Pokazywanie postów oznaczonych etykietą One-shot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą One-shot. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 grudnia 2016

Święta potrafią zaskoczyć.

No i w końcu przyszły Święta.
Kochani, to już kolejny rok razem.
Mam nadzieję, że ten specjalny świąteczny One-shot zaspokoi was w ten Wigilijny wieczór.
Czekam z niecierpliwością na wasze komentarze.
One-shot nie jest powiązany z główną historią Drarry.
Wesołych Świąt! <3



To miały być ich pierwsze wspólne Święta Bożego Narodzenia.
Pierwsze odkąd zamieszkali razem w niewielkim miasteczku w północnym zakątku Szkocji. Domek.. a raczej niewielki dworek, bardzo ładny i normalnie okryty bluszczem teraz wydawał się dość goły, odkąd liście opadły ciężkie kamienne ściany świeciły pustką i chłodem.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Błędy młodości i ich piętno. (James x Lucjusz, Syriusz x Severus.)

"Małe wyjaśnienie co do tego nowiutkiego rozdziału. Pojawi się on w spisie treści w dwóch pozycjach i w Drarry bo nawiązuje do naszej opowieści, oraz w one-shot'ach bo jest to pojedynczy rozdział. Napisałam go by nieco wam przybliżyć moje paringi które mogą pojawić się w Drarry i zakładam, że nie raz się do nich odniosę. Chce byście tak jak ja polubili powiązania takie jak James i Lucjusz czy Syriusz i Severus. "
Miłego czytania <3


