–też kiedyś odejdę? – Spojrzał na czarnowłosego, który przez chwilę milczał.
-Jeśli będziesz tego chciał. –Schował teczkę z powrotem. – A chciałbyś odejść i już mnie więcej nie zobaczyć a jeśli już to raz na jakiś czas?
-Nie, chce z Tobą być już na zawsze. I tak nie mam, do kogo wracać, a tu czuję, że ktoś na mnie czeka i cieszy się z mojej obecności.
-Mówiłem już, że Cię kocham? –Złożył na jego ustach delikatny pocałunek.
-Mówiłeś, ale nie obrażę się, jeśli to powtórzysz.
-Kocham Cię Colinie. –Pogłębił pocałunek.
niedziela, 28 kwietnia 2013
Rozdział XV.
-COLIN-KUN!! - Krzyknął Yuki, gdy tylko zobaczył blondyna w drzwiach pokoju. Momentalnie do niego podbiegł i przytulił się niemal na niego wskakując. – Strasznie się o ciebie martwiłem, głupek! Głupek! Nigdy więcej mnie nie zostawiaj.
-Przepraszam Yuki-chan. –Przytulił go z uśmiechem. – Ja też tęskniłem, ale już nigdzie się nie wybieram.
-Owszem wybierasz się. – Powiedział Shigon z uśmiechem.
-Shigon-sama, ale ja go nie oddam za długo go nie widziałem.
-Hmm a co powiesz Yuki na wymianę? –Podszedł do nich czarnowłosy. – Ty mi oddasz Colina a ja Ci podeślę Sama.
Yuki zarumienił się, ale po chwili namysłu podszedł do łóżka i zaczął się rozbierać. Colin zaś miał minę jakby tym samym zapadł na niego wyrok. Patrzył to na Yukiego, to na Shigona.- Yuki-chan jak możesz?
-Wybacz Colin, ale na moim miejscu zrobiłbyś to samo. – Uśmiechnął się niewinnie. Blondynek został złapany i po chwili Shigon wyszedł z pokoju niosąc malca przewieszonego sobie przez ramię. Ostatnie, co usłyszał Yuki siedząc na łóżku to „NO BŁAGAM, NIE DOTYKAJ MNIE JESTEŚMY PRZECIEŻ NA KORYTARZU!!!”
-Hej Yuki-chan. –Przywitał się Sam wchodząc do pokoju. Nadal miał na sobie czarny płaszcz, kamizelkę kuloodporną itd. Trudno się dziwić skoro przylecieli niecałe dziesięć minut temu. Chłopczyk siedział na łóżku do połowy przykryty kołdrą.
-H-hej. Ciężko było? –Spytał szatynek rumieniąc się delikatnie i mnąc w rączkach kawałek pościeli. Lubił Sama i już niby mu wyznał swoje uczucia, ale nigdy nie był na tyle odważny, aby spytać się mężczyzny, co on sam do niego czuje. Wiedział, że Samowi trudno złamać zasady, które Shigon ustanowił. Opiekunowie nie mogli darzyć podopiecznych uczuciami. No, ale przecież sam opiekun kochał Colina. Yuki spojrzał smutno na swoje dłonie. Dlaczego on miałby być gorszy?
Sam jakby domyślił się, o co chodzi chłopczykowi. Nie chciał poruszać tematu ich przyszłości, bo był świadomy tego, że nie jest ona usłana różami. Bardzo mu zależało na maluchu i gdyby tylko mógł to byłby z nim już od dawna. –Nie sprawiali jakiegoś ogromnego problemu. No i postrzelili tylko trzech naszych a u nich straty były dużo większe. Ogólnie akcja przebiegła po naszej myśli. – Kurwa przecież nie przyszedł tu żeby gadać o jakiejś pierdolonej strzelaninie.
Yuki uśmiechnął się nikle. Chłopiec, który na co dzień był wzorem wiecznie uśmiechniętego optymisty teraz wolał zapaść się pod ziemię niż rozmawiać z Samem. Serce waliło mu jak oszalałe zupełnie jakby za chwilę miało wyrwać się z piersi. Przetarł oczy i w końcu zebrał się na uśmiech. – Cieszę się. – Pomimo, to bolało to nie chciał dać po sobie poznać, że nie jest już tak jak kiedyś.
-Ech cholera.. – Podsumował Sam i podszedł do Yukiego od razy łapiąc go w ramiona. – Jestem beznadziejny, jeśli chodzi o wyrażanie uczuć, ale Ty przecież wiesz jak bardzo Cię lubię prawda Yuki-chan? – Maluch patrzył na niego dużymi oczyma i już miał coś powiedzieć, kiedy to Sam wypadł z pokoju jakby go wystrzelono z procy. Biegł korytarzem po drodze niemal zabijając się o Sakiego, potrącając kilku podopiecznych i nawet gdzieś zrobił z Annete dywanik, kiedy to ta była zajęta wynoszeniem bagaży ze swojego pokoju. Omijając zręcznie pozostałe przeszkody dotarł do gabinetu Shigona. Otworzył drzwi z kopniaka i wpadł do środka. – Shigon-sama mam głęboko w dupie pana zasady..! – Zdębiał, kiedy ujrzał całą scenę, jaka miała miejsce na biurku. Colin przypięty kajdankami do rzeźbionej ramy dębowego biurka i pochylający się nad nim czarnowłosy, który w przeciwieństwie do blondynka miał na sobie jeszcze bokserki. Sam poczuł się nieco zakłopotany, że przeszkodził im w takim momencie.
-O, co chodzi Sam? Bo jak widzisz jestem nieco zajęty..
-Shigon no wiesz, co?!! – Warknął Colin z ogromną pretensją w głosie, ale szybko partner go uciszył masując jego krocze.
-A teraz przejdźmy do sedna. Wiem Sam, że masz słabość do małego Yukiego. – Chwila przerwy żeby popieścić Colina i znowu spojrzał na mężczyznę stojącego w drzwiach. – Chyba nie przeczytałeś za dobrze swojej umowy, co Sam? Nie pisało tam, że nie możesz kochać. Chodziło mi bardziej o robienie nadziei całemu pensjonatowi. Możesz pieprzyć Yukiego, ale musisz brać odpowiedzialność za to, co będzie potem. Mimo wszystko nadal jesteś opiekunem i będę wymagał żebyś swoje czułości ograniczał w czasie pracy. Wieczory spędzaj jak chcesz, ale wykonuj swoje obowiązki. – Mówił to z przerwami na ciche westchnienia, bo akurat Colin pocierał jego krocze stopą uśmiechnął się. – A teraz leć do malucha i się nim zajmij.
Sam kiwnął jedynie głową, bo jakoś nie wiedział, co ma powiedzieć. Zamknął za sobą drzwi i wrócił do pokoju Yukiego, który siedział dalej na łóżku wylewając strumyki łez. Szlag no przecież idiota wybiegł pozostawiając małego w niewiedzy. Szybko podszedł do oszołomionego chłopca i przytulił go mocno. Ten nie wiedząc czy płakać czy się cieszyć wtulił się w starszego. Sam gładził delikatnie jego ciałko i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że jest ono całkiem nagie. – Kocham Cię Yuki. – I pocałował go bardzo zaborczo, co dało początek ślicznym rumieńcom na policzkach szatynka, który położył rączki na piersi mężczyzny. Trwali w pocałunku dłuższą chwilę i oderwali się od siebie dopiero wtedy, kiedy młodszemu zaczęło brakować powietrza. Sam uśmiechnął się z rozczuleniem i pogładził jego policzek. – Mam zamiar się dziś Tobą bardzo dobrze zająć. – Zdjął z siebie zbędne ubrania i z uśmiechem patrzył jak Yuki rumieni się na jego słowa, po czym wreszcie z radosnym uśmiechem obejmuje jego szyję i bardzo namiętnie składa pocałunek na ustach starszego. Sam nie czekał nawet na pozwolenie posadził sobie go na kolanach i zaczął niemal z czcią badać dłońmi całe ciałko szatynka. Dłonie sunęły na początek w górę, po czym osuwały się w dół, aby spocząć na pośladkach, które chwilę później intensywnie ugniatał. Yuki zaś zajmował się jego ustami, przesuwał języczkiem po wargach raz po raz wsuwając go do jego ust i ssąc z wyraźną uciechą język mężczyzny. A jemu się to jak najbardziej podobało. Odwdzięczył się w końcu swojemu skarbowi sporą uwagą, którą przeniósł na jego krocze. Na początku pieścił same jąderka, na co młodszy zareagował jękiem, Sam uśmiechnął się i przeniósł dłoń nieco wyżej sunąc nią ku samemu czubkowi penisa. Przez chwilę drażnił go palcem i w końcu przeszedł do rzeczy, zaczął przesuwać ręką bardzo szybko, zaciskając ją na członku. Yuki niemal krzyknął.
-S…Sam. –Westchnął opierając się ciałkiem o tors mężczyzny.
-Coś nie tak?
-Wejdź we mnie. Ja.. Ja już chce.
Sam uśmiechnął się i pocałował jego czoło. – Ale tak bez przygotowania?
Yuki zarumienił się i przesunął dłoń mężczyzny na swoje wejście.
-Yuki-chan nie ładnie, nie ładnie. Sam się przygotowałeś? –Dziurka malucha była już na tyle rozciągnięta, że bez problemu mógł w niego wejść. I po chwili już nacelował na niego swojego penisa. Maluch jęknął głośno czując przyjemne wypełnienie. Sam nie czekał, szybko zaczął poruszać się w Yukim, za co otrzymał serię głośnych dźwięków świadczących o rozkoszy, jaką odczuwa młodszy. Ten zaś delikatnie pchnął starszego, aby położył się na łóżku i wtedy przejął dominację. Zaczął unosić i opuszczać bioderka nabijając się na pulsującą męskość, która za każdym razem wchodziła coraz głębiej. Sam pieścił penisa malucha, gdy ten był zajęty ujeżdżaniem. –Yuki jestem twój, ale.. Ale tylko po pracy rozumiesz prawda?
-Tak.. –Jęknął cichutko i uśmiechnął się mimo to ciepło. – Ważne, że mój. – Pochylił się i pocałował go czule. – Kocham Cię.
-Ja ciebie też słoneczko. –Przytulił malucha i poruszył się gwałtownie. Nie musieli czekać długo na finał. Sam doszedł obficie wewnątrz chłopca a ten z piskiem wytrysnął brudząc brzuch i pościel. Leżeli obaj na łóżku uspokajając oddech.
-Gdzie wtedy wybiegłeś?
-Musiałem powiedzieć Shigonowi, że mam gdzieś jego zasady. Przerwałem jemu i Colinowi w grze wstępnej.
-Naprawdę? Nie będzie na Ciebie zły? –Spytał zatroskany szatynek.
-Teraz jest zajęty chłopakiem.
-Pewnie Colin będzie obolały po takiej przerwie. –Zaśmiał się Yuki.
-Przepraszam Yuki-chan. –Przytulił go z uśmiechem. – Ja też tęskniłem, ale już nigdzie się nie wybieram.
-Owszem wybierasz się. – Powiedział Shigon z uśmiechem.
-Shigon-sama, ale ja go nie oddam za długo go nie widziałem.
-Hmm a co powiesz Yuki na wymianę? –Podszedł do nich czarnowłosy. – Ty mi oddasz Colina a ja Ci podeślę Sama.
Yuki zarumienił się, ale po chwili namysłu podszedł do łóżka i zaczął się rozbierać. Colin zaś miał minę jakby tym samym zapadł na niego wyrok. Patrzył to na Yukiego, to na Shigona.- Yuki-chan jak możesz?
-Wybacz Colin, ale na moim miejscu zrobiłbyś to samo. – Uśmiechnął się niewinnie. Blondynek został złapany i po chwili Shigon wyszedł z pokoju niosąc malca przewieszonego sobie przez ramię. Ostatnie, co usłyszał Yuki siedząc na łóżku to „NO BŁAGAM, NIE DOTYKAJ MNIE JESTEŚMY PRZECIEŻ NA KORYTARZU!!!”
-Hej Yuki-chan. –Przywitał się Sam wchodząc do pokoju. Nadal miał na sobie czarny płaszcz, kamizelkę kuloodporną itd. Trudno się dziwić skoro przylecieli niecałe dziesięć minut temu. Chłopczyk siedział na łóżku do połowy przykryty kołdrą.
-H-hej. Ciężko było? –Spytał szatynek rumieniąc się delikatnie i mnąc w rączkach kawałek pościeli. Lubił Sama i już niby mu wyznał swoje uczucia, ale nigdy nie był na tyle odważny, aby spytać się mężczyzny, co on sam do niego czuje. Wiedział, że Samowi trudno złamać zasady, które Shigon ustanowił. Opiekunowie nie mogli darzyć podopiecznych uczuciami. No, ale przecież sam opiekun kochał Colina. Yuki spojrzał smutno na swoje dłonie. Dlaczego on miałby być gorszy?
Sam jakby domyślił się, o co chodzi chłopczykowi. Nie chciał poruszać tematu ich przyszłości, bo był świadomy tego, że nie jest ona usłana różami. Bardzo mu zależało na maluchu i gdyby tylko mógł to byłby z nim już od dawna. –Nie sprawiali jakiegoś ogromnego problemu. No i postrzelili tylko trzech naszych a u nich straty były dużo większe. Ogólnie akcja przebiegła po naszej myśli. – Kurwa przecież nie przyszedł tu żeby gadać o jakiejś pierdolonej strzelaninie.