-James ty wariacie! –Krzyknął Lucjusz Malfoy widząc jak jego -Merlinie broń resztę rodziny przed Potterami -jak jego chłopak James Potter praktycznie wlatuje na miotle prosto w trybuny ślizgonów. Kompletny wariat, ale taki już był. W końcu znicz i wygrany mecz był ważniejszy niż połamane kości. Kiedy rozległ się głośny trzask, pisk dziewcząt i krzyk chłopaków a Potter leżał na drewnianych połamanych ławkach w dość nieludzko poskręcanej pozycji a w dłoni zaś trzymał wyrywająca się złotą kulkę ze skrzydłami Lucjusz wiedział co to oznaczało. Znowu Gryfoni zdobyli puchar Quiditcha. Jedyne co zdołał zrobić jeszcze James to unieść nieco dłoń ku górze by komentator mógł z entuzjazmem ogłosić reszcie widzów kto wygrał. Brunet w końcu napotkał wzrok Lucjusza który pokręcił jedynie głową z udawaną irytacją, ale Potter dobrze wiedział, że blondyn po prostu się cieszy, że nic mu się nie stało i pomimo ciężkiego, bolesnego upadku ten jak zwykle stara się grać szkolnego gwiazdora. Tuż obok Malfoya siedział Severus Snape. Prefekt ślizgonów i jeden z największych szkolnych zgredów pomijając co poniektórych nauczycieli. Ów wiecznie naburmuszony trzymający się tylko w określonym towarzystwie chłopak z tłustymi włosami był dość nielubianą osobą, ale ślizgoni często powtarzali, że takiego prefekta jeszcze nie mieli, potrafił stawać w ich obronie biorąc na siebie nie jeden wyczyn lub problem jaki stwarzali reszcie uczniów węże. Slytherin był dość negatywnie odbieranym domem, zapewne dlatego, że przyjmowane były do niego głównie dzieci z bogatych, starych rodów które mogły pochwalić się czystą krwią.
-Potter jeśli dalej będziesz taki nieostrożny to w końcu te wypadki skończą się gorzej niż tylko złamaną ręka. –Westchnęła Pomfrey podając chłopakowi dziwnie dymiący się wywar. Szklanka była dość ciepła widocznie ów wywar tak działał na szkło. Kiedy jednak James opróżnił szklankę okazało się, że eliksir był zimny. – No to ja was zostawiam. – I wyszła.
-Podobało ci się Lucuś jak złapałem znicza? –Spytał Malfoya który siedział na krześle obok.
-Tak, ale po tej pętli mogłeś sobie darować wpadanie prosto na trybuny. Znicz by ci uciekł, ale i tak szybko byś go złapał później. –Odparł Lucjusz patrząc na bruneta z wyrzutem.
-Oj no daj spokój, czasem jesteś gorszy od mojej matki. –Odparł. –Wygrałem i to się liczy. Zaraz powinna tu przyjść reszta drużyny, poprosiłem Łapę by zajął się nimi.
I faktycznie po chwili do skrzydła szpitalnego wpadła cała drużyna gwiżdżąc i klaskając swojemu kapitanowi. Na czele szedł Syriusz z szerokim uśmiechem trzymając na ramionach dużą flagą w barwach Gryffindoru na której napisano „POTTER GÓRĄ”
-Brawo Rogaczu! –Powiedział Black rzucając się przyjacielowi na szyje i mierzwiąc mu i tak już roztrzepane włosy. –Rozgromiliśmy ich, z resztą jak zwykle. –Jego wzrok skierował się na blondyna. –Malfoy a gdzie Smarkerus?
-Tu jestem głupi pchlarzu. –Głos dobiegł od strony drzwi obok których stał Severus. –Chodź Lucjuszu idziemy do pokoju wspólnego.
-Ej Snape nie porywaj mojego chłopaka! –Krzyknął urażony James dźgając Syriusza w bok. –Jeszcze nie dostałem od niego nagrody za wygrany mecz.
-I raczej jej nie dostaniesz. W końcu wygraliście z naszym domem. Malfoy idziemy! –Powiedział ponownie. Lucjusz do tej pory całkowicie o tym zapomniał. Przecież to ich domy ze sobą walczyły.
-Wybacz James, zobaczymy się wieczorem na kolacji.
-Ej.
-Zajmijcie się nim chłopaki. –Powiedział z uśmiechem na co oczywiście gryfoni przytaknęli.
-Spoko zajmiemy się Królem. –Powiedzieli niemal jednocześnie.
----
-O co chodzi Sev? –Spytał Blondyn idąc obok chłopaka. –Co cię tak wkurzyło?
-I ty się mnie o to pytasz? Przegraliśmy z gryfonami! Regulus jest wkurzony bo znowu go pokonał brat.  –Warknął.
-Ej wiem, że nie lubisz Blacka ale to nie powód abyś mnie odciągał od Jamesa.
-Błagam cię Lucjuszu! James jest ostatnią osobą która myśli o stałym związku. –Westchnął Snape. –Nie mógłbyś znaleźć sobie kogoś z naszego domu? Narcyza bez przerwy na ciebie patrzy jak na młodego boga.
-Nie przeszkadza ci, że jest kuzynką Syriusza?
-Ale jest z naszego Domu. Jest od Blacków a ja bardzo szanuję ten ród a ten pchlarz jest po prostu głupim wyjątkiem. Jest wkurzający! Jest Gryfonem.
-Ale Lili lubisz mimo tego, że jest z Gryffindoru. –Syknął Lucjusz. Weszli do pokoju wspólnego.
-Lili jest moją jedyną przyjaciółką. To zupełnie inna sprawa. –Wyjaśnił. –Hej Regi!
Na kanapie siedział chłopak i gdyby nie wyraz jego twarzy mógłby spokojnie robić za klona Syriusza. Młodszy brat Łapy był od niego niższy i dużo drobniejszy włosy również nie miał tak kręcone jak u Syriego. –Cześć. –Powiedział jedynie robiąc miejsca przyjaciołom. –Jak tam gwiazdeczka w skrzydle szpitalnym?
-Całkiem dobrze, skończyło się tylko na złamanej ręce. –Odparł Lucjusz. –Następnym razem wygramy zobaczycie!
-Oczywiście, że tak. Głupi Huncwoci. Lastrange mi powiedział, że znowu nie było na zajęciach Lupina. To mnie naprawdę intryguje gdzie on tak znika?
-Daj spokój Junior. –Odparł Snape. –To nie nasza sprawa.
-Nie mów tak do mnie książę! –Warknął młodszy. –I nie gadaj, że cię to nie interesuje! Lupin znika tak a nauczyciele udają, że nic się nie dzieje. To, że jest prefektem go nie usprawiedliwia. Trzeba kogoś podpuścić! Dowiedzieć się co on wyprawia.
----
-Hej ferajno! –Powiedział James idąc obok Syriusza w stronę pozostałej dwójki przyjaciół. –I jak tam? Remi jak cię czujesz? Luniaczku nasz kochany?
-Nie jest źle. I dziękuję, że mnie odwiedziliście! –Powiedział z tym swoim zmęczonym uśmiechem.
-Polecamy na przyszłość nasza bezcenną obecność. Ej Glizdogon, a ty co znowu wcinasz? –Wyciągnął małemu okrągłemu chłopakowi z rąk jakiś papierek. –Drażetki McNiusa? A to co dziadostwo? –Podsunął to pod nos Blacka który od razu zasłonił twarz.
-Blee jedzie od tego trollem. Rogaczu chcesz mnie zabić?! –Jęknął boleśnie Syriusz. –Peter z jednej strony podziwiam cię, że jeszcze żyjesz po zjedzeniu tego, a z drugiej proszę, daruj sobie konsumpcję tego typu rzeczy w naszym towarzystwie. –Black spojrzał na Peter’a z podziwem bo pewnie mało kto byłby w stanie zjeść takie rzeczy bez odruchu wymiotnego.
-Co powiecie na jakieś uczczenie naszego wygranego meczu przeciwko ślizgonom? –Spytał James z szerokim uśmiechem bawiąc się zniczem który zostawił sobie jako pamiątkę po meczu. To taka jego tradycja zawsze musiał przynajmniej na 24 h zwinąć ów kuleczkę.
-Masz coś konkretnego na myśli? Tylko proszę bez łamania regulaminu szkoły. –Zauważył Remus co momentalnie spotkało się z odzewem ze strony przyjaciół.
-Remi jesteś Huncwotem nasze życie w szkole jest ogólnie powiązane z łamaniem wszelkich zasad. –Syriusz zaśmiał się mocno obejmując wilkołaka za szyję. –Chodźmy do Trzech mioteł. Na kufel kremowego piwka. –Zaproponował Black.
-Jestem za. W takim razie pójdziemy korytarzem do miodowego królestwa, przy okazji kupimy sobie coś słodkiego do piwka. –Dodał Peter z uśmiechem. Nie odpuści okazji do kupna słodyczy zwłaszcza w miodowym królestwie.
Czwórka przyjaciół przechodziła tajemnym przejściem prosto do miodowego królestwa skąd zamierzali po kupnie słodyczy skierować się do gospody. Po drodze jak zwykle Glizdogon wymieniał z czcią wszystkie pyszności jakie tylko wpadną mu w ręce. Do tej pory tylko Remus potrafił w jakiś sposób wpłynąć na chłopaka, że jak tak dalej pójdzie to jako szczur nie będzie miał siły by uciekać przed szkolnymi kotami. Niestety te słowa przekonywały chłopca jedynie na pare godzin, potem wracał do swojego cukrowego, wyimaginowanego świata.
-Jeszcze się was chłopaki nie pytałem jak spędziliście wakacje. –Zauważył Potter.-Ja gościłem u siebie jak zwykle Syriusza, byliśmy razem na mistrzostwach świata w Quiditchu. Łapa musiał poszaleć i cisnął swoimi omniokularami prosto w pałkarza Australii. Aurorzy szukali sprawcy przez cały mecz haha.
-Dziwisz się? W końcu faulowali naszego ścigającego! Musiałem zainterweniować jako prawdziwy kibic. –Syriusz wypiął dumnie pierś. Każdy zrobił by to samo na jego miejscu w końcu tu chodziło o honor Anglii.
-Ja byłem u wujka Minclusa w Transylwanii. –Odparł Peter.
-Szczęściarzu! Chciałbym tam kiedyś pojechać. –Powiedział James z zazdrością. –Ej może za rok nas ze sobą zabierzesz?
-Myślę, że nie będzie z tym problemu.
-No to super. A ty Luniaczku co robiłeś?
Remus zastanowił się. –Spędziłem wakacje w domu no i spotykałem bardzo ciekawe osobistości dzięki ojcu. –Tu trochę się zawahał. –No wiecie, ministra, aurorów. Sporo tego było. Potem pojechałem do ciotki do sąsiedniego miasta i tam spotkałem takiego chłopaka…
-Łoooo!! Remus poznał kogoś?!-Zauważyli równocześnie koledzy.
-Mów imię, wiek i skąd jest? –Spytał z szerokim uśmiechem Łapa.
-Myślałem, że jest od nas kilka lat starszy a okazało się, że ma więcej na karku niż mi się wydawało. Dorastał sam no i chwilowo nie ma stałego miejsca zamieszkania.
-Oj. To jakiś biedny osobnik?
-Nie wiem, jest takim bardziej wizjonerem. Nie interesują go pieniądze. –Wyjaśnił Lupin. –A co do imienia. To nie przedstawił mi się. Kazał do siebie mówić Sal.
-Sal?
-Dziwną ksywkę sobie wybrał. –Zaśmiał się Potter uwieszony na ramieniu Remusa.
----
-Reg! Gdzie idziesz? –Spytał Lucjusz idąc za młodym Blackiem przez błonia. Chłopak uwziął się na Huncwotów jak kot na myszy. Postawił sobie za punkt honoru dowiedzenie się gdzie znika ich paczka raz w miesiącu.
-Ciszej Lucjuszu. Na pewno gdzieś na terenie szkoły jest jakieś przejście bo bez wiedzy nauczycieli nie mogą opuścić jej terenów. Musimy sprawdzić czy moja teoria się sprawdzi. Wtedy spokojnie wywalą ich z Hogwartu.
-Powaliło cię? –Spytał oburzony blondyn.- Ostatnią rzeczą o jakiej chce słyszeć jest fakt, że Potter może zostać wyrzucony ze szkoły. Wiem, że chcesz zrobić na złość Syriuszowi, ale czemu pakujesz go do jednego worka z resztą? Potter i Lupin nawet ten mały Peter nie zrobili ci nic złego. Merlinie! Tylko dlatego, że Black trafił do Gryffindoru chcesz się go pozbyć? Regulusie daj spokój.
-Nie! To nie do przyjęcia aby Black trafił do tych żałosnych lwów i spoufalał się z nimi. Psuł opinię w szkole, robił za wyjętego spod prawa i regulaminu szkolnego rozrabiakę. To stawia nasz rod w złym świetle. –Warknął przemierzając błonia az dotarli do skraju łączącego je z chatka Hagrida i Zakazanym Lasem.
-Wracam do zamku, przynajmniej jak dostaniesz punkty ujemne za szwendanie się to Severus będzie miał o to żal tylko i wyłącznie do ciebie.
----
Tygodnie spędzone w szkole każdy przeżywał inaczej. Przykładowo Syriusz uważał to z jednej strony za stratę czasu a z drugiej za świetną okazję do niszczenia rutyny którą żyli uczniowie. Zwłaszcza Severus Snape bardzo cenił sobie spokój i ową rutynę. Kiedy został prefektem postawił sobie za punkt honoru poprawienie sytuacji ślizgonów i świetnie mu szło dążenie do tego. Szczerze nienawidził innych domów zwłaszcza Gryffindoru, charakteryzował się lekkomyślnością. Co za tym szło? Bohaterstwem nie zawsze oczekiwanym. I głównym problemem była brudna krew. Mimo, że Snape nie mógł poszczycić się obojgiem rodziców którzy są czystokrwistymi czarodziejami do mugoli żywił wyjątkową pogardę. Jego ojciec nienawidził czarodziei jako mugolak żywił do nich wyjątkową niechęć co było jednym z powodów dla których znęcał się nad Severusem i jego matką czystej krwi czarownicą. Eileen Prince nim poślubiła Tobiasza Snape’a nie sądziła, że jej życie potoczy się tak źle. Była pani kapitan slizgońskiej drużyny Gargulków skończyła jako poniżana kobieta zmuszona dać własnemu synkowi swoje stare podręczniki do Hogwartu bo nie było ją stać na nowe. Severus niejednokrotnie wspominał Lili –swojej przyjaciółce z Gryffindoru – że ma już dosyć mieszkania z wiecznie kłócącymi się rodzicami.
-Co się stało? –Spytała idąc z czarnowłosym przyjacielem przez korytarz na czwartym piętrze. Trzymała pod pachą dwie książki a druga ręka kręciła niewinny loczek z rudych włosów. –Sev? Słuchasz mnie?
-Hmm? Ach tak słucham. O czym mówiłaś? –Zapytał z lekkim uśmiechem wyręczając ją i biorąc od niej jedną z książek.
-Pytałam się, czy coś się stało? Jesteś trochę przybity. I nawet nie próbuj temu przeczyć za dobrze cię znam. –Zatrzymała się i zagrodziła drogę Severusowi. Z uśmiechem patrzyła na niego wielkimi oczyma.
-Ej! Przestań.-Warknął nie kryjąc niezadowolenia.
-Ale co? –Zachichotała.
-No przestań tak na mnie patrzeć. Jesteś gorsza niż niejedna matka, prześwietlasz tym wzrokiem człowieka. –Zadarł haczykowaty nos ku górze i sprawnie ominął Evans idąc dalej korytarzem.
-Czekaj no!! Sev! –Pobiegła za nim z uśmiechem. O tak, ona doskonale wiedziała kiedy jej przyjaciel miał jakiś problem. Miała nadzieję, że Severus szybko podzieli się z nią swoimi zmartwieniami. –Masz już jakieś plany na święta? –Spytała idąc za nim krok w krok.
-Głupie pytanie, zostaje w szkole. Jak co roku.
-No to może w końcu przystaniesz na moją propozycję i odwiedzisz mnie?!
-Twoja siostra mnie nie lubi.
-Petunia? Och, nie przejmuj się nią. Jest na mnie zła odkąd Dumbledore nie przyjął jej do szkoły więc nie będziesz sam jeden znosił jej humorów.
-Głupia. Jest typowym mugolakiem. Nie miała prawa nawet myśleć o możliwości przyjęcia jej do szkoły. –Syknął złośliwie.
-Ej przestań, mimo wszystko jest moją siostrą. Miała prawo poczuć się urażona. – Lili sama nie była do końca pewna, czemu akurat na nią przypadł zaszczyt uczęszczania do szkoły magii i czarodziejstwa.
-Siostrą która ci wszystkiego zazdrości. –Wyszli ze szkoły kierując się na błonia. Było słoneczne popołudnie pomimo chłodnego wiatru a oni mogli szczęśliwie korzystać z czasu wolnego przerwy obiadowej. Severus machnięciem różdżki wyczarował na trawie kocyk dzięki czemu nie musieli martwić się o lekko wilgotną trawę na której gdzieniegdzie nadal można było odnaleźć kropelki rosy. Lili miała kontakty w kuchni więc jak tylko zajęli miejsca na kocyku na ich kolanach pojawiły się w niewielkich zdobionych menażkach dwudaniowe posiłki. Zupa dyniowa oraz warzywna zapiekanka z surówką. Dwójka przyjaciół zaczęła jeść ze smakiem i pomimo, że uczniowie preferowali spędzenie przerwy obiadowej właśnie w zamku w wielkiej Sali dwaj gryfoni szli przez błonia rozmawiając głośno. Snape zniósłby wszystko, ale nie Syriusza i Jamesa.
-Hej Evans, Snape! Piknik? –Spytał Potter podchodząc do nich z uśmiechem i ciągnąc za sobą Blacka. –Lili a może załatwisz Huncwotom takie wtyki w kuchni? Skrzaty cię lubią a nas jakoś unikają.
-Pomyśl Potter dlaczego akurat waszej czwórki nie trawią?-Wtrącił się Severus nabijając na widelec kawałek ogórka momentalnie pojawiła się koło jego twarzy buźka Syriusza który ukradł bezczelnie warzywo które planował spożyć Snape. –Black!
-Hmm mogę teraz poprosić o tego ładnego pomidorka? –Spytał Syriusz szczerząc się szeroko do ślizgona. Snape pierwszy raz czuł dosłowne zawstydzenie i wkurwienie jednocześnie. –No Sev ja czekam na jedzonko.
-Przestała ci smakować psia karma? –Warknął Severus łapiąc Lili pod rękę jak miał w zwyczaju gdy czuł się przez kogoś przytłaczany i ograniczany. Jamesa tolerował ze względu na przyjaciela. W końcu chodził z Lucjuszem już trzy miesiące więc wypadałoby się przyzwyczaić do jego obecności, ale Black był inny. Wszędzie niósł ze sobą radość i ten cholerny irytujący uśmiech, zupełnie nie podobny do Regulusa. Black potrafił wnieść taką atmosferę której nie dało się znieść na dłuższą metę. Była zbyt jasna i czysta. Snape czuł się przy niej dziwnie.
-Jak możesz być dla mnie taki niemiły? –Westchnął urażony Syriusz obejmując chłopaka ramieniem ten jednak szybko odepchnął go tak, że brunet wylądował metr dalej. –Ej co ja ci zrobiłem? –Black poczuł się urażony przecież nigdy nie zrobił Severusowi tylu kawałów co innym ślizgonom. Starał się być dla niego miły bo to przyjaciel Lucjusza a Malfoy w końcu chodził z rogaczem.
-Po prostu denerwujesz mnie swoją osobą. Jesteś wyjątkowo irytującym gryfonem .
-Ej Smarkerusie uważaj na słowa. –Odparł Black powoli się wkurzając. Już sięgał po różdżkę by pokazać temu wężowi gdzie jego miejsce kiedy złapał go za rękę James.
-Chodź Łapciu. –Powiedział całkiem spokojnie, ale Syriusz wyczuł w tych słowach nacisk. Gdyby nie Potter pewnie nie raz oberwałby od McGonagall, tylko James potrafił tak na niego wpłynąć i uspokoić.  Pociągnął przyjaciela w stronę zamku. –Już lepiej?
-Tak. On mnie strasznie wkurwia. Staram się być dla niego miły a on jak zwykle musi mi dopiec. Cholerny smark.
-Hah, podobnie było na początku między mną a Lucusiem.
-To jakaś aluzja?
-No wiesz? Już od jakiegoś czasu zauważyłem, że Snape co chwila na ciebie spogląda na eliksirach. Pewnie nie przyzna otwarcie, że mu się podobasz. Powinieneś jakoś go na to nakierować Łapo. –Dźgnął kumpla w żebra i uśmiechnął się szeroko.
-Serio gapi się na mnie?
-A tobie się podoba?
Syriusz zastanowił się chwilkę. Fakt faktem. Severus był popularny wśród ślizgonów i jak tak dłużej mu się przyjrzeć to można by uznać, że jest nawet atrakcyjny, ale ma kurewsko trudny charakter. –No, jest całkiem przystojny, ale ciężki.
-A ty? Jesteś drugim zaraz po mnie najseksowniejszym ciachem w szkole też masz trudny charakter i lubisz wyzwania. A Severus Snape jest wielkim wyzwaniem. Pomyśl jaki zyskasz szacunek jak go przelecisz.
-Ty się moim szacunkiem nie zajmuj tylko pilnuj swojego faceta. Spójrz, kręcą się wokół niego Zabini, i moje kuzynki. –Wskazał na niewielki pagórek przez który szły trzy dziewczęta oraz Lucjusz.
-Och! LUCUŚ!! –Krzyknął Potter i pomknął w jego kierunku jak na skrzydłach. Lucjusz z uśmiechem przywitał się ze swoim chłopakiem gorącym, może nawet zbyt gorącym pocałunkiem. Armira Zabini była ciemnoskórą wysoką dziewczyną o szczupłej twarzy i bujnych czarnych włosach. Obok niej stały dwie siostry black. Bella i Narcyza. Pierwsza o bladej twarzy i kupie czarnych włosów spiętych w niedbały kucyk a druga blondynka która pozwalała by jej jasne kosmyki opadały posłusznie na ramiona. –Drogie panie, porywacie mojego mężczyznę?
-Daj spokój Potter. Spędzamy czas z kolegą z naszego domu to chyba nie jest grzech. Cześć kuzynie! –Narcyza ucałowała w policzek Syriusza i uśmiechnęła się ciepło. Zawsze miała z nim lepszy kontakt niż siostra Bellatriks.
-Cyziu! –Upomniała ją siostra i przyciągnęła do siebie łapczywie obejmując. Miała skłonność do wrodzonej zazdrości.
-Gdzie zgubiłyście Andromedę? –Spytał Syriusz witając się z Armirą.
-Pewnie jest w wielkiej Sali. Ostatnio zaczęła dogadywać się z Parkinsonem. –Wyjaśniła Narcyza. Z trzech sióstr tylko ona potrafiła stawać między pozostałą dwójką w  razie kłótni a występowały one coraz częściej.
James obejmował Lucjusza co jakiś czas szepcząc mu coś do uszka co niosło za sobą skutek w formie głośnego śmiechu.
----