Yuki uśmiechnął się nikle. Chłopiec, który na co dzień był wzorem wiecznie uśmiechniętego optymisty teraz wolał zapaść się pod ziemię niż rozmawiać z Samem. Serce waliło mu jak oszalałe zupełnie jakby za chwilę miało wyrwać się z piersi. Przetarł oczy i w końcu zebrał się na uśmiech. – Cieszę się. – Pomimo, to bolało to nie chciał dać po sobie poznać, że nie jest już tak jak kiedyś.
-Ech cholera.. – Podsumował Sam i podszedł do Yukiego od razy łapiąc go w ramiona. – Jestem beznadziejny, jeśli chodzi o wyrażanie uczuć, ale Ty przecież wiesz jak bardzo Cię lubię prawda Yuki-chan? – Maluch patrzył na niego dużymi oczyma i już miał coś powiedzieć, kiedy to Sam wypadł z pokoju jakby go wystrzelono z procy. Biegł korytarzem po drodze niemal zabijając się o Sakiego, potrącając kilku podopiecznych i nawet gdzieś zrobił z Annete dywanik, kiedy to ta była zajęta wynoszeniem bagaży ze swojego pokoju. Omijając zręcznie pozostałe przeszkody dotarł do gabinetu Shigona. Otworzył drzwi z kopniaka i wpadł do środka. – Shigon-sama mam głęboko w dupie pana zasady..! – Zdębiał, kiedy ujrzał całą scenę, jaka miała miejsce na biurku. Colin przypięty kajdankami do rzeźbionej ramy dębowego biurka i pochylający się nad nim czarnowłosy, który w przeciwieństwie do blondynka miał na sobie jeszcze bokserki. Sam poczuł się nieco zakłopotany, że przeszkodził im w takim momencie.
-O, co chodzi Sam? Bo jak widzisz jestem nieco zajęty..
-Shigon no wiesz, co?!! – Warknął Colin z ogromną pretensją w głosie, ale szybko partner go uciszył masując jego krocze.
-A teraz przejdźmy do sedna. Wiem Sam, że masz słabość do małego Yukiego. – Chwila przerwy żeby popieścić Colina i znowu spojrzał na mężczyznę stojącego w drzwiach. – Chyba nie przeczytałeś za dobrze swojej umowy, co Sam? Nie pisało tam, że nie możesz kochać. Chodziło mi bardziej o robienie nadziei całemu pensjonatowi. Możesz pieprzyć Yukiego, ale musisz brać odpowiedzialność za to, co będzie potem. Mimo wszystko nadal jesteś opiekunem i będę wymagał żebyś swoje czułości ograniczał w czasie pracy. Wieczory spędzaj jak chcesz, ale wykonuj swoje obowiązki. – Mówił to z przerwami na ciche westchnienia, bo akurat Colin pocierał jego krocze stopą uśmiechnął się. – A teraz leć do malucha i się nim zajmij.
Sam kiwnął jedynie głową, bo jakoś nie wiedział, co ma powiedzieć. Zamknął za sobą drzwi i wrócił do pokoju Yukiego, który siedział dalej na łóżku wylewając strumyki łez. Szlag no przecież idiota wybiegł pozostawiając małego w niewiedzy. Szybko podszedł do oszołomionego chłopca i przytulił go mocno. Ten nie wiedząc czy płakać czy się cieszyć wtulił się w starszego. Sam gładził delikatnie jego ciałko i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że jest ono całkiem nagie. – Kocham Cię Yuki. – I pocałował go bardzo zaborczo, co dało początek ślicznym rumieńcom na policzkach szatynka, który położył rączki na piersi mężczyzny. Trwali w pocałunku dłuższą chwilę i oderwali się od siebie dopiero wtedy, kiedy młodszemu zaczęło brakować powietrza. Sam uśmiechnął się z rozczuleniem i pogładził jego policzek. – Mam zamiar się dziś Tobą bardzo dobrze zająć. – Zdjął z siebie zbędne ubrania i z uśmiechem patrzył jak Yuki rumieni się na jego słowa, po czym wreszcie z radosnym uśmiechem obejmuje jego szyję i bardzo namiętnie składa pocałunek na ustach starszego. Sam nie czekał nawet na pozwolenie posadził sobie go na kolanach i zaczął niemal z czcią badać dłońmi całe ciałko szatynka. Dłonie sunęły na początek w górę, po czym osuwały się w dół, aby spocząć na pośladkach, które chwilę później intensywnie ugniatał. Yuki zaś zajmował się jego ustami, przesuwał języczkiem po wargach raz po raz wsuwając go do jego ust i ssąc z wyraźną uciechą język mężczyzny. A jemu się to jak najbardziej podobało. Odwdzięczył się w końcu swojemu skarbowi sporą uwagą, którą przeniósł na jego krocze. Na początku pieścił same jąderka, na co młodszy zareagował jękiem, Sam uśmiechnął się i przeniósł dłoń nieco wyżej sunąc nią ku samemu czubkowi penisa. Przez chwilę drażnił go palcem i w końcu przeszedł do rzeczy, zaczął przesuwać ręką bardzo szybko, zaciskając ją na członku. Yuki niemal krzyknął.
-S…Sam. –Westchnął opierając się ciałkiem o tors mężczyzny.
-Coś nie tak?
-Wejdź we mnie. Ja.. Ja już chce.
Sam uśmiechnął się i pocałował jego czoło. – Ale tak bez przygotowania?
Yuki zarumienił się i przesunął dłoń mężczyzny na swoje wejście.
-Yuki-chan nie ładnie, nie ładnie. Sam się przygotowałeś? –Dziurka malucha była już na tyle rozciągnięta, że bez problemu mógł w niego wejść. I po chwili już nacelował na niego swojego penisa. Maluch jęknął głośno czując przyjemne wypełnienie. Sam nie czekał, szybko zaczął poruszać się w Yukim, za co otrzymał serię głośnych dźwięków świadczących o rozkoszy, jaką odczuwa młodszy. Ten zaś delikatnie pchnął starszego, aby położył się na łóżku i wtedy przejął dominację. Zaczął unosić i opuszczać bioderka nabijając się na pulsującą męskość, która za każdym razem wchodziła coraz głębiej. Sam pieścił penisa malucha, gdy ten był zajęty ujeżdżaniem. –Yuki jestem twój, ale.. Ale tylko po pracy rozumiesz prawda?
-Tak.. –Jęknął cichutko i uśmiechnął się mimo to ciepło. – Ważne, że mój. – Pochylił się i pocałował go czule. – Kocham Cię.
-Ja ciebie też słoneczko. –Przytulił malucha i poruszył się gwałtownie. Nie musieli czekać długo na finał. Sam doszedł obficie wewnątrz chłopca a ten z piskiem wytrysnął brudząc brzuch i pościel. Leżeli obaj na łóżku uspokajając oddech.
-Gdzie wtedy wybiegłeś?
-Musiałem powiedzieć Shigonowi, że mam gdzieś jego zasady. Przerwałem jemu i Colinowi w grze wstępnej.
-Naprawdę? Nie będzie na Ciebie zły? –Spytał zatroskany szatynek.
-Teraz jest zajęty chłopakiem.
-Pewnie Colin będzie obolały po takiej przerwie. –Zaśmiał się Yuki.
wtorek, 9 kwietnia 2013
Rozdział XIV.
-Shigon-sama znalazłem!!- John wpadł do pokoju właściciela jak z procy omal nie zabijając się przez próg. – Znalazłem. Jest niewielki czarny punkt niedaleko od Seulu. – Podał mężczyźnie mapę, którą Shigon szybko przestudiował.
-Świetna robota John. – Poklepał go po ramieniu – Czekajcie na mnie w samolocie zaraz przyjdę. –Szatyn wyszedł a Shigon wyjął dość sporej wielkości torbę spod łóżka i po przygotowaniach, które nie trwały dłuższej chwili wyszedł kierując się w stronę hangaru. W samolocie już minął Johna, Sama kilkunastu ochroniarzy. Nie musieli czekać długo, piloci dostali sygnał od Shigona i wystartowali.
-Jaki mamy plan? – Spytał Sam bawiąc się swoim pistoletem maszynowym Heckler&Koch MP5. On jak i John oraz ochroniarze mieli na sobie kamizelki kuloodporne itp. Shigon również z tym, że pod garniturem. Musiał stwarzać pozory przy rozmowie z ojcem.
-Plan? Hmm Chłopcy jak byście to zrobili? –Spojrzał rozbawiony na resztę załogi.
-Wparować i rozwalić w drobny mak. – Krzyknął ktoś, na co reszta zareagowała z entuzjazmem.
-Tak też myślałem. Ale zrobimy inaczej. Dookoła miejsca gdzie jest ojciec rosną wysokie drzewa na sporym terenie, ale na wschód znajduje się bezdrzewna kotlina. Tam wylądujemy. Razem z Samem i trzema ludźmi pójdziemy do ojca i spróbujemy coś wynegocjować. Kiedy dostaniecie ode mnie sygnał to razem z Johnem wejdziecie do środka a to, co będzie się dziać dalej zależy od gościnności ojca. – Rozsiadł się na swoim miejscu i patrzył przez okienko na widoki. Miał nadzieję, że nic nie zrobili Colinowi.
***
Blondynek siedział w celi nakreślając kolejne dni na kamiennych cegiełkach. Przez małe okienko wpadały delikatne i niestety nikłe promyki słońca. Nie dały rady oświetlić celi tak jakby Colin chciał, ale trzeba cieszyć się nawet z tych najdrobniejszych drobnostek. Drzwi do pomieszczenia się otworzyły i stanął w nich jeden z goryli.
-O, co chodzi? – Spytał się chłopiec wstając od razu.
-Nie zadawaj zbędnych pytań. –Złapał mocno jego ramię i wyszli kierując się w stronę windy.
***
Wylądowali w wyznaczonym miejscu i po chwili Shigon, Sam i paru ochroniarzy zmierzali w stronę sporej wielkości posesji tuż przy jeziorze, którego nie było na mapie pokazanej przez Johna. Tuż przy wejściu zostali powitani przez strażników uzbrojonych po zęby. Shigon musiał się wylegitymować, żeby mu uwierzyli, że jest synem właściciela. Potem jeszcze dla upewnienia musieli zadzwonić do szefa no i wreszcie weszli do środka. Ojciec Shigona czekał na nich w pokoju urządzonym na kształt gabinetu jedna ze ścian była pusta a cała reszta w obrazach lub rzeźbach naściennych od razu wydało się to czarnowłosemu dość dziwne.
-Witaj synu, co Cię tu sprowadza?
-Daruj sobie ojcze. Wiesz, dlaczego tu przyszedłem, radzę Ci szybko oddać mi Colina. –Odparł chłodno.
-Nie wiem, o czym mówisz. Tyle lat się nie odzywałeś a teraz przyjeżdżasz tu i rzucasz bezpodstawne oszczerstwa pod moim adresem? Nie tak Cię wychowałem…
-No właśnie. Ty mnie nie wychowałeś. Robiły to niańki, które wynajmowałeś razem z matką z tą różnicą, że ona jeszcze jakoś się mną interesowała. Byłem wtedy cholernie wściekły, bo podobno dziecko bez ojca nie wyrośnie na ludzi. Ale teraz się cieszę, że nie byłeś częścią mojego dzieciństwa. Kupowałeś mi prezenty, których zazdrościli rówieśnicy i potem byłem sam bez kolegów. Potem spotkałem Colina a ty znowu wszystko zniszczyłeś.
-Ja zniszczyłem? Przez tego bachora zrezygnowałeś z firmy i rodziny. Wiesz jak matka to przeżywała? I jeszcze ślub z Anette. – Spojrzał na syna gniewnie.
-Dosyć tego, gdzie Colin?
-Przecież był w sierocińcu.. Skąd mam wiedzieć?
***
Zaprowadzono go do jakiegoś małego pokoiku. Dziwne pomieszczenie, było puste stały w nim jedynie dwa krzesła. Mężczyzna kazał blondynkowi na jednym usiąść. Obrócony w stronę dziwnego czarnego obrazu, który ku jego zdziwieniu zaczął się otwierać. Colin ujrzał sylwetkę Shigona za szkłem.
-Shigon! – Krzyknął i wstał waląc dłońmi w szkło.
-Daruj sobie dzieciaku To lustro weneckie, które dodatkowo wzmocniono antywłamaniowym szkłem. My słyszymy ich, ale oni już nas nie usłyszą.
-Shigon, Shigon tu jestem. – Do oczu napłynęły mu łzy. Jest tak blisko a nie może nic zrobić. – Proszę.. Shigon. Jestem tutaj! –Bił piąstkami w szkło.
-Wiem, że jest tu Colin, i cała ta zabawa w pogróżki to Twoja sprawka.
-Po, co miałbym go porywać? Nie masz dowodów. Daj spokój Shigon, naprawdę aż tak mnie nienawidzisz?
Czarnowłosy podszedł do ojca i westchnął. – Naprawdę go tu nie ma? –Przesunął dłonią po karku i pokręcił głową.- I naprawdę nie wiesz gdzie może być?
-Chętnie bym pomógł, ale nie wiem gdzie może być ten maluch.
-Trudno. –Wyciągnął dłoń w stronę ojca, ten zaś uśmiechnął się i uścisnął ją. – Trudno, bo ja ci nie wierzę. – Wyjął swój pistolet zza pazuchy i przystawił lufę do głowy ojca. Momentalnie to samo zrobili Sam i ochroniarze a także ludzie gospodarza.
- Co ty wyprawiasz?
-Gadaj kurwa gdzie jest Colin!!! –Krzyknął trzymając palec na spuście. – Mów, bo naprawdę nie zawaham się Cię zabić. –Shigon spojrzał na Sama i kiwnął głową w stronę pustej ściany. Mężczyzna podszedł do niej i przyjrzał się dokładnie.