-Na brodę Merlina! James! –Malfoy leżał pod chłopakiem poruszając cię w rytm ruchów bruneta. Oboje spoceni, zmęczeni i bardzo na siebie napaleni znaleźli się wieczorem całkiem przypadkiem w wieży astronomicznej która o dziwo okazała się dość romantycznym miejscem i aż żal byłoby z niej nie skorzystać. –Ach! –Krzyknął blondyn gdy kochanek ugryzł go w ramię a następnie celnie podrażnił czuły punkt jakim była prostata.
-Wystarczy James Potter, do Merlina mi daleko. –Zaśmiał się zsuwając z nosa okulary i przyciągając twarz Malfoya do namiętnego pocałunku. Wbił paznokcie w udo chłopaka narzucając ich stosunkowi szybkie i brutalne wręcz tempo. –Masz plany na święta kociaku? –Spytał naznaczając pośladki blondyna czerwonym śladem po chwile wcześniej zagwarantowanym mu klapsie. I nie obyło się na jednym, dobrze wiedział, że te zabawy nakręcają ślizgona.
-Chyba spędzę je w domu. A wy powinniście uważać. Regulus coś planuje. –Wyjęczał kochankowi do ucha które pieszczotliwie potraktował językiem. Ten gest został nagrodzony rozkosznym pomrukiem.
-A co takiego wasz intrygant knuje? –Spytał zwalniając na chwilę lecz tylko po to by móc podnieść nieco chłopaka i wtulić go w swoje ciało. Taka zmiana pozycji ułatwiła mu wsuwanie się w ciało Lucjusza dużo głębiej.
-Och mmm o tu! Tutaj! Proszę. –Westchnął rozkosznie i dopiero po chwili kiedy Potter przestał się poruszać oczekując na ciąg dalszy blondyn dokończył swoja wypowiedź. –Chce się dowiedzieć dokąd znikacie co miesiąc. Chce by was wyrzucono ze szkoły.  – Pchnął Pottera w tył i teraz to on był na górze. Poruszył biodrami w przód i został nagrodzony głośnym jękiem ze strony bruneta. –Słodko jęczysz kochanie.
-Ej ej. To ty jesteś kobietą w tym związku. –Upomniał się James i wypchnął biodra w górę.
-Ach! Co nie zmienia faktu, że uroczo jęczysz kiedy się napalasz mój ty lwie. –Przesunął paznokciami po ramionach gryfona pozostawiając tam czerwone szramy. Musiał przyznać i to nie raz, że seks z Jamesem był wyśmienity, czuły i jednocześnie namiętny, gwarantował Lucjuszowi serię niesamowitych doznań i nieprzespanych nocy. Na początku roku potrafili dzień w dzień się gdzieś umawiać by zakosztować ciała drugiej osoby. Byli siebie tak bardzo spragnieni.
-Wiesz może czy Snape się z kimś spotyka? –Spytał Potter łamanym głosem zwłaszcza, że jego oddech był dość nierówny. Przyciągnął blondyna do siebie i pocałował go zaborczo gryząc jego dolną wargę, był ciekaw czy nietoperz jest dostępny bo to pomogłoby Łapie się do niego dobrać. Kiedy chłopcy oderwali się od siebie Malfoy jęknął głośno i nabił się gwałtownie na męskość kochanka.
-Sev? Och.. jest sam jak palec. –Położył się na ukochanym oddychając szybko. Czuł jak ciepła sperma Pottera wypełnia jego wnętrze a jego własna miesza się z potem który skrzył się na skórze brzucha gryfona.  – A po co ci to wiedzieć? Nie mów, że ci się podoba! –Westchnął oburzony.
-On? Mi? Kochanie, Lucusiu przecież dobrze wiesz, że tylko ty mnie potrafisz tak rozpalić. –Przeczesał jego długie włosy i zamruczał jak dopieszczony kocurek. –Zawsze będziesz dla mnie tym jedynym.
----
-Sev!-Syriusz szybko podbiegł do ślizgona. Mieli godzinę do kolejnej lekcji jaką były eliksiry a Black standardowo był do nich nie przygotowany. Tym razem jednak napisał referat o zastosowaniu proszku księżycowego, ale brakowało mu jednego skutku ubocznego. –Severusie!
-Czego chcesz?! –Warknął odwracając się w stronę z której dochodził ten irytujący głos.
-Chce żebyś mi pomógł. Mam to zadanie o proszku księżycowym, ale brakuje mi dosłownie jednego zdania. Proszę poratujesz? Jesteś dobry z eliksirów i na pewno znasz odpowiedz.
-Czy ja dobrze słyszę? Czy właśnie powiedziałeś Black, że masz referat? Że raczyłeś w końcu ruszyć tyłek i zabrać się za tą wspaniałą dziedzinę nauczania jaką są eliksiry?
-Znaczy się… użyłem nieco innych słów, ale fakt to miałem poniekąd na myśli. A z resztą interpretuj to jak chcesz. To co? Pomożesz? –Jego oczy wręcz błyszczały a nadzieja jaka się w nich kłębiła biła czystością na kilometr. Znów to nieprzyjemne uczucie umiejscowiło się w okolicach żołądka Severusa.
-Pokaż! –Wyciągnął dłoń a Syriusz momentalnie wręczył mu lekko pomięty zwitek pergaminu. Pierwszym zadaniem było przyzwyczajenie oczu do tego niedbałego, koślawego pisma. –Hmm, fakt brakuje ci skutku ubocznego. A poza tym.. jest całkiem przyzwoicie jak na pracę gryfona. –Oddał chłopakowi jego pracę. –Dopisz tam, że w razie przegotowania eliksiru, może dojść do wystąpienia wysypki często mylonej ze smocza ospą. Jej zwalczenie trwa kilka miesięcy, ale nie niesie ze sobą poważniejszego zagrożenia dla życia.
Syriusz uśmiechnął się szeroko i rzucił chłopakowi na szyję obejmując go mocno. –Ach dzięki Sev! Jesteś super. –Spojrzał na chłopaka i dostrzegł na jego policzkach lekkie różowe rumieńce.
-Odsuń się Black!
-Dlaczego? –Spytał nie przestając się uśmiechać. Te rumieńce były dowodem, że Snape odpowiednio reaguje na kontakt. –Sev. –Szepnął mu do ucha na co ślizgon się wręcz wzdrygnął a na jego twarz wstąpiły jeszcze wyraźniejsze wypieki.
-Odsuń się.. proszę. –Jęknął zrozpaczony faktem jak jego ciało reaguje. Gryfon jednak ani drgnął wręcz przeciwnie, przywarł do niego dużo dokładniej. Na korytarzu nie było żywej duszy, jak to możliwe? Przecież jeszcze chwilę temu był pełny uczniów. –Syriuszu proszę..
-To pierwszy raz jak nazwałeś mnie po imieniu. –Łapa owiewał jego szyję swoim ciepłym oddechem. Drażnił skórę delikatnym podmuchem który palił bardziej niż rozżarzony metal. –Lubię cię Severusie, dlaczego mnie tak odtrącasz? –Spytał zmysłowo wywołując u ślizgona falę dreszczy. –Zburz ten mur samotności, który postawiłeś, albo chociaż pozwól mi go przekroczyć.
-Nie chce.-Położył dłonie na ramionach gryfona i odsunął go od siebie. –Proszę, nie chce by ktokolwiek się do mnie tak zbliżał.
-Severusie. Powiedz mi dlaczego?
-Nie zrozumiesz! Przeżywam piekło za każdym razem jak wracam do domu, nie wiesz jak to jest mieć ojca mugolaka, który na twoich oczach bije matkę, a tobie daje w pysk bo chcesz jej pomóc. –Wyślizgnął się z jego objęć na bezpieczną odległość. –Nie chce się przywiązywać. Nie ma czegoś takiego jak miłość, są tylko głupie, chwilowe zauroczenia, które kończą się katastrofą.
Syriusz stał nie wiedząc co ma powiedzieć. Nie sądził, że Snape może mieć aż tak przesrane w domu, sam Łapa też nie miał łatwo bo uważano go teraz wśród bliskich za zdrajcę krwi, w końcu trafił do Gryffindoru. Nie musiał natomiast męczyć się z żadnym mugolakiem w rodzinie a Sev owszem. Ba! Tym mugolem był jego ojciec który widocznie nienawidził czarodziei. –Wiem, że pewnie nie jest ci łatwo komukolwiek zaufać, ale pozwól mi chociaż się z tobą kumplować.
-Czy ty się słyszysz? Prosisz mnie o kolegowanie się? Jesteśmy wrogami.
-Nigdy nie powiedziałem, że cię nienawidzę Severusie. I ty też mi tego nigdy nie powiedziałeś.
Fakt. Nigdy otwarcie nie przyznali się do szczerej nienawiści. W sumie Snape’a po prostu Syriusz irytował i zazdrościł mu tego, że pomimo chorego charakteru, gryfońskiej dumy i braku pokory ma tylu przyjaciół. Severus postawił mur wokół siebie bo bał się, że ktoś go na nowo zrani, że znowu będzie żałował swoich wyborów.
-Sev. –Syriusz poklepał go po ramieniu. –Chce tylko byś stworzył w tym murze dla mnie bramę. Może być tam most zwodzony i gromada krokodyli w fosie, ale proszę nie wznoś go dla mnie.
----
Kolejne dni szkoły okazały się bardzo spokojne. Większość uczniów była zdziwiona zachowaniem Blacka i Snape’a bo chłopcy zaczęli coraz więcej czasu spędzać razem i pomimo, że Severus większość tych spotkać poświęcał na wydzieraniu się na Syriusza to koledzy widocznie cieszyli się z tych wspólnych chwil. Lucjusz i James byli widocznie bardzo usatysfakcjonowani owym faktem. W końcu można było nazwać cudem to, że kolejny gryfon i ślizgon przypadli sobie do gustu. Reszta Huncwotów nie odebrała tego źle, Peterowi było to wręcz obojętne w końcu pałał do Slytherinu pewnego rodzaju sympatię, Lupin pomimo zmęczenia jakie niosła ze sobą zbliżająca się pełnia gratulował swoim przyjaciołom tego porozumienia z przedstawicielami innych domów. Co więcej nie spodziewał się, że Syriusz, który do niedawna otwarcie wyrażał niechęć do ślizgonów teraz potrafił prowadząc rozmowę bez przerwy mówić o Severusie.
-Czy wy mu podaliście jakiś eliksir na zauroczenie? –Zaśmiał się Remus siedząc na niewielkim murku i czytając podręcznik do zaklęć. –Skończyliście pisać referat na zielarstwo?
-Nic mu nie podaliśmy, a co do referatu to liczymy, że nam pomożesz Lunciu. – Zaśmiał się Potter dźgając kolegę w bok po chwili jednak spoważniał. –Za tydzień pełnia. Może wyskoczymy z chaty do lasu?
-Nie. Wolę siedzieć w wrzeszczącej chacie i tam podrapać nieco desek niż wyjść gdzieś gdzie może zaszyć się jakiś człowiek. –Odparł Remus zamykając książkę.
-Ale my będziemy cię pilnować. –Dodał Syriusz. W końcu już nie raz udawało im się uspokajać Remusa na tyle, by nie odstępował ich na krok. –Mam pytanie chłopaki czy mogę do was dołączyć nieco później? Chciałbym spotkać się z Severusem.
-Och gołąbki będą gruchać? –Zaśmiał się James. –Ej Łapo ty tak na serio myślisz o byciu z Smarerusem?
-A co? Nie mogę? –Spojrzał na przyjaciela dość oschle. –Jak się go lepiej pozna to naprawdę można go polubić. Osobiście uważam, że ta jego chłodna postawa jest słodka.
-Co?! –Spytał James i Peter równocześnie.
-Snape słodki? Syriuszu zaczynam się obawiać o twoje zdrowie psychiczne.
-Daj mu spokój Rogaczu! Każdy ma swój gust i swoje upodobania. Wczoraj dostałem list. Sal do mnie napisała. –Powiedział Remus z uciechą, widocznie ów chłopak którego spotkał w wakacje miał na niego bardzo dobry wpływ.
-Och! Co ci napisał? –Dopytał się Syriusz widocznie bardzo zainteresowany tym co też starszy kolega ich wilkołaczego przyjaciela mógł mu tam w tym liście nskrobać.
-Chce mnie odwiedzić w ferie. –Ucieszył się.
-Tylko uważaj Luniaczku bo może z tego coś wyjść. Na przykład dziecko.
-Czyje?
-No twoje i tego Sal’a oczywiście.
-A czy ja ci wyglądam na osobnika który jest w stanie zajść w ciążę? –Spytał Lupin nie kryjąc rozbawienia.
-----
Regulus powoli podążał za trójka gryfonów, którzy już wyszli z zamku. Remus, James i Peter rozglądali się dookoła jakby w obawie, że ktoś może ich nakryć na czymś wyjątkowo złym. Lupin co jakiś czas przytrzymywał się Potter’a jakby miał problem z chodzeniem, wyglądał na chorego, bardzo chorego, ślizgon pierwszy raz widział go w takim stanie. Powoli zaczęło robić się ciemno a chłopcy w końcu wyszli na błonia by skierować się następnie w stronę polany na której przecież rosła bijąca wierzba. Co ta trójka idiotów ma zamiar zrobić w takim miejscu? Przecież nauczyciele jasno postawili sprawę, że uczniowie nie mogą zbliżać się do drzewa ze względy na jego kurewski charakter. Wierzba bowiem była dość negatywnie nastawiona do wszystkiego co żyje i oddycha. Gryfiacy zaś najnormalniej w świecie stanęli pod drzewem, które już zamierzało się zamachnąć i w nich jebnąć z całej pety, ale w ostatniej chwili Potter po prostu dotknął jednego z konarów i wierzba zastygła w miejscu jakby ją spetryfikowano. Młody Black przyglądał się całej scenie z satysfakcją.
-Hah! Mam was! –Teraz pozostało mu tylko znaleźć Severusa. Jako Prefekt będzie mógł ich poszukać i może zgarnie przy okazji nieco punktów dla domu. Znając przywiązanie nauczycieli do regulaminu szkolnego nie będą mieć innego wyboru jak ukarać ta trójkę baranów i ich dom. Puścił się biegiem do zamku ciesząc się w duchu, że nie wziął ze sobą Lucjusza ten pewnie by mu nie darował takiego samolubnego zachowania. Biedny Malfoy został omamiony przez tego idiotę  Potter’a.
----
-Syriuszu co reszty oszalałeś? –Spytał Severus leżąc na magicznie wyczarowanej kanapie w pokoju życzeń. Chłopcy uznali, że skoro mają ten wieczór wolny to czemu nie spędzić go na rozmowie? Black postanowił zabrać slizgona w nieco ustronne miejsce jakim był właśnie pokój życzeń. Było tam cicho i mało, który uczeń wiedział, że ów pomieszczenie istnieje. –Dlaczego poprosiłeś tiarę o przydział do Gryffindoru?
Black westchnął cierpiętniczo kreśląc w powietrzu jakieś błękitne wzorki przy pomocy różdżki. –Po prostu miałem dość tej tradycji w mojej rodzinie. Wszyscy zawsze pięknie mi wmawiali, że ród Blacków musi być wierny Salazarowi i czarodziejom czystej krwi. Za każdym razem jak pojawi się na drzewie genealogicznym mugolak albo czarodziej półkrwii z góry jest on spisywany na straty razem z członkiem rodziny, którego przy okazji można przecież wydziedziczyć. Myślisz, że takie życie sprawia mi przyjemność? Moja matka to bezwstydna suka, która zawsze zmawiała mi, że jestem gorszy od młodszego brata, oczywiście Regulusowi było to na rękę.
-Nie przesadzasz?
-Ani trochę. Jeśli chcesz się przekonać to wpadnij do mnie w święta. Zobaczysz jaka to kochana i wkurwiająca rodzina. –Wstał i podszedł do chłopaka pochylając się nad nim. –Skończmy gadać o rodzinach. Możemy przecież zająć się czymś przyjemniejszym czyż nie? –Uniósł brew ku górze i przesunął dłonią wzdłuż ramienia ślizgona oczekując na odpowiedź. Nie doczekał się jednak żadnej, jedyne co zrobił Snape to złapał go za kołnierz szaty i przyciągnął w dół by delikatnie musnąć jego usta. Syriusz poczuł przyjemne dreszcze które biegły wzdłuż jego ciała i pieściły zmysły niczym najdroższy afrodyzjak. Kiedy ich usta oderwały się od siebie Black oblizał wargi i szepnął cicho. –Nie spodziewałem się po tobie takiego gesty Sev.
-Oj zamknij się. Po prostu jeszcze słabo mnie znasz poza tym jesteś sam sobie winien.-Odparł chłodno Snape i podniósł się do siadu przyciągając do siebie ponownie tego niepoważnego gryfona. Syriusz nie protestował, wręcz przeciwnie. Postanowił spełnić każdą zachciankę tego węża mając gdzieś konsekwencje. Skoro James mógł wyrwać Lucjusza i nie mieć wyrzutów sumienia, że zdradził swój dom, to Black nie mógł być od niego gorszy. Usadowił się w nogach chłopaka całując go zachłannie z każdą chwila pozwalając sobie na śmielsze ruchy i dużo lubieżniejsze pieszczoty, skutkiem ów poczynań były ciche westchnienia jakie fundował mu kochanek, z czasem te dźwięki stawały się dużo głośniejsze i intensywne w swej namiętności. –Syriuszu.. –Jęknął w końcu Severus, gdy tylko chłopak zsunął dłonie na jego spodnie rozpinając je i zwinnie zsuwając w dół razem z bielizna. Snape powoli przestawał myśleć racjonalnie. Odruchowo starał się zakryć krocze dłońmi, ale ten cholerny gryfiak nie dawał mu ku temu okazji.
-Nic nie rób. Ja się wszystkim zajmę. –Szepnął brunetowi do ucha które pieszczotliwie ugryzł za co został nagrodzony przeciągłym jękiem jaki wydobył się z rozwartych ust ślizgona. Syriusz przez dłuższy czas pieścił jedynie nagie ciało chłopaka, nie spieszył się ani trochę z poważniejszymi poczynaniami bo nie chciał go spłoszyć ani zniechęcić. W końcu teraz po tygodniach przekonywania Severusa do jego osoby nie chciał tego zepsuć, zbyt wiele zrobił by doszło między nimi do TEGO!
-Black!-Krzyknął Snape czując ból w dolnych partiach ciała. Gryfon napierał na niego zbyt mocno a on przecież nie był jeszcze na tyle dokładnie przygotowany by go przyjąć w swoim wnętrzu. –B-boli! –Jęknął zaciskając dłonie na ramionach chłopaka. Starał się uspokoić, ale zamiast tego spiął się jeszcze bardziej, aż do oczu napłynęły mu gorzkie łzy.
-Ciii.. Będzie dobrze. –Black zagryzł dolna wargę i pchnął ponownie wciąż czując ciasnotę i opór jaki stawiało ciało kochanka. Przecież nie przerwą tego w takim momencie! W końcu przy kolejnym ruchu dostał się do środka. Poczuł pierścień mięśni który oplótł go mocniej niż wąż zaciskający swoje ciało na ofierze by skruszyć jej kości na pył. Spojrzał na twarz kochanka, która momentalnie zmieniła swój wyraz. Sev nie krzywił się z bólu, teraz jego oblicze wyrażało błogą przyjemność i podniecenie. Syriusz uśmiechnął się ciepło i wziął się do roboty by Severus poczuł się jak w ich osobistym siódmym niebie.
----
-Muszę iść. –Westchnął Black idąc z Severusem przez korytarz na siódmym piętrze. W końcu obiecał chłopakom, że do nich dołączy.
-Co zaś wymyśliłeś?
-Nic! Żadnego kawału! Po prostu ja w przeciwieństwie do ciebie nie jestem prefektem i powinienem już dawno siedzieć w pokoju wspólnym.
Snape dźgnął go w policzek palcem. –Od kiedy przejmujesz się regulaminem szkolnym?
-Odkąd zacząłem z tobą chodzić?
-Och to my chodzimy ze sobą? –Spytał kąśliwie Sev.
-A nie?
-Hmm zastanowię się i dam ci odpowiedź jutro! –Pocałował go w policzek i zbiegł po schodach w kierunku lochów.
Syriusz natomiast zamiast skierować się do wieży Gryffindoru, szybko pobiegł na błonia i dalej w stronę bijącej wierzby.
----
-Sev!! –Krzyknął Regulus widząc sylwetkę kolegi na końcu korytarza. –Severusie. Czekaj! Musisz mi pomóc.
-Reg? Co jest? –Spytał spoglądając na chłopaka, był zduszany i cały czerwony na twarzy.
-Widziałem Huncwotów jak szli przez błonia.
-I co z tego?
-Ciągli Lupina jakby był na wpół żywy. Oni coś knują mówię ci! Byli pod bijącą wierzbą i oni tak jakby weszli do jej pnia! To jakieś przejście! Potter dotknął jednego z konarów i zaciągnął do środka Remusa i tego Petera!
-Cholera jasna o tej godzinie mają być w łóżkach! –Warknął Snape i spojrzał na zegarek na nadgarstku. –Idź do siebie. Znajdę ich i zaprowadzę do McGonagall. Ona im wymierzy jakąś karę. Jasne?