-SAM TU JESTEM!! –Colin w tym momencie został złapany za nadgarstek przez osobnika, który go pilnował. Szatyn stał tuż przed szybą i nawet jej dotykał, ale nadal nie mógł ich ujrzeć. Blondynek poczuł się ponownie bezradnie. Jego wolność była tak blisko.
-Shigon-sama to chyba.. – Spojrzał na czarnowłosego a ten kiwnął głową.
-Colin PADNIJ!! –Krzyknął jego ukochany a Chłopiec momentalnie się wyrwał z uścisku i położył na podłodze. W tym samym momencie Sam wyjął dziwną broń palną i wymierzył w ścianę. Rozległ się odgłos zbitego szkła a stojący jeszcze niedawno osobnik padł martwy na ziemie. Colin otrzepał się z kawałków szkła i wyszedł z małego pokoiku. Sam okrył go swoim płaszczem, ale blondynek pomknął szybko w stronę Shigona i rzucił się w jego ramiona. Po policzkach spłynęły mu łzy, kiedy czarnowłosy padł na kolana tuląc go bardzo mocno. – Colin..
-Wiedziałem, że po mnie przyjdziesz. – Łkał cicho.
Shigon pogładził jego policzek i wstał. Podszedł do ojca i uderzył go mocno w brzuch. – Sukinsyn.. Powinienem Cię zabić, ale ponieważ jesteś poszukiwany za handel ludźmi i tym podobne postanowiłem, że po prostu wsadzę Cię do więzienia. Nie martw się policja już tu jedzie. – Odwrócił się i wziął blondynka na ręce. Minęło kilkanaście dni, ale Colin strasznie zmizerniał. Wyszli na zewnątrz gdzie stali już John i reszta ekipy ratunkowej, dookoła widać było trupy i rannych ludzi.
-Miło Cię widzieć młody. – Powiedział John z uśmiechem, Colin mu nie odpowiedział, bo zasnął w ramionach Shigona. Policja przyjechała po niecałej godzinie, ale oni siedzieli już w samolocie i lecieli do domu. Shigon siedział na kanapie obejmując chłopca. Część samolotu, w której nie było nikogo prócz nich. Delikatnie gładził włosy malucha czasem składając na jego policzku czułego całusa.
-Shigon. –Szepnął blondynek i wtulił się bardziej w ukochanego, kiedy już się wybudził. –Przepraszam.
-Za, co słodziaku? To nie Twoja wina.
-Nie wiedziałem, że mój ojciec miał długi i, że to wszystko spadło na mnie. Poza tym przeze mnie plany Twojego ojca się nie udały.
-Mój ojciec był idiotą nigdy bym go nie posłuchał.
-Przepraszam, że dałem się tak łatwo złapać.
-Przestań już przepraszać najważniejsze, że jesteś bezpieczny. –Ujął jego twarz w dłonie i pocałował go zachłannie. – Stęskniłem się. Musisz mi wynagrodzić te dni celibatu. –Uśmiechnął się.
-Shigon.. Czyli teraz już zawsze będziemy razem tak?
-Już zawsze. –Wsunął dłonie pod koszulkę malca i podrażnił jego sutki, na co ten zareagował słodkim jękiem. – Mały kusiciel. Nawet nie wiesz jak się o Ciebie bałem. – Ucałował jego szyjkę.
-Chciałem Cię znowu zobaczyć. Tak bardzo, bałem się. –Jęknął i zarumienił się szkarłatnie. Dłonie mężczyzny zsunęły się powoli w dół jego ciałka i omijając zręcznie spodnie i bokserki dotknęły członka młodszego.
-Już ja się Tobą zajmę, kiedy dolecimy do pensjonatu. Poza tym czeka Cię kara, nie posłuchałeś mnie. Miałeś nigdzie nie wychodzić. Przygotuj się Colinie na ciężką noc.
-Świetna robota John. – Poklepał go po ramieniu – Czekajcie na mnie w samolocie zaraz przyjdę. –Szatyn wyszedł a Shigon wyjął dość sporej wielkości torbę spod łóżka i po przygotowaniach, które nie trwały dłuższej chwili wyszedł kierując się w stronę hangaru. W samolocie już minął Johna, Sama kilkunastu ochroniarzy. Nie musieli czekać długo, piloci dostali sygnał od Shigona i wystartowali.
-Jaki mamy plan? – Spytał Sam bawiąc się swoim pistoletem maszynowym Heckler&Koch MP5. On jak i John oraz ochroniarze mieli na sobie kamizelki kuloodporne itp. Shigon również z tym, że pod garniturem. Musiał stwarzać pozory przy rozmowie z ojcem.
-Plan? Hmm Chłopcy jak byście to zrobili? –Spojrzał rozbawiony na resztę załogi.
-Wparować i rozwalić w drobny mak. – Krzyknął ktoś, na co reszta zareagowała z entuzjazmem.
-Tak też myślałem. Ale zrobimy inaczej. Dookoła miejsca gdzie jest ojciec rosną wysokie drzewa na sporym terenie, ale na wschód znajduje się bezdrzewna kotlina. Tam wylądujemy. Razem z Samem i trzema ludźmi pójdziemy do ojca i spróbujemy coś wynegocjować. Kiedy dostaniecie ode mnie sygnał to razem z Johnem wejdziecie do środka a to, co będzie się dziać dalej zależy od gościnności ojca. – Rozsiadł się na swoim miejscu i patrzył przez okienko na widoki. Miał nadzieję, że nic nie zrobili Colinowi.
***
Blondynek siedział w celi nakreślając kolejne dni na kamiennych cegiełkach. Przez małe okienko wpadały delikatne i niestety nikłe promyki słońca. Nie dały rady oświetlić celi tak jakby Colin chciał, ale trzeba cieszyć się nawet z tych najdrobniejszych drobnostek. Drzwi do pomieszczenia się otworzyły i stanął w nich jeden z goryli.
-O, co chodzi? – Spytał się chłopiec wstając od razu.
-Nie zadawaj zbędnych pytań. –Złapał mocno jego ramię i wyszli kierując się w stronę windy.
***
Wylądowali w wyznaczonym miejscu i po chwili Shigon, Sam i paru ochroniarzy zmierzali w stronę sporej wielkości posesji tuż przy jeziorze, którego nie było na mapie pokazanej przez Johna. Tuż przy wejściu zostali powitani przez strażników uzbrojonych po zęby. Shigon musiał się wylegitymować, żeby mu uwierzyli, że jest synem właściciela. Potem jeszcze dla upewnienia musieli zadzwonić do szefa no i wreszcie weszli do środka. Ojciec Shigona czekał na nich w pokoju urządzonym na kształt gabinetu jedna ze ścian była pusta a cała reszta w obrazach lub rzeźbach naściennych od razu wydało się to czarnowłosemu dość dziwne.
-Witaj synu, co Cię tu sprowadza?
-Daruj sobie ojcze. Wiesz, dlaczego tu przyszedłem, radzę Ci szybko oddać mi Colina. –Odparł chłodno.
-Nie wiem, o czym mówisz. Tyle lat się nie odzywałeś a teraz przyjeżdżasz tu i rzucasz bezpodstawne oszczerstwa pod moim adresem? Nie tak Cię wychowałem…
-No właśnie. Ty mnie nie wychowałeś. Robiły to niańki, które wynajmowałeś razem z matką z tą różnicą, że ona jeszcze jakoś się mną interesowała. Byłem wtedy cholernie wściekły, bo podobno dziecko bez ojca nie wyrośnie na ludzi. Ale teraz się cieszę, że nie byłeś częścią mojego dzieciństwa. Kupowałeś mi prezenty, których zazdrościli rówieśnicy i potem byłem sam bez kolegów. Potem spotkałem Colina a ty znowu wszystko zniszczyłeś.
-Ja zniszczyłem? Przez tego bachora zrezygnowałeś z firmy i rodziny. Wiesz jak matka to przeżywała? I jeszcze ślub z Anette. – Spojrzał na syna gniewnie.
-Dosyć tego, gdzie Colin?
-Przecież był w sierocińcu.. Skąd mam wiedzieć?
***
Zaprowadzono go do jakiegoś małego pokoiku. Dziwne pomieszczenie, było puste stały w nim jedynie dwa krzesła. Mężczyzna kazał blondynkowi na jednym usiąść. Obrócony w stronę dziwnego czarnego obrazu, który ku jego zdziwieniu zaczął się otwierać. Colin ujrzał sylwetkę Shigona za szkłem.
-Shigon! – Krzyknął i wstał waląc dłońmi w szkło.
-Daruj sobie dzieciaku To lustro weneckie, które dodatkowo wzmocniono antywłamaniowym szkłem. My słyszymy ich, ale oni już nas nie usłyszą.
-Shigon, Shigon tu jestem. – Do oczu napłynęły mu łzy. Jest tak blisko a nie może nic zrobić. – Proszę.. Shigon. Jestem tutaj! –Bił piąstkami w szkło.
-Wiem, że jest tu Colin, i cała ta zabawa w pogróżki to Twoja sprawka.
-Po, co miałbym go porywać? Nie masz dowodów. Daj spokój Shigon, naprawdę aż tak mnie nienawidzisz?
Czarnowłosy podszedł do ojca i westchnął. – Naprawdę go tu nie ma? –Przesunął dłonią po karku i pokręcił głową.- I naprawdę nie wiesz gdzie może być?
-Chętnie bym pomógł, ale nie wiem gdzie może być ten maluch.
-Trudno. –Wyciągnął dłoń w stronę ojca, ten zaś uśmiechnął się i uścisnął ją. – Trudno, bo ja ci nie wierzę. – Wyjął swój pistolet zza pazuchy i przystawił lufę do głowy ojca. Momentalnie to samo zrobili Sam i ochroniarze a także ludzie gospodarza.
- Co ty wyprawiasz?
-Gadaj kurwa gdzie jest Colin!!! –Krzyknął trzymając palec na spuście. – Mów, bo naprawdę nie zawaham się Cię zabić. –Shigon spojrzał na Sama i kiwnął głową w stronę pustej ściany. Mężczyzna podszedł do niej i przyjrzał się dokładnie.
-SAM TU JESTEM!! –Colin w tym momencie został złapany za nadgarstek przez osobnika, który go pilnował. Szatyn stał tuż przed szybą i nawet jej dotykał, ale nadal nie mógł ich ujrzeć. Blondynek poczuł się ponownie bezradnie. Jego wolność była tak blisko.
-Shigon-sama to chyba.. – Spojrzał na czarnowłosego a ten kiwnął głową.
-Colin PADNIJ!! –Krzyknął jego ukochany a Chłopiec momentalnie się wyrwał z uścisku i położył na podłodze. W tym samym momencie Sam wyjął dziwną broń palną i wymierzył w ścianę. Rozległ się odgłos zbitego szkła a stojący jeszcze niedawno osobnik padł martwy na ziemie. Colin otrzepał się z kawałków szkła i wyszedł z małego pokoiku. Sam okrył go swoim płaszczem, ale blondynek pomknął szybko w stronę Shigona i rzucił się w jego ramiona. Po policzkach spłynęły mu łzy, kiedy czarnowłosy padł na kolana tuląc go bardzo mocno. – Colin..
-Wiedziałem, że po mnie przyjdziesz. – Łkał cicho.
Shigon pogładził jego policzek i wstał. Podszedł do ojca i uderzył go mocno w brzuch. – Sukinsyn.. Powinienem Cię zabić, ale ponieważ jesteś poszukiwany za handel ludźmi i tym podobne postanowiłem, że po prostu wsadzę Cię do więzienia. Nie martw się policja już tu jedzie. – Odwrócił się i wziął blondynka na ręce. Minęło kilkanaście dni, ale Colin strasznie zmizerniał. Wyszli na zewnątrz gdzie stali już John i reszta ekipy ratunkowej, dookoła widać było trupy i rannych ludzi.
-Miło Cię widzieć młody. – Powiedział John z uśmiechem, Colin mu nie odpowiedział, bo zasnął w ramionach Shigona. Policja przyjechała po niecałej godzinie, ale oni siedzieli już w samolocie i lecieli do domu. Shigon siedział na kanapie obejmując chłopca. Część samolotu, w której nie było nikogo prócz nich. Delikatnie gładził włosy malucha czasem składając na jego policzku czułego całusa.
-Shigon. –Szepnął blondynek i wtulił się bardziej w ukochanego, kiedy już się wybudził. –Przepraszam.
-Za, co słodziaku? To nie Twoja wina.
-Nie wiedziałem, że mój ojciec miał długi i, że to wszystko spadło na mnie. Poza tym przeze mnie plany Twojego ojca się nie udały.
-Mój ojciec był idiotą nigdy bym go nie posłuchał.
-Przepraszam, że dałem się tak łatwo złapać.
-Przestań już przepraszać najważniejsze, że jesteś bezpieczny. –Ujął jego twarz w dłonie i pocałował go zachłannie. – Stęskniłem się. Musisz mi wynagrodzić te dni celibatu. –Uśmiechnął się.
-Shigon.. Czyli teraz już zawsze będziemy razem tak?
-Już zawsze. –Wsunął dłonie pod koszulkę malca i podrażnił jego sutki, na co ten zareagował słodkim jękiem. – Mały kusiciel. Nawet nie wiesz jak się o Ciebie bałem. – Ucałował jego szyjkę.
-Chciałem Cię znowu zobaczyć. Tak bardzo, bałem się. –Jęknął i zarumienił się szkarłatnie. Dłonie mężczyzny zsunęły się powoli w dół jego ciałka i omijając zręcznie spodnie i bokserki dotknęły członka młodszego.
-Już ja się Tobą zajmę, kiedy dolecimy do pensjonatu. Poza tym czeka Cię kara, nie posłuchałeś mnie. Miałeś nigdzie nie wychodzić. Przygotuj się Colinie na ciężką noc.
piątek, 5 kwietnia 2013
Rozdział XIII.
-Masz prawo mnie nie pamiętać, byłeś dzieciakiem, kiedy ostatnio mieliśmy ze sobą styczność. –Odparł mężczyzna siadając na krześle naprzeciw Colina. Teraz blondynek mógł zobaczyć mówce dużo wyraźniej. – Po co uciekałeś z tego sierocińca? Nie łatwiej było tam zostać? Mogłeś trafić to jakieś rodziny zastępczej, miałbyś prawie normalne życie a mój syn nie sprawiałby mi teraz tylu problemów.
Colin nie odpowiedział, nie znał odpowiedzi na jego pytania. Czemu uciekł? Chyba po prostu chciał być sam, wolny, z dala od tych dziwnych ludzi.
Mężczyzna wstał i otworzył drzwi przez, które chwilę później weszło dwóch umięśnionych typów, ci zaś złapali blondynka za ramiona i wyprowadzili. Trudno było powiedzieć gdzie go ciągną, ale chłopiec mógł jedynie domniemywać. Wepchnęli go to jakiegoś ciemnego pomieszczenia, niby cela. W pomieszczeniu panowała wilgoć, kamienna posadzka była w koncie zasłoniona przez koc. Jedno małe okienko dawało nikłe światło. Kraty zastąpiły masywne, pancerne drzwi, które chwilę później się zatrzasnęły. Colin był sam. Znowu sam. Miał jedynie nadzieje, że nie będzie to wyglądać tak jak w pensjonacie, że zaraz drzwi się otworzą i wejdą przez nie mężczyźni gotowi go potraktować jak śmiecia i nic nie wartą dziwkę. I faktycznie nikt nie przyszedł. Siedział na kocu i myślał. W końcu postanowił, że będzie liczyć dni. Udało mu się wydobyć niewielki kamyczek spomiędzy kamiennych cegieł ściennych. Wydrapywał na nich pojedyncze kreski, które miały mu pomóc oszacować czas, jaki tu spędza. Owszem dostawał jedzenie, może nie było najsmaczniejsze i przypominało bardziej resztki, ale starał się je zjeść, żeby nie stracić sił. Kto by pomyślał, że chłopiec trafi w takie miejsce? Nie zrobił nic złego a mimo wszystko musi znosić katusze. Kiedy na jednej z cegieł wyrył kreskę oznaczającą szósty dzień zauważył, że jest ona nieco luźna. W oczach pojawiła mu się iskierka intrygi i nadziei. Z całych sił postarał się wyjąć cegłę i ku jego zdziwieniu w otworze leżał zwitek papieru. List?
http://www.youtube.com/watch?v=jnBjS6q4fcI
„ Cóż mogę powiedzieć na sam początek? Chyba najodpowiedniejsze będzie po prostu witam. Skoro czytasz ten list to oznacza, że również wpadłeś bądź wpadłaś w ręce tych ludzi. Pozwól, że opowiem ci moją historię, to jedyny sposób, aby nie oszaleć. Nazywam się Morgan Ramson i mam 18 lat. A raczej miałem, gdy pisałem ten list. Możliwe, że nie różniłem się aż tak od ciebie, też miałem rodzinę. Mój ojciec był ogrodnikiem a matka pracowała, jako wolontariuszka. Zawsze chcieli mieć córkę, więc kiedy się urodziłem ojciec był nieco zawiedziony. Z czasem to minęło. Byliśmy normalną kochającą rodziną. Miałem dziewczynę.. Jane. Wyobraź sobie te piękne płomienne włosy splecione w kłosa. Moja pierwsza miłość. Gdy się przeprowadziłem, kumpel napisał mi, że jednak nie wytrzymała rozłąki i znalazła sobie innego. Nie byłem zły. Cieszyłem się nawet, że jest teraz szczęśliwa z kimś innym. Skoro ja nie mogłem jej dać tego, co dał jej inny to tak będzie lepiej. Zawsze zależało mi bardziej na szczęściu ludzi niż własnym… nie wiem czy jest to do końca dobre. Ale czułem się wtedy spełniony. Rodzicie znaleźli nową prace a ja nową miłość. Scott był miłym chłopakiem, nawet nie pomyślałbym, że mógłbym zakochać się w facecie. Nie zauważałem na początku jego uczucia, wolałem zajmować się sportem i rodziną. A on cały rok skrycie darzył mnie uczuciem. To urocze. Bycie z nim dało mi dużo szczęścia, ale i smutku. Moi rodzice tego nie chcieli zaakceptować. Bolało.. Tyle lat chciałem być dla nich idealnym synem a oni odwrócili się ode mnie. Jeżeli miałeś kiedyś złamane serce to mnie zrozumiesz. Jeśli straciłeś bliskie osoby to będziesz wiedział jak ja się czułem. Ale miałem Scotta a on miał mnie. Stosunki z Jane nigdy nie były takie czułe jak te ze Scottem. On umiał rozerwać moje ciało na milion kawałeczków i sprawić, że każdy z nich odczuwał rozkosz na swój sposób. Niesamowite uczucie. Wszystko się układało już nawet nie odczuwałem smutku po stracie rodzicielskiej miłości. Pewnie zastanawiasz się jak tu trafiłem? Do tej oziębłej celi. Musisz mi wybaczyć. Sam nie pamiętam tego dobrze. To było jak sen. Gdy po wieczornym spacerze wracaliśmy ze Scottem do mieszkania ktoś nas napadł. Mój ukochany został uderzony w głowę a ja w brzuch. Wrzucono mnie do samochodu i odjechaliśmy, nie mam pojęcia gdzie. Jedyne, co bolało mnie najbardziej to serce i sumienie. Miałem nadzieję, że Scott jest bezpieczny i wszystko z nim dobrze. Nikt nic mi nie mówił, w odpowiedzi na moje pytania dostawałem w twarz. W końcu dowiedziałem się, że zostanę po prostu sprzedany. Handel ludźmi zawsze kojarzył mi się jedynie z prostytucją, miałem nadzieję, że uda mi się kiedyś uciec. Mam do Ciebie prośbę. Nie poddawaj się, znajdź wyjście z beznadziejnej sytuacji. A list pozostaw w dziurce po cegle. Może podniesie na duchu niejednego człowieka, który tu trafi. Dziękuję, że wysłuchałeś mojej opowieści, że płakałeś za mnie i prosiłeś boga o to, że nieważne gdzie jestem, ale na pewno jest mi lepiej niż w tej celi. Bądź silny. Jeżeli miałeś kogoś, kogo mocno kochałeś to nie zapominaj o nim. Żyj z myślą, że Cię szuka i płacze wieczorem, bo nie może Cię przytulić, pocałować, poczuć twego ciepła.. „ :cry:
Colin przetarł dłonią czerwone oczy i policzki, po których nadal spływały łzy. Wsunął karteczkę z powrotem do otworu i to samo zrobił z cegiełką. –Dziękuję.. – Szepnął i uśmiechnął się ciepło. Bardzo pomógł mu ten list. Poczuł, że nie może się tak łatwo poddać.
***
-SHIGON-SAMA!!!! CO PAN ROBI?? – Sam patrzył na przełożonego ze zdziwieniem. Właściciel najnormalniej stał przy wielkiej szafie, w której na półkach leżały najróżniejsze rodzaje broni. Od tradycyjnych noży po broń palną. Jego mina była przerażająca, Sam nigdy nie wiedział takiej żądzy mordu w jego oczach.
-Sam.. Wiem, kto to wszystko zorganizował. –Odparł chłodno. –Przyprowadź Anette. Muszę zadać jej parę pytań. – Na jego słowa Sam momentalnie wybiegł z pokoju i po chwili pojawił się w towarzystwie dziewczyny.
-O, co chodzi..? Po co.. – Nie zdążyła zadać pytania, bo dostała mocno w twarz od czarnowłosego.
-Mów, gdzie jest teraz mój ojciec? –Rozkazał.
-S-Shigon.. Co ty wyprawiasz? Skąd mam to wiedzieć?
-Nie kłam do kurwy nędzy. Wiem, że sama byś tego nie wymyśliła. Jesteś za tępa.. To pomysł mojego ojca prawda? Mów gdzie on jest albo inaczej. – Złapał ją za włosy i pociągnął mocno. – Załatwię Ci paru niemiłych panów do pogawędki. Co powiesz na gwałt Anette? Może wtedy poczujesz się jak te wszystkie dziewczyny, które mój ojciec sprzedał.
-Nie zrobisz tego.
-Jesteś pewna? Uwierz mi jestem zdolny do wielu rzeczy. Mów!
-Myślisz, że mnie jest łatwo? On przetrzymuje moją matkę. Ojciec musiał przystać na jego warunki, bo inaczej ją skrzywdzi. –Załkała.
-Powiedz mi, gdzie on jest. Pomogę wam, ale musze wiedzieć gdzie on jest.
-Na północ od Seulu. Tam był ostatnio. –Wyszarpnęła się i wyszła a pokoju.
-Niech Alex jej pilnuje. Sam przygotuj samolot. Lecimy dać mojemu ojcu nauczkę.- Podszedł do szafy i wyciągnął kilka pistoletów. Jeden z nich rzucił Samowi. – Niech John sprawdzi tereny na północ od Seulu.. Na pewno coś tam jest. – Sam kiwnął głowa i wyszedł zostawiając Shigona samego.- Czekaj na mnie Colin.. – Szepnął.
Colin nie odpowiedział, nie znał odpowiedzi na jego pytania. Czemu uciekł? Chyba po prostu chciał być sam, wolny, z dala od tych dziwnych ludzi.
Mężczyzna wstał i otworzył drzwi przez, które chwilę później weszło dwóch umięśnionych typów, ci zaś złapali blondynka za ramiona i wyprowadzili. Trudno było powiedzieć gdzie go ciągną, ale chłopiec mógł jedynie domniemywać. Wepchnęli go to jakiegoś ciemnego pomieszczenia, niby cela. W pomieszczeniu panowała wilgoć, kamienna posadzka była w koncie zasłoniona przez koc. Jedno małe okienko dawało nikłe światło. Kraty zastąpiły masywne, pancerne drzwi, które chwilę później się zatrzasnęły. Colin był sam. Znowu sam. Miał jedynie nadzieje, że nie będzie to wyglądać tak jak w pensjonacie, że zaraz drzwi się otworzą i wejdą przez nie mężczyźni gotowi go potraktować jak śmiecia i nic nie wartą dziwkę. I faktycznie nikt nie przyszedł. Siedział na kocu i myślał. W końcu postanowił, że będzie liczyć dni. Udało mu się wydobyć niewielki kamyczek spomiędzy kamiennych cegieł ściennych. Wydrapywał na nich pojedyncze kreski, które miały mu pomóc oszacować czas, jaki tu spędza. Owszem dostawał jedzenie, może nie było najsmaczniejsze i przypominało bardziej resztki, ale starał się je zjeść, żeby nie stracić sił. Kto by pomyślał, że chłopiec trafi w takie miejsce? Nie zrobił nic złego a mimo wszystko musi znosić katusze. Kiedy na jednej z cegieł wyrył kreskę oznaczającą szósty dzień zauważył, że jest ona nieco luźna. W oczach pojawiła mu się iskierka intrygi i nadziei. Z całych sił postarał się wyjąć cegłę i ku jego zdziwieniu w otworze leżał zwitek papieru. List?