-Ej ale ja chce iść z tobą. –Oburzył się młody Black i wyciągnął różdżkę.
-Won do łóżka, albo osobiście pójdziesz ze mną go Slughorna! –Severus nienawidził tego nieposłuszeństwa jakim wykazywali się ślizgoni. Gdyby on był opiekunem domu chodziliby jak w zegarkach. –Idę po tych gryfonów. A ty do pokoju wspólnego. –Nie obchodziło go co mówił Regulus bo on był już zbyt daleko by się tym przejmować.
----
Syriusz wbiegł po schodach do wrzeszczącej chaty już jako pies. Wtargnął do pokoju i ujrzał swoich przyjaciół kroczących po nierównych deskach podłogi jako zwierzęta. James stał sobie przy oknie trzymając na swoich jelenich rogach małego szczura – Petera. Obok wielkiego zakurzonego łóżka kuliła się wilkołacza postać Lupina jak zwykle gryzącego samego siebie. Biedny Lunatyk – pomyślał łapa i podszedł do kolegi by szturchnąć go mokrym nosem po nienaturalnie wielkim ramieniu. Remus na początku groźnie warczał, widocznie nie spodobało mu się zachowanie intruza ale po chwili, kiedy się obwąchali pozwolił Syriuszowi na nieco zabawy. A jak to u zwierząt bywa ich zabawa polegała na drapaniu i niegroźnym gryzieniu siebie nawzajem. Rogacz co jakiś czas musiał ich rozdzielać porożem by przypadkiem nie zapomnieli, że taka zabawa też może być groźna. Wszystko byłoby w jak najlepszym porządku gdyby nagle czwórka przyjaciół nie wyczuła wyraźnego zapachu. Zapachy człowieka. Syriusz momentalnie zerwał się z miejsca i zbiegł po schodach. Znał ten zapach. Severus! Potter zagrodził drogę Lupinowi który szybko zerwał się z miejsca chcąc też sprawdzić skąd ów zapach dochodzi. Jeleń jednak stał w drzwiach nie pozwalając mu opuścić pokoju.
Black był u samym dołu schodów i tam ujrzał postać swojego ‘chłopaka’. Zaszczekał i wyszczerzył kły myśląc, że tym samym go jakoś wystraszy. Skąd on w ogóle się tu wziął?
-Spadaj kundlu! –Warknął Severus celując w psa różdżką. Wyglądał na dzikiego na pewno nie był na tyle oswojony by nic nikomu nie zrobić. –Won! –Krzyknął na co gdzieś na piętrze dało się słyszeć dziwny hałas. –Potter!? Jesteście tam? ! –Krzyknął ponownie mając nadzieję, ze gryfoni odpowiedzą.  Kiedy ponownie skierował wzrok na psa nie zastał go. Stał przed nim Syriusz!
-Severusie uciekaj stąd. –Powiedział spanikowany Black.
-Black?
-Uciekaj, proszę. Nie mam czasu na tłumaczenie. Po prostu stąd wyjdź! Błagam.
-Oszalałeś, co ty tutaj robisz?
-Snape po prostu wróć do zamku błagam! –W jego oczach ślizgon wyczytał strach i panikę. –Uciekaj! –Było jednak za późno! Z piętra doszło ich o zgrozo wycie wilkołaka. Coś mocno gruchnęło o deski (to James którego odepchnął Remus. ) i następnie pospiesznie zbiegło po schodach. Snape spojrzał na Syriusza który ponownie był pod postacią psa, jednak nie to było w tym momencie ważne. Pies skoczył do przodu zaciskając szczęki na ramieniu wielkiego człekopodobnego stwora. Snape stał jak wryty! Pierwszy raz w życiu widział walkę z wilkołakiem. Nie wiedział jak ma się zachować. Syriusz drapał i gryzł potwora który wcale nie był milszy. Psia krew skapywała na spróchniałe deski kreśląc na nich wzory niczym na obrazie. Syriusz został odrzucony lądując na przeciwległej ścianie, podniósł się momentalnie gdy ujrzał jak Lupin zbliża się do oniemiałego Severusa podnosząc na niego łapę wyposażoną w ostre jak brzytwa szpony. Oboje z impetem trafili w drewnianą ścianę która załamała się pod ich ciężarem i razem runęli na zewnątrz gdzie kontynuowali starcie. Obok psa pojawił się po chwili jeleń co jeszcze bardziej zszokowało Severusa. Rogaty zwierz stanął dęba i potraktował wilkołaka kilkoma naprawdę mocnymi kopnięciami. Niebezpieczeństwo uciekło w stronę lasu skucząc jak mały szczeniak. Syriusz wrócił do ludzkiej postaci i rozejrzał się dookoła szukając wzrokiem Severusa. Tego jednak już tam nie było.
----
Potter, Black i Pettigrew biegli w kierunki zamku widząc gdzieś w oddali czarną sylwetkę. Był to jak zakładali Snape. Kierował się w stronę gabinetu Dumbledore’a.
-Cholera. SNAPE! –Krzyknął Syriusz!
Ten ani myślał by się zatrzymać. Ci debile kryli wilkołaka! W szkole! Narażali na niebezpieczeństwo wszystkich uczniów! Nie mógł tego puścić płazem.
-Profesorze! –Powiedział zdyszany jak tylko wbiegł po schodach do gabinetu dyrektora. Wiedział, że trójka Huncwotów depcze mu po piętach.
-Och Severus. Co się stało? Co tu robisz o tej godzinie? –Dumbledore miał na sobie rubinowy szlafrok.
-Huncwoci kryją wilkołaka!
-Snape! –Do gabinetu wbiegła pozostała trójka uczniów. –to nie prawda!
-Nie prawda? Ty się słyszysz Potter? Wiem, że to Lupin jest tą bestia. Że też się nie domyśliłem. Cholera. Durni idioci narażacie całą szkołę.
-Nic nie wiesz Smarkerusie! To nasz przyjaciel nie obchodzi nas czy jest wilkołakiem czy nie!
-James! Debilu on jest niebezpieczny!
-Chłopcy bardzo proszę się uspokoić. –Podniósł nieco głos dyrektor. –Severusie doskonale wiem, że Remus jest wilkołakiem osobiście pozwoliłem mu uczęszczać do naszej szkoły pomimo tej przypadłości. Tak samo jak osobiście wybrałem wrzeszczącą chatę jako jego kryjówkę.
-I pan to popiera?! –Ryknął Snape nie wierząc w to co słyszy! –Tak samo jak to, że ta trójka idiotów spędza z nim każdą pełnię jako zwierzęta?
-Och naprawdę? –tu Dumbledore się mocno zdziwił. –Nie wiedziałem, że macie takie umiejętności chłopcy.
----
Dyrektor nie wyciągnął żadnych konsekwencji. Pouczył Snape'a by zachował tajemnice dla siebie i nikomu o tym nie wspominał. Huncwotów pokarał jedynie szlabanem, zaś Remusa przeprosił za zaistniałą sytuację, podobnie rodziców chłopca. Syriusz nie mógł dotrzeć w żaden sposób do Severusa który teraz miał do niego wielkie pretensje za takie tajemnice. Praktycznie reszta miesięcy stała się napięta przez zbliżające się egzaminy i inne obowiązki względem rodzin i szkoły. Remus na ostatnim roku nauki został poinformowany listem od swojego obiektu westchnień, ze powinien o nim zapomnieć bo zbyt się zmienił i teraz może go jedynie skrzywdzić. Nie tylko Lupinowi trudno było się pogodzić z rozstaniem z Salem. Syriusz stopniowo leczył się ze swojego zauroczenia Snapem lecz większy problem miał James który po serii kłótni z Lucjuszem postanowił z nim po prostu się rozstać. Oboje bardzo to przeżywali ale byli zbyt dumni by przyznać się do ciągłego uczucia jakim darzą się nawzajem, nawet po tym zerwaniu nie mogli zapomnieć o latach wypełnionych miłością. Koniec szkoły przyniósł końce ale i początki na nowe uczucia. Syriusz zyskał nowa rodzinę jaką byli James i o dziwo Lili z którą Potter zaczął chodzić po ukończeniu szkoły. Peter zniknął gdzieć na miesiące a Remus odwiedzał swoich przyjaciół zgłębiając wiedzę z książek które stały się jego druga pasją zaraz po podróżowaniu. Co do Severusa i Lucjusza? Snape zyskał stanowisko nauczyciela eliksirów po profesorze Slughornie który postanowił przejść na emeryture. Nikt się nie dowiedział, że potajemnie dołączył do ruchu wolnych czarodziei jaki powstał z inicjatywy Toma Marvolo Riddle’a później znanego jako Potomka Salazara Slytherina – Lorda Voldemorta. Lucjusz ożenił się z Narcyzą która po ślubie bardzo się zmieniła. Jej rodzina bowiem i stara i nowa, przyłączyła się do czarnoksiężnika spełniając jego często chore wizje lepszego świata. Do Lucjusza dotarła wiadomość o narodzinach potomka Potterów i nie ukrywał, że ucieszyła go wieść, że James jest szczęśliwy. Malfoyowie jako wierni słudzy Czarnego Pana również spodziewali się narodzin syna.
----
Pewnego wieczoru, kiedy Lucjusz był zajęty czytaniem Proroka codziennego poczuł palący ból nadgarstka.
-Lucjuszu? –Narcyza trzymała w ramionach dziecko i spoglądała na męża z zainteresowaniem.
-To nic. Zaraz wrócę. –Malfoy szybko wyszedł z posiadłości gdzie po chwili pojawił się w kłębach czarnego dymu Severus. -Snape? Co się stało? –spytał.
-Czarny Pan zniknął.
-Jak to?
-Nie wiem. Ale jest coś jeszcze. –Tu zawahał się. –Potterowie nie żyją.
Na te wiadomość Lucjusz złapał się za pierś i padł na kolana czując jak do oczu napływają mu łzy. James! JAMES!! Nie krył smutku i pozwolił łzom spłynąć po policzkach. –A chłopiec?
-Żyje. Dziecko żyje. –Lucjusz zauważył w oczach Severusa te same łzy. Widocznie płakał za swoją przyjaciółką. Za Lili.
-Co z nim?
-Trafi do wujostwa.
-A co się stało z Syriuszem, przecież Black z nimi mieszkał prawda? –Spytał wstając i patrząc na Snape’a poważnie.
-Trafił do Azkabanu. Posądzono go o liczne morderstwo i przyczynienie się do śmierci Potterów. –Jego głos drżał delikatnie aż w końcu Severus nie wytrzymał i zakrył twarz dłońmi. –Kurwa! Straciłem dwie najważniejsze osoby w życiu i dlaczego? Ponieważ czarnemu panu się zachciało zmieniać świat?! –Krzyknął nie wiedząc co ma począć. Stracił Lili, i stracił… Syriusza.