http://www.youtube.com/watch?v=jnBjS6q4fcI
„ Cóż mogę powiedzieć na sam początek? Chyba najodpowiedniejsze będzie po prostu witam. Skoro czytasz ten list to oznacza, że również wpadłeś bądź wpadłaś w ręce tych ludzi. Pozwól, że opowiem ci moją historię, to jedyny sposób, aby nie oszaleć. Nazywam się Morgan Ramson i mam 18 lat. A raczej miałem, gdy pisałem ten list. Możliwe, że nie różniłem się aż tak od ciebie, też miałem rodzinę. Mój ojciec był ogrodnikiem a matka pracowała, jako wolontariuszka. Zawsze chcieli mieć córkę, więc kiedy się urodziłem ojciec był nieco zawiedziony. Z czasem to minęło. Byliśmy normalną kochającą rodziną. Miałem dziewczynę.. Jane. Wyobraź sobie te piękne płomienne włosy splecione w kłosa. Moja pierwsza miłość. Gdy się przeprowadziłem, kumpel napisał mi, że jednak nie wytrzymała rozłąki i znalazła sobie innego. Nie byłem zły. Cieszyłem się nawet, że jest teraz szczęśliwa z kimś innym. Skoro ja nie mogłem jej dać tego, co dał jej inny to tak będzie lepiej. Zawsze zależało mi bardziej na szczęściu ludzi niż własnym… nie wiem czy jest to do końca dobre. Ale czułem się wtedy spełniony. Rodzicie znaleźli nową prace a ja nową miłość. Scott był miłym chłopakiem, nawet nie pomyślałbym, że mógłbym zakochać się w facecie. Nie zauważałem na początku jego uczucia, wolałem zajmować się sportem i rodziną. A on cały rok skrycie darzył mnie uczuciem. To urocze. Bycie z nim dało mi dużo szczęścia, ale i smutku. Moi rodzice tego nie chcieli zaakceptować. Bolało.. Tyle lat chciałem być dla nich idealnym synem a oni odwrócili się ode mnie. Jeżeli miałeś kiedyś złamane serce to mnie zrozumiesz. Jeśli straciłeś bliskie osoby to będziesz wiedział jak ja się czułem. Ale miałem Scotta a on miał mnie. Stosunki z Jane nigdy nie były takie czułe jak te ze Scottem. On umiał rozerwać moje ciało na milion kawałeczków i sprawić, że każdy z nich odczuwał rozkosz na swój sposób. Niesamowite uczucie. Wszystko się układało już nawet nie odczuwałem smutku po stracie rodzicielskiej miłości. Pewnie zastanawiasz się jak tu trafiłem? Do tej oziębłej celi. Musisz mi wybaczyć. Sam nie pamiętam tego dobrze. To było jak sen. Gdy po wieczornym spacerze wracaliśmy ze Scottem do mieszkania ktoś nas napadł. Mój ukochany został uderzony w głowę a ja w brzuch. Wrzucono mnie do samochodu i odjechaliśmy, nie mam pojęcia gdzie. Jedyne, co bolało mnie najbardziej to serce i sumienie. Miałem nadzieję, że Scott jest bezpieczny i wszystko z nim dobrze. Nikt nic mi nie mówił, w odpowiedzi na moje pytania dostawałem w twarz. W końcu dowiedziałem się, że zostanę po prostu sprzedany. Handel ludźmi zawsze kojarzył mi się jedynie z prostytucją, miałem nadzieję, że uda mi się kiedyś uciec. Mam do Ciebie prośbę. Nie poddawaj się, znajdź wyjście z beznadziejnej sytuacji. A list pozostaw w dziurce po cegle. Może podniesie na duchu niejednego człowieka, który tu trafi. Dziękuję, że wysłuchałeś mojej opowieści, że płakałeś za mnie i prosiłeś boga o to, że nieważne gdzie jestem, ale na pewno jest mi lepiej niż w tej celi. Bądź silny. Jeżeli miałeś kogoś, kogo mocno kochałeś to nie zapominaj o nim. Żyj z myślą, że Cię szuka i płacze wieczorem, bo nie może Cię przytulić, pocałować, poczuć twego ciepła.. „ :cry:
Colin przetarł dłonią czerwone oczy i policzki, po których nadal spływały łzy. Wsunął karteczkę z powrotem do otworu i to samo zrobił z cegiełką. –Dziękuję.. – Szepnął i uśmiechnął się ciepło. Bardzo pomógł mu ten list. Poczuł, że nie może się tak łatwo poddać.
***
-SHIGON-SAMA!!!! CO PAN ROBI?? – Sam patrzył na przełożonego ze zdziwieniem. Właściciel najnormalniej stał przy wielkiej szafie, w której na półkach leżały najróżniejsze rodzaje broni. Od tradycyjnych noży po broń palną. Jego mina była przerażająca, Sam nigdy nie wiedział takiej żądzy mordu w jego oczach.
-Sam.. Wiem, kto to wszystko zorganizował. –Odparł chłodno. –Przyprowadź Anette. Muszę zadać jej parę pytań. – Na jego słowa Sam momentalnie wybiegł z pokoju i po chwili pojawił się w towarzystwie dziewczyny.
-O, co chodzi..? Po co.. – Nie zdążyła zadać pytania, bo dostała mocno w twarz od czarnowłosego.
-Mów, gdzie jest teraz mój ojciec? –Rozkazał.
-S-Shigon.. Co ty wyprawiasz? Skąd mam to wiedzieć?
-Nie kłam do kurwy nędzy. Wiem, że sama byś tego nie wymyśliła. Jesteś za tępa.. To pomysł mojego ojca prawda? Mów gdzie on jest albo inaczej. – Złapał ją za włosy i pociągnął mocno. – Załatwię Ci paru niemiłych panów do pogawędki. Co powiesz na gwałt Anette? Może wtedy poczujesz się jak te wszystkie dziewczyny, które mój ojciec sprzedał.
-Nie zrobisz tego.
-Jesteś pewna? Uwierz mi jestem zdolny do wielu rzeczy. Mów!
-Myślisz, że mnie jest łatwo? On przetrzymuje moją matkę. Ojciec musiał przystać na jego warunki, bo inaczej ją skrzywdzi. –Załkała.
-Powiedz mi, gdzie on jest. Pomogę wam, ale musze wiedzieć gdzie on jest.
-Na północ od Seulu. Tam był ostatnio. –Wyszarpnęła się i wyszła a pokoju.
-Niech Alex jej pilnuje. Sam przygotuj samolot. Lecimy dać mojemu ojcu nauczkę.- Podszedł do szafy i wyciągnął kilka pistoletów. Jeden z nich rzucił Samowi. – Niech John sprawdzi tereny na północ od Seulu.. Na pewno coś tam jest. – Sam kiwnął głowa i wyszedł zostawiając Shigona samego.- Czekaj na mnie Colin.. – Szepnął.
piątek, 15 marca 2013
Rozdział XII.
Colin nie mógł uwierzyć w to, co właśnie zobaczył. Groźby takie jak anonimy są niczym w porównaniu z Tym. Zdechłe szczury? Ktoś aż tak źle mu życzy? Ale kto? Dlaczego? Przecież nie zasłużył sobie na takie traktowanie? Shigon oddał Sakiemu pudełko i powiedział mu coś na ucho, na co ten zareagował kiwnięciem i wyszedł z pokoju. Czarnowłosy podszedł do chłopca i pogładził delikatnie jego włosy, ale nie odezwał się. Nic nie powiedział. Żadnego słowa wytłumaczenia, po prostu nic. Czyżby ta cała sytuacja postawiła go w niekomfortowej sytuacji? Z jednej strony ma chłopca na, którego tak długo czekał a z drugiej cały pensjonat. Nie ważne, co zrobi musi liczyć się z konsekwencjami.
-Colin wracaj do pokoju.-Odparł Shigon po jakimś czasie.
-Nie..
-Wracaj do pokoju.
-Nie chce. –Złapał dłoń mężczyzny i pchnął go z trudem na łóżko. Usiadł na biodrach starszego nadal chowając twarz za blond grzywką. – Nie chce odchodzić.. Chce zostać. Z tobą.
-Colin, ja..
-Nie chce. –Jęknął płaczliwie, bo już w oczach zbierały mu się łzy. Dłonie zaciskał na koszuli czarnowłosego, który patrzył się na niego z bólem. Nigdy jeszcze nie był w tak beznadziejnej sytuacji. Wybór trudny i tylko dwa wyjścia. Colin schował twarz w zagłębieniu szyi partnera i załkał cicho.
-Jestem w martwym punkcie słodziaku. –Pogładził jego włosy.
-Te pogróżki się nie skończą póki tu jestem. –Szepnął łamiącym się głosem. –Jeżeli wyjadę, co się ze mną stanie?
-Nie jesteś jeszcze pełnoletni. Trafisz do sierocińca albo do rodziny zastępczej. - Colin spojrzał na niego niepewnie i wstał. Nie wiedział, co zrobić. Z jednej strony chciał zostać a z drugiej nie chciał sprawiać problemów. Kiedy już chciał wyjść Shigon złapał go za dłoń, po czym pociągnął na łóżko, zawisł nad nim i najnormalniej w świecie zdarł ubranie. – Jesteś mój. Nie oddam Cię. –Zapewnił i wpił się w śniadą cerę na jego szyi pozostawiając na niej czerwoną malinę, którą dodatkowo potraktował zębami. Colin jęknął głośno. Brutalna natura Shigona powróciła. Znów czuł jak bardzo pożąda ciała chłopca, jak krew się gotuje w jego żyłach a ciasnota w spodniach przeszkadza kurewsko. Colin, leżał jedynie jak pusta skorupa i pozwalał mu na każdy ruch. Chciał czuć ciało kochanka zwłaszcza, że będzie mógł nie myśleć o innych przykrościach. Seks faktycznie daje ulgę i wyłącza umysł. To ciało czuje a nie głowa. Dłonie sunęły wzdłuż bioder młodszego zatrzymując się na chwilkę, po czym wróciły do góry pieszcząc sutki blondynka, ten czuł jak po jego skórze przebiegają dreszcze, jak ciało dosłownie płonie.
Shigon spojrzał na Colina, kiedy już się wewnątrz niego bardzo intensywnie poruszał. Chłopiec zagryzał boleśnie wargę wylewają strumyki łez, które moczyły poduszkę, dłonie zaciśnięte w piąstki na czarnych włosach starszego delikatnie ciągnęły krucze kosmyki. W końcu zdał sobie sprawę, że znowu wziął go jak kiedyś. Tylko po to żeby zaspokoić siebie.
-Colin, j-ja przepraszam. – Pogładził jego policzek i przylgnął do ciała młodszego chowając twarz gdzieś w jego blond włosach. Poczuł ból w klatce piersiowej. Jak mógł zrobić to temu aniołkowi?
-Dokończ. – Szepnął Colin.
-Nie.
-Proszę, skończ.
-Ale zraniłem Cię. Obiecałem, że już tego nie zrobię w tak brutalny sposób. –Spojrzał na niego boleśnie. Wstał z łóżka i okrył młodszego kołdrą. – Dowiem się, kto te pogróżki wysyła i osobiście go zamorduję.
Minęły dwa dni od incydentu ze szczurami, niby nic takiego się nie działo pomijając jeden list o obraźliwej treści. Wyzywanie od dziwek i obrażanie matki Colina było naprawdę bolesne. Blondynek postanowił nie wspominać o tym Shigonowi. Problem za problemem a chłopiec nie chciał być ich częścią.
- Colin, to chyba do ciebie. –Yuki wszedł do pokoju niosąc list.
-Dla mnie? –Blondyn spojrzał na kopertę, Otworzył ją i przeczytał treść:
„Jeżeli nie chcesz już sprawiać problemów, to wyjdziesz o północy do ogrodu. Czekaj pod dębem a dowiesz się, co i jak.”
Zupełnie jakby słyszał Anette. NO TAK!! To pewnie Anette robi jaja i próbuje go podpuścić. Do tej pory pogróżki były drukowane a to zostało napisane ręcznie. Mimo wszystko wyszedł z pokoju o północy i skierował się w stronę ogrodu. Stał pod dębem dłuższą chwilę.
-Colin. – Ktoś go zawołał, ale na tyle cicho żeby tylko on to słyszał. Gdy blondynek się odwrócił w stronę źródła głosu ujrzał mężczyznę i tylko tyle, bo po chwili poczuł straszny ból głowy i stracił przytomność. Obudził się w ciemnym pomieszczeniu przywiązany do krzesła.
-Dawno się nie widzieliśmy Colinie. – Głos całkiem obcy, tak się przynajmniej wydawało blondynkowi. Stał przed nim niski mężczyzna, ale wyższy od samego chłopca, ubrany był w elegancki garnitur Twarz miał dziwnie nieprzyjemną, dwudniowy zarost dodawał mu charakteru tak samo jak zbyt krzaczaste brwi.
-Kim jesteś?
-Nie pamiętasz? Hmm no tak sporo czasu minęło od naszego ostatniego spotkania. Miałem nadzieję, że trawisz bezproblemowo do sierocińca a potem oddasz mi pieniądze.
- Co takiego?-Colin wytrzeszczył oczy w zdumieniu.
-Moje pieniądze. Twój ojciec był mi sporo winien, ale ciekawie to wymyślił. Zabójstwo twojej matki i samobójstwo to bardzo dobre wyjście. Zapomniał tylko o jednym drobnym szczególe, że przejmiesz jego długi ty. –Uśmiechnął się złośliwie. – No Colin to, kiedy oddasz mi moje pieniądze?
-A skąd mam je wziąć? Do niedawna nawet nie wiedziałem, kim jestem, a teraz się dowiaduję, że mam spłacić dług, o którym nie miałem pojęcia?
-Gdyby świat był taki sprawiedliwy jak chcemy, ech. No cóż skoro tak stawiasz sprawę to muszę wyciągnąć wnioski. – Złapał jego podbródek w mocnym uścisku i bardzo dokładnie się mu przyjrzał. – Nie wiem ile jesteś wart, ale będę się targować z potencjalnymi kupcami. Jakoś muszę odzyskać te pieniądze.
-Chcesz mnie sprzedać?
-Nie widzę innego wyjścia, na pewno najdzie się ktoś, kto zechce za ciebie sporo zapłacić. Musiałem jakoś wywabić Cię tymi pogróżkami, ale okazało się to wyjątkowo łatwe. – Uśmiechnął się ironicznie.- Osobiście nie wiem, co ten mój syn w Tobie takiego widział. Przez Ciebie nie ma kto odziedziczyć firmy, przez ciebie nie ożenił się z Anette. Do jasnej cholery przez ciebie gówniarzu moje plany rozpadały się na kawałki.
Colin całkiem oniemiał. – Pan jest ojcem Shigona?
-Colin wracaj do pokoju.-Odparł Shigon po jakimś czasie.
-Nie..
-Wracaj do pokoju.
-Nie chce. –Złapał dłoń mężczyzny i pchnął go z trudem na łóżko. Usiadł na biodrach starszego nadal chowając twarz za blond grzywką. – Nie chce odchodzić.. Chce zostać. Z tobą.
-Colin, ja..
-Nie chce. –Jęknął płaczliwie, bo już w oczach zbierały mu się łzy. Dłonie zaciskał na koszuli czarnowłosego, który patrzył się na niego z bólem. Nigdy jeszcze nie był w tak beznadziejnej sytuacji. Wybór trudny i tylko dwa wyjścia. Colin schował twarz w zagłębieniu szyi partnera i załkał cicho.
-Jestem w martwym punkcie słodziaku. –Pogładził jego włosy.
-Te pogróżki się nie skończą póki tu jestem. –Szepnął łamiącym się głosem. –Jeżeli wyjadę, co się ze mną stanie?