/Podobało się?
Napisz w komentarzu, że tak... bądź nie ;c

czwartek, 26 lutego 2015

Bo jesteś dla mnie jak... (SasuNaru)

/Hej skarby daję wam one-shota i mam nadzieję, że mnie z tego powodu nie zabijecie. Jest to opowiadanko, które pokażę nieco inne zakończenie mangi Naruto. 
Na wasze wczesniejsze komentarze będę odpowiadać pod następnym rozdziałem Drarry. :)
A teraz zapraszam do czytania. 






Dwa ciała leżały bezwładnie w Dolinie Końca. Dwaj przyjaciele wykończeni i zakrwawieni leżeli na kamienistym polu walki. Pierwszy ocknął się Naruto i również jako pierwszy zdał sobie sprawę z tego w jakim są stanie. Oboje nie mieli jednej ręki , on prawej zaś Sasuke lewej.

niedziela, 8 grudnia 2013

"Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą."

D: Hej pierwszy raz na tym czacie?

A: No tak, przypadkiem na niego wpadłem. Nie jestem gejem, znaczy… chyba nie jestem.

D: Ja też na początku się wahałem. Najgorsze chyba było oznajmienie to rodzinie. Heh, no to czego tutaj szukasz mój drogi?

A: Szczerze? Z ciekawości chce sprawdzić jak to jest. ;)

D: Mam Cię wprowadzić w szczegóły? ;D

A: Tzn? Co masz na myśli?

D: No wiesz.. opowiedzieć ci jak to jest i możemy spróbować na początek urządzić jakiś cyberek. Jeśli się boisz to nie nalegam oczywiście. C:

A: Nie boję się XD Tylko… no wiesz praktycznie nie znam się na tym ani trochę.

D: Od tego masz mnie. To może na początek powiedz jak masz na imię ile masz lat Ok?

A: Andy, mam 17 lat. A ty?

D: Daniel, 19 lat. :D

A: Aha, no to bardzo mi miło poznać. Co dalej?

D: Opisz mi siebie. Jak wyglądasz, czym się interesujesz czy już się całowałeś? XD

A: Hah, no dobra. Jestem blondynem mam178 cmwzrostu, jeśli chodzi o ciało to jestem dosyć umięśniony, ale nie jak jakiś kulturysta. Interesuję się zwierzętami i botaniką. A co do całowania to mam już jakieś doświadczenie. Teraz Twoja kolei. :D

D: Czarne włosy,186 cmwzrostu. Też nie jestem jakimś kulturystą ;) Z wyglądu trochę jak goth, ale mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko subkulturom :o. Na plecach mam tatuaż w kształcie  skrzydeł. A jeśli chodzi o całowanie to jestem w tym mistrzem. :3

A: No, ale jesteś skromny heh.

D: Cały ja. Dobra to może zacznijmy. :) Skoro już trafiłeś na czat dla gejów to po pierwsze, chyba wiesz na czym polega seks analny prawda?

A: No spokojnie miałem w szkole WDŻR XD Wiem, po prostu posuwanie w tyłek.

D: Dokładnie. No więc na początek, nie jest do bolesne o ile partner dobrze Cię na siebie przygotuje. Fakt uczucie jest na początku dziwne jakbyś miał robioną lewatywę, ale z czasem organizm się przyzwyczaja i wszystko staje się dużooo przyjemniejsze. ^_^

A: Aha, to chyba już wolałbym oralny. No bo anal nie jest higieniczny.

D: Oj kolego, od czego są prezerwatywy? :D

A: No wiem. :P

D: To teraz zrób dokładnie to co ci powiem dobrze?

A: No dobra?

D: Zdejmuj spodnie.

<cisza>

D: No chyba się nie speszyłeś prawda?

A:… nie no co ty. Już ściągnąłem.

D: Uff  :) To dobrze. Bieliznę też ściągnij.

A: No Ok. Zaczynam się lekko denerwować.

D:Nie ma powodu. A teraz zaczynamy zabawę. Zacznij się dotykać i wyobraź sobie, że tam jestem i to moje dłonie.

<chwila później>

D: I jak?

A: Na początku się wahałem, ale teraz jest intrygująco. Podoba mi się ta zabawa. Ty też się dotykasz?

D: Owszem. I wyobrażam sobie, że jesteś obok.

W realu:

Cholera siedział przed laptopem i najnormalniej w świecie robił to co ten gość po drugiej stronie mu mówił. W tym wieku chłopcy masturbowali się często a Andy już zwalił sobie konia rano. Teraz kiedy był wieczór nie sądził, że spotka go coś takiego. Dał porwać się chwili, czuł się bezpiecznie w pokoju bo pamiętał, żeby zamknąć drzwi na wypadek gdyby jego rodziciele przypomnieli sobie, że mają gdzieś na piętrze nastoletniego syna. Andy odchylił głowę w tył siedząc na swoim fotelu przy biurku. Komputer co chwila dawał mu znak, że ów chłopak z którym pisze wysłał mu kolejną wiadomość.

D: I jak ci idzie?

A: Kurde. Musze przyznać, że świetne uczucie. :D

D: Cieszę się. :> Ej a co powiesz na spotkanie się w realu?

A: To znaczy?

D: No jeśli nie masz nic przeciwko oczywiście. Polubiłem Cię mimo, że gadamy bardzo krótko. Wydajesz się miłą osobą. ;)

A: Dziękuję. Ty też jesteś miły. A skąd jesteś?

D: Hoboken, a ty?

A:Brooklyn.

D: Super. To co może się spotkamy? W Hoboken jest fajna kawiarnia, kojarzysz może „LuckyTea”?