-Nie jesteś jeszcze pełnoletni. Trafisz do sierocińca albo do rodziny zastępczej. - Colin spojrzał na niego niepewnie i wstał. Nie wiedział, co zrobić. Z jednej strony chciał zostać a z drugiej nie chciał sprawiać problemów. Kiedy już chciał wyjść Shigon złapał go za dłoń, po czym pociągnął na łóżko, zawisł nad nim i najnormalniej w świecie zdarł ubranie. – Jesteś mój. Nie oddam Cię. –Zapewnił i wpił się w śniadą cerę na jego szyi pozostawiając na niej czerwoną malinę, którą dodatkowo potraktował zębami. Colin jęknął głośno. Brutalna natura Shigona powróciła. Znów czuł jak bardzo pożąda ciała chłopca, jak krew się gotuje w jego żyłach a ciasnota w spodniach przeszkadza kurewsko. Colin, leżał jedynie jak pusta skorupa i pozwalał mu na każdy ruch. Chciał czuć ciało kochanka zwłaszcza, że będzie mógł nie myśleć o innych przykrościach. Seks faktycznie daje ulgę i wyłącza umysł. To ciało czuje a nie głowa. Dłonie sunęły wzdłuż bioder młodszego zatrzymując się na chwilkę, po czym wróciły do góry pieszcząc sutki blondynka, ten czuł jak po jego skórze przebiegają dreszcze, jak ciało dosłownie płonie.
Shigon spojrzał na Colina, kiedy już się wewnątrz niego bardzo intensywnie poruszał. Chłopiec zagryzał boleśnie wargę wylewają strumyki łez, które moczyły poduszkę, dłonie zaciśnięte w piąstki na czarnych włosach starszego delikatnie ciągnęły krucze kosmyki. W końcu zdał sobie sprawę, że znowu wziął go jak kiedyś. Tylko po to żeby zaspokoić siebie.
-Colin, j-ja przepraszam. – Pogładził jego policzek i przylgnął do ciała młodszego chowając twarz gdzieś w jego blond włosach. Poczuł ból w klatce piersiowej. Jak mógł zrobić to temu aniołkowi?
-Dokończ. – Szepnął Colin.
-Nie.
-Proszę, skończ.
-Ale zraniłem Cię. Obiecałem, że już tego nie zrobię w tak brutalny sposób. –Spojrzał na niego boleśnie. Wstał z łóżka i okrył młodszego kołdrą. – Dowiem się, kto te pogróżki wysyła i osobiście go zamorduję.
Minęły dwa dni od incydentu ze szczurami, niby nic takiego się nie działo pomijając jeden list o obraźliwej treści. Wyzywanie od dziwek i obrażanie matki Colina było naprawdę bolesne. Blondynek postanowił nie wspominać o tym Shigonowi. Problem za problemem a chłopiec nie chciał być ich częścią.
- Colin, to chyba do ciebie. –Yuki wszedł do pokoju niosąc list.
-Dla mnie? –Blondyn spojrzał na kopertę, Otworzył ją i przeczytał treść:
„Jeżeli nie chcesz już sprawiać problemów, to wyjdziesz o północy do ogrodu. Czekaj pod dębem a dowiesz się, co i jak.”
Zupełnie jakby słyszał Anette. NO TAK!! To pewnie Anette robi jaja i próbuje go podpuścić. Do tej pory pogróżki były drukowane a to zostało napisane ręcznie. Mimo wszystko wyszedł z pokoju o północy i skierował się w stronę ogrodu. Stał pod dębem dłuższą chwilę.
-Colin. – Ktoś go zawołał, ale na tyle cicho żeby tylko on to słyszał. Gdy blondynek się odwrócił w stronę źródła głosu ujrzał mężczyznę i tylko tyle, bo po chwili poczuł straszny ból głowy i stracił przytomność. Obudził się w ciemnym pomieszczeniu przywiązany do krzesła.
-Dawno się nie widzieliśmy Colinie. – Głos całkiem obcy, tak się przynajmniej wydawało blondynkowi. Stał przed nim niski mężczyzna, ale wyższy od samego chłopca, ubrany był w elegancki garnitur Twarz miał dziwnie nieprzyjemną, dwudniowy zarost dodawał mu charakteru tak samo jak zbyt krzaczaste brwi.
-Kim jesteś?
-Nie pamiętasz? Hmm no tak sporo czasu minęło od naszego ostatniego spotkania. Miałem nadzieję, że trawisz bezproblemowo do sierocińca a potem oddasz mi pieniądze.
- Co takiego?-Colin wytrzeszczył oczy w zdumieniu.
-Moje pieniądze. Twój ojciec był mi sporo winien, ale ciekawie to wymyślił. Zabójstwo twojej matki i samobójstwo to bardzo dobre wyjście. Zapomniał tylko o jednym drobnym szczególe, że przejmiesz jego długi ty. –Uśmiechnął się złośliwie. – No Colin to, kiedy oddasz mi moje pieniądze?
-A skąd mam je wziąć? Do niedawna nawet nie wiedziałem, kim jestem, a teraz się dowiaduję, że mam spłacić dług, o którym nie miałem pojęcia?
-Gdyby świat był taki sprawiedliwy jak chcemy, ech. No cóż skoro tak stawiasz sprawę to muszę wyciągnąć wnioski. – Złapał jego podbródek w mocnym uścisku i bardzo dokładnie się mu przyjrzał. – Nie wiem ile jesteś wart, ale będę się targować z potencjalnymi kupcami. Jakoś muszę odzyskać te pieniądze.
-Chcesz mnie sprzedać?
-Nie widzę innego wyjścia, na pewno najdzie się ktoś, kto zechce za ciebie sporo zapłacić. Musiałem jakoś wywabić Cię tymi pogróżkami, ale okazało się to wyjątkowo łatwe. – Uśmiechnął się ironicznie.- Osobiście nie wiem, co ten mój syn w Tobie takiego widział. Przez Ciebie nie ma kto odziedziczyć firmy, przez ciebie nie ożenił się z Anette. Do jasnej cholery przez ciebie gówniarzu moje plany rozpadały się na kawałki.
Colin całkiem oniemiał. – Pan jest ojcem Shigona?
sobota, 9 marca 2013
Rozdział XI.
-Colin-kun! – Yuki rzucił się na łóżko współlokatora, kiedy ten spał sobie w najlepsze śliniąc przy okazji poduszkę. No, ale kto by się nie ślinił gdyby każdej nocy miał takie gorące sny: Shigon całkiem nagi pokazujący swoje ciało w pełnej krasie, jego długie czarne włosy opadające na ramiona. Kyaaa ta umięśniona sylwetka, zgrabne biodra i szerokie barki, duże dłonie spoczywające na pięknie wymodelowanych przedramionach. Dodatkowo stał na plaży podczas zachodu słońca i patrzył się w stronę blondynka tym swoim kuszącym spojrzeniem, pełnym pożądania i uczucia. NO KURDE I JAK TU NIE ŚLINIĆ SIĘ??!! – Colin-kun, szybko, bo jakaś białowłosa dziunia kradnie Ci ukochanego!-Zaśmiał się w duchu Yuki i pogratulował sam sobie za pomysłowość, bo chwilę później śpioch zerwał się do siadu o mały włos nie zrzucając go z łóżka
-Gdzie ona jest? –Spytał Colin nadal będąc jedną nogą w krainie snów. T^T Sen był taki piękny a teraz postać Shigona zniknęła.
-Musiałem jakoś Cię obudzić. Spóźnimy się na poranne ćwiczenia i przez ciebie nie zjemy śniadania a dzisiaj są tosty i kakao. Rozumiesz to?! KAKAO!! –Zaczął skakać na łóżku zupełnie jakby ten konkretny napój traktował niczym nektar bogów.
-No dobrze już wstaję. –Westchnął, bo najchętniej wróciłby do łóżka i w objęcia wyśnionego Shigona. Bardzo powoli podniósł się z łóżka i podszedł do szafy wyjmując z niej dres, który chwilkę później już miał na sobie. –Yuki a może zapiszemy się na gimnastykę?
-Hihi czyżbyś miał jakiś konkretny powód?
-Nie, ale sam przyznaj, że teraz nic ciekawego nie mamy do roboty. Zadania udaje nam się wykonywać na przerwie obiadowej a z nauką nie mamy problemów. Kiedy wracamy do pokoju siedzimy i nudzimy się. A tak to przynajmniej się czymś zajmiemy i będziemy w lepszej kondycji. –Wyszli na korytarz schodząc powoli po schodach aż do parteru. Potem na dwór i wreszcie na niewielkie boisko. Tam już czekało paru chłopaków i trener. Jak zwykle poranne ćwiczenia składały się z rozgrzewki, biegów, skłonów, przysiadów, pompek, szpagatów itd. W pewnym momencie Yuki złapał Colina za ramię pokazał ręką.. Anette, która biegła goniąc Deiwa, ten zaś uciekał trzymając w ręku coś, co wyglądało jak zdechła fretka, albo kilka zdechłych fretek całych w błocie i potarganych.
-Crétin!! Jak mogłeś pozwolić tym psom tak zniszczyć moje grand futro?! –To prawdziwa sztuka biec w szpilkach od Betrand Pierra i nie łamać sobie przy tym kończyn.
-To nie moja wina, że używa Pani takich perfum, które dla psów są jak cieczka u suki. Wyczują na kilometr, zwłaszcza, że są to psy obronne i specjalnie żadnej suki od cholernie długiego czasu nie widziały. A panienka Anette przypadła im do gustu!! – Krzyczał Deiw wymachując futrem i machając drugą ręką do Colina, który razem z Yukim zanosili się głośnym śmiechem.
-Haha trzeba będzie postawić Deiwowi coś do picia. –Powiedział Colin.
-Albo mu coś innego postawimy. –Poprawił Yuki, na co blondyn pacnął go mocno w czubek głowy.
-Ty to byś tylko o jednym myślał, co Yuki-chan?
-Nie, ale sam przyznaj, że od takiego życia trudno nie mieć skojarzeń.
-A no trudno.
Wrócili do ćwiczeń a potem z uśmiechem śmiejąc się nadal z Anette poszli do jadalni na śniadanie. Faktycznie Kakao było miłą odmianą skoro przez tak długi czas pili zieloną herbatę. Blondyn miał wrażenie, że właśnie z tego powodu na śniadanie wszyscy przyszli punktualnie. Na balkonie siedzieli jak zwykle opiekunowie i Shigon. Związał długie włosy w kucyka i teraz wyglądał jeszcze przystojniej. I nie tylko Colin to zauważył połowa pensjonatu nie spuszczała z niego wzroku. To było irytujące, ale blondynek wiedział, że jest to tak czy siak nieuniknione. Yuki zdążył już wypić dwa kubki kakao i właśnie zabierał się za trzeci. Po śniadaniu Chłopcy poszli do gabinetu Johna żeby zapisać się na gimnastykę. Kiedy Yuki dowiedział się, że Sam często tam zagląda od razu rozpromieniał i bez chwili zawahania podpisał się na liście. Colin zrobił to samo i po chwili poszli na zajęcia. Mieli dzisiaj dość napięty grafik, trudne lekcje i sporo zadań, ale jak zwykle szybko się z tym uwinęli. Blondyn postanowił zajrzeć do biblioteki, ale nogi poniosły go gdzie indziej, a mianowicie sypialni Shigona. Wparował tam z uśmiechem, ale mężczyzny nie było. -,-
-Shigon? –Chłopiec wszedł w głąb pokoju i usiadł sobie na łóżku. Po chwili drzwi się otworzyły i wszedł czarnowłosy i nie był zadowolony.
-Co tu robisz?
-Umm a już mam zakaz przychodzenia do ciebie? –Spytał nieco urażony. – Coś się stało?
-Dostałem anonimowy list, że jeżeli do tygodnia nie wrócisz do sierocińca naślą na pensjonat policję.
-Ale sam mówiłeś, że nikt nie wie gdzie znajduje się pensjonat. –Szepnął Colin.
-Tak, ale co za problem podać policji współrzędne?
-No to.. – Wstał z łóżka. – Pójdę się spakować.
Shigon złapał jego dłoń i pociągnął siadając na łóżku tak, że Colin wylądował na jego kolanach. – Zwariowałeś? Nie oddam Cię nikomu. Jesteś mój. – Pocałował go nie czekając na pozwolenie. Nie miał zamiaru go zostawiać, tyle lat czekał na tego blond aniołka i nie pozwoli go sobie zabrać. Pogłębił pocałunek przesuwając dłonie na plecy chłopca. – Nie oddam Cię.
-Nie chce żebyś miał problemy.
-Problemy będzie miał ten, kto wysłał tego anonima. –Odparł z uśmiechem.
-Shigon.
-O, co chodzi?
-ładnie Ci w związanych włosach.
Zaśmiał się i przeczesał jego blond kosmyki. –Dziękuję, ale czasem długie włosy przeszkadzają. No i wiesz jak długo się je suszy?
-Mogę Ci następnym razem pomóc. –Zaśmiał się radośnie i położył na łóżku.
-słyszałem, że zapisałeś się na gimnastykę.
-Mhm razem z Yukim dziś się zapisaliśmy. Już od jakiegoś czasu umiem zrobić szpagat.
-Pochwal się.
Wstał z łóżka i postarał się zrobić szpagat, ale nieco mu to utrudniały jeansy. – Umm chyba Ci nie pokażę. Spodnie są niewygodne.
-O matko mam Ci powiedzieć, co z nimi zrobić? Ściągaj i nie gadaj głupot.
Colin dość zawstydzony ściągnął spodnie i pokazał czarnowłosemu szpagat.
- Ale mam wygimnastykowanego kochanka. –Podziwiał jego ciało, które teraz tak pięknie wyeksponowano. –Dobra Dzieciaku wystarczy, bo się jeszcze napalę.
Do pokoju Shigona ktoś zapukał i po chwili wszedł Saki. – Shigon-sama jest problem.
- Jaki?
Brunet podał mu niewielką paczuszkę. Shigon otworzył wieko, lecz po chwili zakrył je z powrotem. Niestety Colin zauważył, co było w środku. Zdechłe szczury i list z napisem: „Dzieciak ma się wynieść, bo inaczej tego pożałujesz.”
-Gdzie ona jest? –Spytał Colin nadal będąc jedną nogą w krainie snów. T^T Sen był taki piękny a teraz postać Shigona zniknęła.
-Musiałem jakoś Cię obudzić. Spóźnimy się na poranne ćwiczenia i przez ciebie nie zjemy śniadania a dzisiaj są tosty i kakao. Rozumiesz to?! KAKAO!! –Zaczął skakać na łóżku zupełnie jakby ten konkretny napój traktował niczym nektar bogów.
-No dobrze już wstaję. –Westchnął, bo najchętniej wróciłby do łóżka i w objęcia wyśnionego Shigona. Bardzo powoli podniósł się z łóżka i podszedł do szafy wyjmując z niej dres, który chwilkę później już miał na sobie. –Yuki a może zapiszemy się na gimnastykę?
-Hihi czyżbyś miał jakiś konkretny powód?
-Nie, ale sam przyznaj, że teraz nic ciekawego nie mamy do roboty. Zadania udaje nam się wykonywać na przerwie obiadowej a z nauką nie mamy problemów. Kiedy wracamy do pokoju siedzimy i nudzimy się. A tak to przynajmniej się czymś zajmiemy i będziemy w lepszej kondycji. –Wyszli na korytarz schodząc powoli po schodach aż do parteru. Potem na dwór i wreszcie na niewielkie boisko. Tam już czekało paru chłopaków i trener. Jak zwykle poranne ćwiczenia składały się z rozgrzewki, biegów, skłonów, przysiadów, pompek, szpagatów itd. W pewnym momencie Yuki złapał Colina za ramię pokazał ręką.. Anette, która biegła goniąc Deiwa, ten zaś uciekał trzymając w ręku coś, co wyglądało jak zdechła fretka, albo kilka zdechłych fretek całych w błocie i potarganych.
-Crétin!! Jak mogłeś pozwolić tym psom tak zniszczyć moje grand futro?! –To prawdziwa sztuka biec w szpilkach od Betrand Pierra i nie łamać sobie przy tym kończyn.
-To nie moja wina, że używa Pani takich perfum, które dla psów są jak cieczka u suki. Wyczują na kilometr, zwłaszcza, że są to psy obronne i specjalnie żadnej suki od cholernie długiego czasu nie widziały. A panienka Anette przypadła im do gustu!! – Krzyczał Deiw wymachując futrem i machając drugą ręką do Colina, który razem z Yukim zanosili się głośnym śmiechem.
-Haha trzeba będzie postawić Deiwowi coś do picia. –Powiedział Colin.
-Albo mu coś innego postawimy. –Poprawił Yuki, na co blondyn pacnął go mocno w czubek głowy.
-Ty to byś tylko o jednym myślał, co Yuki-chan?
-Nie, ale sam przyznaj, że od takiego życia trudno nie mieć skojarzeń.
-A no trudno.
Wrócili do ćwiczeń a potem z uśmiechem śmiejąc się nadal z Anette poszli do jadalni na śniadanie. Faktycznie Kakao było miłą odmianą skoro przez tak długi czas pili zieloną herbatę. Blondyn miał wrażenie, że właśnie z tego powodu na śniadanie wszyscy przyszli punktualnie. Na balkonie siedzieli jak zwykle opiekunowie i Shigon. Związał długie włosy w kucyka i teraz wyglądał jeszcze przystojniej. I nie tylko Colin to zauważył połowa pensjonatu nie spuszczała z niego wzroku. To było irytujące, ale blondynek wiedział, że jest to tak czy siak nieuniknione. Yuki zdążył już wypić dwa kubki kakao i właśnie zabierał się za trzeci. Po śniadaniu Chłopcy poszli do gabinetu Johna żeby zapisać się na gimnastykę. Kiedy Yuki dowiedział się, że Sam często tam zagląda od razu rozpromieniał i bez chwili zawahania podpisał się na liście. Colin zrobił to samo i po chwili poszli na zajęcia. Mieli dzisiaj dość napięty grafik, trudne lekcje i sporo zadań, ale jak zwykle szybko się z tym uwinęli. Blondyn postanowił zajrzeć do biblioteki, ale nogi poniosły go gdzie indziej, a mianowicie sypialni Shigona. Wparował tam z uśmiechem, ale mężczyzny nie było. -,-
-Shigon? –Chłopiec wszedł w głąb pokoju i usiadł sobie na łóżku. Po chwili drzwi się otworzyły i wszedł czarnowłosy i nie był zadowolony.
-Co tu robisz?
-Umm a już mam zakaz przychodzenia do ciebie? –Spytał nieco urażony. – Coś się stało?
-Dostałem anonimowy list, że jeżeli do tygodnia nie wrócisz do sierocińca naślą na pensjonat policję.
-Ale sam mówiłeś, że nikt nie wie gdzie znajduje się pensjonat. –Szepnął Colin.
-Tak, ale co za problem podać policji współrzędne?
-No to.. – Wstał z łóżka. – Pójdę się spakować.
Shigon złapał jego dłoń i pociągnął siadając na łóżku tak, że Colin wylądował na jego kolanach. – Zwariowałeś? Nie oddam Cię nikomu. Jesteś mój. – Pocałował go nie czekając na pozwolenie. Nie miał zamiaru go zostawiać, tyle lat czekał na tego blond aniołka i nie pozwoli go sobie zabrać. Pogłębił pocałunek przesuwając dłonie na plecy chłopca. – Nie oddam Cię.
-Nie chce żebyś miał problemy.
-Problemy będzie miał ten, kto wysłał tego anonima. –Odparł z uśmiechem.
-Shigon.
-O, co chodzi?
-ładnie Ci w związanych włosach.
Zaśmiał się i przeczesał jego blond kosmyki. –Dziękuję, ale czasem długie włosy przeszkadzają. No i wiesz jak długo się je suszy?
-Mogę Ci następnym razem pomóc. –Zaśmiał się radośnie i położył na łóżku.
-słyszałem, że zapisałeś się na gimnastykę.
-Mhm razem z Yukim dziś się zapisaliśmy. Już od jakiegoś czasu umiem zrobić szpagat.
-Pochwal się.
Wstał z łóżka i postarał się zrobić szpagat, ale nieco mu to utrudniały jeansy. – Umm chyba Ci nie pokażę. Spodnie są niewygodne.
-O matko mam Ci powiedzieć, co z nimi zrobić? Ściągaj i nie gadaj głupot.
Colin dość zawstydzony ściągnął spodnie i pokazał czarnowłosemu szpagat.
- Ale mam wygimnastykowanego kochanka. –Podziwiał jego ciało, które teraz tak pięknie wyeksponowano. –Dobra Dzieciaku wystarczy, bo się jeszcze napalę.
Do pokoju Shigona ktoś zapukał i po chwili wszedł Saki. – Shigon-sama jest problem.
- Jaki?
Brunet podał mu niewielką paczuszkę. Shigon otworzył wieko, lecz po chwili zakrył je z powrotem. Niestety Colin zauważył, co było w środku. Zdechłe szczury i list z napisem: „Dzieciak ma się wynieść, bo inaczej tego pożałujesz.”
niedziela, 3 marca 2013
Rozdział X.
-S-Shigon? – Anette po chwili całkiem zmieniła wyraz twarzy na smutny, przestała obciążać jedną z nóg i ponownie zaczęła udawać obłożnie chorą i poszkodowaną. – Ten chłopiec wygadywał takie okropne rzeczy. Wcale mu na Tobie nie zależy i jeszcze mnie obraził.
Colin patrzył wielkimi oczyma na kobietę. Że niby jemu nie zależy? Jak ona może takie kłamstwa wygadywać? – Nic takiego nie mówiłem? –Szepnął złamanym głosem. Suchość w gardle powoli stawała się nieznośna z resztą tak samo jak dreszcze i gorączka. Wszystko bolało Colina i męczyło zupełnie jakby ktoś wbijał w jego kości miliard szpilek. Oczy powoli same z siebie zaczęły się zamykać. Po czole spływały krople perlistego potu naznaczając mokry ślad na poduszce, lub ginąc gdzieś w blond kosmykach włosów. Colin miał wrażenie, że leży w głębokiej studni, bo głosy były takie dalekie i głuche.
Shigon przeszedł obojętnie obok Anette i położył dłoń na czole młodszego, który teraz zaczął drżeć niespokojnie. Mimo, że spał to wcale nie wyglądało jakby mu się miało polepszyć. Wręcz przeciwnie. Dziewczyna stała nadal obrócona przodem do drzwi gdzie jeszcze chwilę temu znajdował się czarnowłosy. „Czemu do jasnej cholery tak bardzo się przejmujesz tym bachorem?” Westchnęła w myślach i kulejąc, bo przecież noga ją bardzo bolała, wyszła w pokoju.
Shigon wyjął komórkę i zadzwonił po lekarza. Chwilę później blondynkiem zajmował się doktor, który pracował w pensjonacie i jednocześnie uczył chemii.
-I jak z nim będzie? –Spytał Shigon nieco ozięble.
-Nie mam ani dobrych ani bardzo złych wieści. –Odparł mężczyzna.. – Chłopiec za długo był na dworze. Mamy środek lutego a zdołał się przez te parę godzin nabawić zapalenia płuc. Na dodatek leżał na wilgotnej trawie zmókł, więc i go przewiało. Gorączka rośnie a nie chce podawać żadnych mocnych leków, bo nie wiem czy nie jest na któryś z nich uczulony.
-Kurwa… to, co robić?
-Póki, co musimy się zająć jego gorączką. Zalecam okłady lodowe. Będzie odczuwał na zmianę, raz zimno a raz gorąc, poty dreszcze a dopóki się nie obudzi i tak za wiele nie zrobimy.
Po chwili do pokoju Colina zostały przyniesione kawałki lodu z chłodni i obwinięte w ręczniki przyłożono je do ciała chłopca. Skóra blondynka niemal parzyła, gdy Shigon pogładził malca po czole. –Przepraszam Colin.. – Westchnął i musnął jego policzek. Czuł się odpowiedzialny za wszystkich podopiecznych, ale zwłaszcza za Colina. Przecież, ech no przecież on go kochał, jak mógł dopuścić to tego, że leży teraz w takim stanie? Na szczęście po nocy gorączka spadła a Colin otworzył oczy jakoś około siódmej. Spodziewał się zobaczyć Yukiego, ale zamiast niego rzuciła mu się w oczy sylwetka Shigona. Zakaszlał głośno niemal się dusząc. Płuca bolały i suchość w gardle wcale mu nie pomagała.
-Jak się czujesz? – Spytał wreszcie mężczyzna usłyszawszy młodszego.
-P..ć
-Heee? Co takiego? – Podniósł się z krzesła.
Blondynek zakaszlał i starał się przełknąć ślinę, której niestety nie było w jego ustach ani trochu. – P-pić.
-Chcesz pić? Kurna no tak, już zaraz Ci coś dam. – Sięgnął po szklankę wody i podsunął ją chłopcu pod usta, aby mógł się spokojnie napić.
Boże jak dobrze było poczuć coś, co nie jest suche i smakuje jakby się jadło kredę. Woda, dzięki ci Panie żeś ją stworzył. Kiedy tylko jego usta zostały wystarczająco nawilżone a gardło przestało być nieprzyjemnie suche mógł podziękować. – Dziękuję Ci. – Nie patrzył Shigonowi w oczy, wstydził się swojej głupoty.- Umm ja..
-Przepraszam Colin.. – Dokończył za niego czarnowłosy. – Bardzo Cię przepraszam. Jestem beznadziejnym opiekunem skoro przeze mnie jesteś teraz w takim stanie. –Spuścił głowę. – Jeśli chodzi o To, co powiedziała wtedy Anette.. Faktycznie kiedyś coś takiego powiedziałem. Kiedy byłem młodszy wspomniałem raz, że chętnie bym się z Tobą przespał. Ale nie wykorzystał, nigdy nie myślałem o Tobie jak o kimś na jeden raz…
-Gdybym nie odzyskał wspomnień i dalej kształtowałbyś moje byłe życie, czy wtedy byłbym chłopcem do zabawy? I nadal pieprzyłbyś innych chłopców? – Spytał boleśnie, ale starał się to jakoś zamaskować.
-Tak, ale odzyskałeś wspomnienia, więc nie mam powodu żeby Cię tylko wykorzystywać. – Odparł a kiedy zobaczył niezadowoloną minę blondynka westchnął. – Colin tyle lat nie miałem Cię obok siebie, no zrozum, że jak każdy facet miałem swoje potrzeby, jak chciałem pieprzyć to pieprzyłem i nie zmuszałem do tego nikogo. Co byś zrobił na moim miejscu?
-Nie wiem, nie zastanawiałem się nad tym. –Mruknął Colin i wtulił twarz w poduszkę. –Nie chce żeby ona mi Ciebie zabrała. –Zarumienił się szkarłatnie.
Shigon zaśmiał się. – Słodziaku nie musisz się martwić. Nikt mnie Tobie nie zabierze. –Pogładził jego włosy.- A teraz musisz mi szybko wyzdrowieć dobrze? Zawołam lekarza i on się Tobą zajmie.
Colin przez kolejne parę dni musiał leżeć w łóżku. Zapalenie było dość złośliwe, gorączka na szczęście spadła a blondynkowi wracał humor. Co pięć minuto marudził, że nie chce mu się już leżeć i nic nie robić. Raz nawet John musiał go siłą zaciągać do łóżka, bo ten mały skurczybyk wylazł z pokoju i doczołgał się niepostrzeżenie pod same schody na parter. Oczywiście dostał opieprz od Shigona za swoją głupotę, ale kiedy zrobił szczenięce oczka, które miały na czarnowłosego zaskakująco duży wpływ obeszło się bez kary. Najdziwniejsze było to, że Anette przestała udawać, ale na nieszczęście nie chciała wyjeżdżać i rezygnować z Shigona.
-Shigon.. Ale ja nie wiem czy, ach.. Umm – Blondynek siedział na łóżku stękając głośno, kiedy czarnowłosy zajmował się jego erekcją. -..Czy mogę?
Shigon uśmiechnął się i teraz ruszyła do dzieła jego dłoń. – No właśnie się upewniam czy już możesz. Póki, co wszystko jest w porządku. – Uśmiechnął się ironicznie i wrócił do przerwanej czynności.
-Ach.. Och umm.. – Jęczał nie powstrzymując się ani trochę. To było takie wspaniałe uczucie. Gorąco i ciepło, usta mężczyzny czyniły cuda. Penis chłopca pulsował intensywnie, kiedy język tak sprawnie go pieścił a dodatkowo dłonie masowały jego jądra. Czarnowłosy nie musiał długo czekać aż ten dojdzie z tym błogim piskiem.
-Stwierdzam, że jesteś w dobrym stanie. –Szepnął, gdy już przełknął to, co sprezentował mu chłopiec. – Jak się czujesz?
-…. – Oddychał ciężko i dopiero po chwili otworzył usta żeby coś powiedzieć. – Już dobrze.
-Czyli przed tym. –Przesunął dłonią po jego członku. – Było gorzej, tak? – Zaśmiał się, na co chłopiec oblał się jedynie rumieńcem.
-Shigon.
-O, co chodzi słodziaku?
-Kocham Cię i nie chce żebyś mnie zostawił. –Spuścił głowę.- Tak jak wtedy w dzieciństwie.
-Nie zostawię Cię dzieciaku. –Objął go mocno i pocałował czule. – Skoro już Cię znalazłem to nie mam zamiaru tak po prostu Cię opuszczać. –Przesunął dłoń na jego pośladek i delikatnie podrażnił jego dziurkę, na co blondynek zareagował stęknięciem. – Jesteś cieplejszy nić zazwyczaj. Chyba znowu masz gorączkę.
-Wydaje Ci się. To przez Ciebie.
-Aż tak ci gorąco, kiedy jestem blisko?
Chłopiec nie odpowiedział, jedynie kiwnął głową. Wtedy Shigon złapał jego nadgarstki i przycisnął go do łóżka.
-Cieszę się w takim razie. Colin..
-Hmm?
-Mam na Ciebie cholerną ochotę. Muszę się pytać o pozwolenie?-Oblizał lubieżnie wargi.
Colin sięgnął do spodni mężczyzny i powoli je z niego zsunął. Czasem blondynek podziwiał Shigona, że umie maskować swoje podniecenia, ale teraz był zafascynowany, że erekcja starszego już tak dumnie stała i czekała na zaspokojenie. – Ja też mam ochotę. – Szepnął nieśmiało i rozchylił delikatnie uda. – Chce ciebie w sobie braciszku.
Czarnowłosy pozbył się zbędnej odzieży i pogładził wewnętrzną stronę ud młodszego. – Mój mały, słodki braciszek. Kocham Cię Colin. – I razem z tymi słowami mężczyzna wszedł w kochanka jednym mocnym pchnięciem. Po policzku blondyna spłynęła łza. Nie bólu, lecz szczęścia. Pierwszy raz Shigon powiedział te jakże upragnione słowa.
Colin patrzył wielkimi oczyma na kobietę. Że niby jemu nie zależy? Jak ona może takie kłamstwa wygadywać? – Nic takiego nie mówiłem? –Szepnął złamanym głosem. Suchość w gardle powoli stawała się nieznośna z resztą tak samo jak dreszcze i gorączka. Wszystko bolało Colina i męczyło zupełnie jakby ktoś wbijał w jego kości miliard szpilek. Oczy powoli same z siebie zaczęły się zamykać. Po czole spływały krople perlistego potu naznaczając mokry ślad na poduszce, lub ginąc gdzieś w blond kosmykach włosów. Colin miał wrażenie, że leży w głębokiej studni, bo głosy były takie dalekie i głuche.
Shigon przeszedł obojętnie obok Anette i położył dłoń na czole młodszego, który teraz zaczął drżeć niespokojnie. Mimo, że spał to wcale nie wyglądało jakby mu się miało polepszyć. Wręcz przeciwnie. Dziewczyna stała nadal obrócona przodem do drzwi gdzie jeszcze chwilę temu znajdował się czarnowłosy. „Czemu do jasnej cholery tak bardzo się przejmujesz tym bachorem?” Westchnęła w myślach i kulejąc, bo przecież noga ją bardzo bolała, wyszła w pokoju.
Shigon wyjął komórkę i zadzwonił po lekarza. Chwilę później blondynkiem zajmował się doktor, który pracował w pensjonacie i jednocześnie uczył chemii.
-I jak z nim będzie? –Spytał Shigon nieco ozięble.
-Nie mam ani dobrych ani bardzo złych wieści. –Odparł mężczyzna.. – Chłopiec za długo był na dworze. Mamy środek lutego a zdołał się przez te parę godzin nabawić zapalenia płuc. Na dodatek leżał na wilgotnej trawie zmókł, więc i go przewiało. Gorączka rośnie a nie chce podawać żadnych mocnych leków, bo nie wiem czy nie jest na któryś z nich uczulony.
-Kurwa… to, co robić?
-Póki, co musimy się zająć jego gorączką. Zalecam okłady lodowe. Będzie odczuwał na zmianę, raz zimno a raz gorąc, poty dreszcze a dopóki się nie obudzi i tak za wiele nie zrobimy.
Po chwili do pokoju Colina zostały przyniesione kawałki lodu z chłodni i obwinięte w ręczniki przyłożono je do ciała chłopca. Skóra blondynka niemal parzyła, gdy Shigon pogładził malca po czole. –Przepraszam Colin.. – Westchnął i musnął jego policzek. Czuł się odpowiedzialny za wszystkich podopiecznych, ale zwłaszcza za Colina. Przecież, ech no przecież on go kochał, jak mógł dopuścić to tego, że leży teraz w takim stanie? Na szczęście po nocy gorączka spadła a Colin otworzył oczy jakoś około siódmej. Spodziewał się zobaczyć Yukiego, ale zamiast niego rzuciła mu się w oczy sylwetka Shigona. Zakaszlał głośno niemal się dusząc. Płuca bolały i suchość w gardle wcale mu nie pomagała.
-Jak się czujesz? – Spytał wreszcie mężczyzna usłyszawszy młodszego.
-P..ć
-Heee? Co takiego? – Podniósł się z krzesła.
Blondynek zakaszlał i starał się przełknąć ślinę, której niestety nie było w jego ustach ani trochu. – P-pić.
-Chcesz pić? Kurna no tak, już zaraz Ci coś dam. – Sięgnął po szklankę wody i podsunął ją chłopcu pod usta, aby mógł się spokojnie napić.
Boże jak dobrze było poczuć coś, co nie jest suche i smakuje jakby się jadło kredę. Woda, dzięki ci Panie żeś ją stworzył. Kiedy tylko jego usta zostały wystarczająco nawilżone a gardło przestało być nieprzyjemnie suche mógł podziękować. – Dziękuję Ci. – Nie patrzył Shigonowi w oczy, wstydził się swojej głupoty.- Umm ja..
-Przepraszam Colin.. – Dokończył za niego czarnowłosy. – Bardzo Cię przepraszam. Jestem beznadziejnym opiekunem skoro przeze mnie jesteś teraz w takim stanie. –Spuścił głowę. – Jeśli chodzi o To, co powiedziała wtedy Anette.. Faktycznie kiedyś coś takiego powiedziałem. Kiedy byłem młodszy wspomniałem raz, że chętnie bym się z Tobą przespał. Ale nie wykorzystał, nigdy nie myślałem o Tobie jak o kimś na jeden raz…
-Gdybym nie odzyskał wspomnień i dalej kształtowałbyś moje byłe życie, czy wtedy byłbym chłopcem do zabawy? I nadal pieprzyłbyś innych chłopców? – Spytał boleśnie, ale starał się to jakoś zamaskować.
-Tak, ale odzyskałeś wspomnienia, więc nie mam powodu żeby Cię tylko wykorzystywać. – Odparł a kiedy zobaczył niezadowoloną minę blondynka westchnął. – Colin tyle lat nie miałem Cię obok siebie, no zrozum, że jak każdy facet miałem swoje potrzeby, jak chciałem pieprzyć to pieprzyłem i nie zmuszałem do tego nikogo. Co byś zrobił na moim miejscu?
-Nie wiem, nie zastanawiałem się nad tym. –Mruknął Colin i wtulił twarz w poduszkę. –Nie chce żeby ona mi Ciebie zabrała. –Zarumienił się szkarłatnie.
Shigon zaśmiał się. – Słodziaku nie musisz się martwić. Nikt mnie Tobie nie zabierze. –Pogładził jego włosy.- A teraz musisz mi szybko wyzdrowieć dobrze? Zawołam lekarza i on się Tobą zajmie.
Colin przez kolejne parę dni musiał leżeć w łóżku. Zapalenie było dość złośliwe, gorączka na szczęście spadła a blondynkowi wracał humor. Co pięć minuto marudził, że nie chce mu się już leżeć i nic nie robić. Raz nawet John musiał go siłą zaciągać do łóżka, bo ten mały skurczybyk wylazł z pokoju i doczołgał się niepostrzeżenie pod same schody na parter. Oczywiście dostał opieprz od Shigona za swoją głupotę, ale kiedy zrobił szczenięce oczka, które miały na czarnowłosego zaskakująco duży wpływ obeszło się bez kary. Najdziwniejsze było to, że Anette przestała udawać, ale na nieszczęście nie chciała wyjeżdżać i rezygnować z Shigona.
-Shigon.. Ale ja nie wiem czy, ach.. Umm – Blondynek siedział na łóżku stękając głośno, kiedy czarnowłosy zajmował się jego erekcją. -..Czy mogę?
Shigon uśmiechnął się i teraz ruszyła do dzieła jego dłoń. – No właśnie się upewniam czy już możesz. Póki, co wszystko jest w porządku. – Uśmiechnął się ironicznie i wrócił do przerwanej czynności.
-Ach.. Och umm.. – Jęczał nie powstrzymując się ani trochę. To było takie wspaniałe uczucie. Gorąco i ciepło, usta mężczyzny czyniły cuda. Penis chłopca pulsował intensywnie, kiedy język tak sprawnie go pieścił a dodatkowo dłonie masowały jego jądra. Czarnowłosy nie musiał długo czekać aż ten dojdzie z tym błogim piskiem.
-Stwierdzam, że jesteś w dobrym stanie. –Szepnął, gdy już przełknął to, co sprezentował mu chłopiec. – Jak się czujesz?
-…. – Oddychał ciężko i dopiero po chwili otworzył usta żeby coś powiedzieć. – Już dobrze.
-Czyli przed tym. –Przesunął dłonią po jego członku. – Było gorzej, tak? – Zaśmiał się, na co chłopiec oblał się jedynie rumieńcem.
-Shigon.
-O, co chodzi słodziaku?
-Kocham Cię i nie chce żebyś mnie zostawił. –Spuścił głowę.- Tak jak wtedy w dzieciństwie.
-Nie zostawię Cię dzieciaku. –Objął go mocno i pocałował czule. – Skoro już Cię znalazłem to nie mam zamiaru tak po prostu Cię opuszczać. –Przesunął dłoń na jego pośladek i delikatnie podrażnił jego dziurkę, na co blondynek zareagował stęknięciem. – Jesteś cieplejszy nić zazwyczaj. Chyba znowu masz gorączkę.
-Wydaje Ci się. To przez Ciebie.
-Aż tak ci gorąco, kiedy jestem blisko?
Chłopiec nie odpowiedział, jedynie kiwnął głową. Wtedy Shigon złapał jego nadgarstki i przycisnął go do łóżka.
-Cieszę się w takim razie. Colin..
-Hmm?
-Mam na Ciebie cholerną ochotę. Muszę się pytać o pozwolenie?-Oblizał lubieżnie wargi.
Colin sięgnął do spodni mężczyzny i powoli je z niego zsunął. Czasem blondynek podziwiał Shigona, że umie maskować swoje podniecenia, ale teraz był zafascynowany, że erekcja starszego już tak dumnie stała i czekała na zaspokojenie. – Ja też mam ochotę. – Szepnął nieśmiało i rozchylił delikatnie uda. – Chce ciebie w sobie braciszku.
Czarnowłosy pozbył się zbędnej odzieży i pogładził wewnętrzną stronę ud młodszego. – Mój mały, słodki braciszek. Kocham Cię Colin. – I razem z tymi słowami mężczyzna wszedł w kochanka jednym mocnym pchnięciem. Po policzku blondyna spłynęła łza. Nie bólu, lecz szczęścia. Pierwszy raz Shigon powiedział te jakże upragnione słowa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)