A: Byłem tam ostatnio ze znajomymi. :D

D: To może jutro o czternastej? Jeśli się nie czujesz pewnie to nie nalegam. W końcu zawsze mogę być jakimś gwałcicielem-pedofilem z czterdziestką na karku. XD

A: To na wszelki wypadek wezmę mój kij bo baseball’a. XD To do zobaczenia jutro. :) Ale jak cię rozpoznam?

D: Nie martw się wyróżniam się w tłumie.

/Użytkownik „D” wylogował się.

Spojrzał z delikatnym uśmiechem w czarny ekran swojego laptopa przy czym pozwolił sobie poprawić czarny kosmyk swoich włosów. Dawno nie czuł się tak zaintrygowany drugim człowiekiem.

Następnego dnia Andy siedział w wyznaczonej kawiarence. Miał na sobie niebieską koszulkę, która podkreślała jego oczy i czarne spodnie. Nie chciał się szykować jak na jakieś wesele ale okazało się, że i w takich ciuchach wyglądał o dziwo elegancko. Rozglądał się dookoła wypatrując owego chłopaka który miał się wyróżniać w tłumie. I nagle w kawiarence rozległ się dźwięk dzwoneczka oznaczającego, że ktoś wszedł do lokalu. Błękitne oczęta chłopaka wpatrywały się w wysokiego chłopaka o czarnych rozczochranych włosach, miał na sobie skórzaną kurtkę a na szyi zawieszony wisiorek w kształcie krzyża. Glany na klamry prezentowały się o dziwo idealnie na jego szczupłych nogach. Uśmiechnął się kiedy jego spojrzenie zetknęło się z oczami blondyna. Podszedł do stolika przy którym siedział jego nowy kolega.

-To ty jesteś Andy prawda? –Spytał niepewnie.

-No tak. Miło mi.. –Nie dokończył bo starszy chłopak przytulił go lekko na powitanie.

-Przepraszam, to taki odruch. –Odparł Daniel i zajął wolne krzesło. Zmierzył chłopaka wzrokiem, ładna delikatna twarz, blond włosy i błękitne oczy. Gdyby spotkał go wcześniej na jakimś forum dla gejów i gdyby był one pewny swojej orientacji to już dawno zaproponowałby mu wspólną noc.  –Masz na coś ochotę? –Spytał zerkając przelotnie na kartkę leżącą na stoliku gdzie wypisano to co może zaoferować lokal.

Andy potrząsnął głową żeby nieco przywrócić trzeźwe myślenie. Głupio się przyznać, ale wygląd nowego znajomego całkiem go zafascynował, nie wyglądał jak jakiś szary nudny koleś. Wręcz przeciwnie pomimo czerni tryskała z niego oryginalność łącząca się z tajemniczością. –Emm, to może ja sobie wezmę herbatę.

Daniel uśmiechnął się ciepło.-Dobra ja stawiam. Herbata i kawa. –Odszedł na chwilkę żeby zamówić ich napoje nie słuchając nawet jak Andy się sprzeciwia i mówi, że sam może sobie kupić. No, ale w czarnowłosym chłopaku obudził się instynkt dżentelmena i musiał troszkę zabłysnąć w oczach swojego towarzysza.

Popołudnie spędzili głównie na dzieleniu się zainteresowaniami, okazało się, że lubią tych samych pisarzy, sztukę i nawet oboje gustują w pizzy z ananasem. Żyć nie umierać, zupełnie jak bracia.

-Czym się zajmują twoi rodzice?

-Są prawnikami. –Odparł Andy dopijając swoją herbatę. – a twoi?

-Matka pracuje w restauracji jako kucharka a ojciec pewnie gdzieś zajmuje się swoją nową panną. Zostawił nas kiedy miałem cztery lata.

-Przykro mi.

-Nie szkodzi. W sumie nigdy mi go nie brakowało.

Tu rozmowa się na chwilę załamała, temat rodziny mógł nie być najprzyjemniejszym. Ta cisza była strasznie krępująca.  Ale po chwili znowu poruszyli jakiś temacik więc na szczęście Andy nie musiał martwić się o bolące sumienie. Wyszli z kawiarenki wieczorem, Daniel zaproponował mu spacerek po parku i wszystko byłoby pięknie gdyby nie to, że w pewnym momencie złapał młodszego za ramię i pocałował go w usta.

-Co ty wyprawiasz? –Spytał zaskoczony chłopak odsuwając się od czarnowłosego.

-Wybacz, po prostu cholernie mi się podobasz. –Westchnął krzyżując ręce na piersi. –Naprawdę może to brzmieć głupio, ale tak jest i już. Nic na to nie poradzę. Zostań moim chłopakiem! –Złapał jego dłoń.

-Wybacz..

-Czego mi brakuje? Wiem, że nie jesteś pewien czy jesteś homo, ale ja chce ci pokazać jak to jest. Pozwól mi, obiecuję, że będzie ci ze mną dobrze.

-Dziękuję, że tak ci zależy, ale ja… ja mam dziewczynę.

….

-Wybacz. Naprawdę cieszę się, że tak mnie lubisz, ale jestem już z kimś. –Westchnął patrząc mu z bólem w oczy.

-Nie wspominałeś, że masz dziewczynę. –Odparł cicho. –Miałem nadzieję, że… ech. Mniejsza. Przepraszam, jeśli poczułeś się niezręcznie.

-To ja przepraszam zrobiłeś sobie nadzieję prawda? –Pogładził jego ramię. –Jesteś świetnym chłopakiem i na pewno kogoś sobie znajdziesz. Muszę spadać, do zobaczenia. –Oddalił się.

-Myślałem, że znalazłem Ciebie. –Szepnął cicho.

Parę dni później w wiadomościach podano, że w kawiarence w której byli wybuchł pożar. Zginęło osiemnaście osób, Andy słuchał tego z uwagą, ale kiedy w wywiadzie pojawiła się kobieta opowiadająca o swoim synu, który bardzo lubił tam zaglądać a ona sama była w czasie pożaru w pracy w restauracji… no chłopak poczuł jak serce mu pęka. Po chwili w rogu ekranu podano imiona i nazwiska martwych osób. Kiedy w oczy rzuciło mu się „Daniel” pobiegł do swojego pokoju i kopnął z całej siły swoje biurko.

-KURWA! –Zaklął i usiadł na łóżku nie kryjąc łez.

Nigdy nie sądził, że powiedzenie „śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą” znajdzie tak dosłowne odniesienie w jego życiu. Czy kochał Daniela? Trudno powiedzieć, ale nie radząc sobie z uczuciami zerwał z dziewczyną i parę dni później sam Andy trafił do szpitala w stanie śpiączki. Był ofiarą wypadku, samochód wjechał w niego i tak młody chłopiec spędził resztę dni w czterech białych ścianach. W końcu okazało się, że jego stan jest krytyczny i rodzice uznali, że lepiej go nie męczyć tym „Życiem” Odłączono go od urządzenia które podtrzymywało jego funkcje życiowe.

Czy życie jest sprawiedliwe? Trudno powiedzieć, ale ci dwaj spotkali się zapewne ponownie w innym lepszym świecie.

piątek, 22 listopada 2013

Śmiertelne Halloween

Halloween, durne święto podczas którego dzieciaki łażą po domach obcych ludzi i szantażują ich tekstami typu: „Cukierek, albo psikus” Dzień w którym wszędzie widać przebranych ludzi i ozdoby symbolizujące mimo wszystko pogańskie święto.  Jednych to bawi a innych denerwuje. Nawet w szkole nie obyło się bez odczuwania tych strasznych, a raczej żenujących nastrojów.

-Daiki! Wybierz się z nami do opuszczonej posiadłości Nigichi! –Powiedział lubiany w całej klasie Kageru obejmując w pasie swoją dziewczynę. O ile można było nazwać dziewczyną to coś mające na gębie pół tony tapety nie wspominając o spaniu w solarium.

-Po co? Z resztą te głupie opowieści, że niby w środku straszy są oparte na doświadczeniu małych dzieci i pijanych staruchach spod monopolowych sklepów. Żaden człowiek nie uwierzyłby, że jakaś zakrwawiona kobieta spaceruje po domu i morduje wszystkich a następnie pożera ich wnętrzności. To chore i nielogiczne. –Daiki zawsze uważał się za realistę jakich mało, ale mimo to posiadał słabość a raczej fobię. Nienawidził się bać! A do definicji słowa „nawiedzone” bacie się było przypisywane od dawien dawna.

-Daiki, nie mów nam, że wymiękasz?– Powiedziała ta flądra obłapując biednego Kageru gorzej niż Diabelskie Sidła ze znanej serii „Harry’ego Potter’a”  Dlaczego Dai jej tak nie trawił? Ponieważ od początku pierwszej klasy był on na zabój zakochany w Kageru a ona mu go zabrała. Nie raz Kage-kun mówił, że to tylko dlatego, że ona jest najbardziej seksowną laską w szkole (Hahahaha dobry żart) a on najpopularniejszym chłopakiem no i po prostu nie wypada żeby ich ze sobą nie widziano. Dla Daikiego była jeszcze nadzieja, skoro on jej nie kocha to może kiedyś zwróci uwagę na kumpla? Tylko jaki normalny chłopak zacząłby chodzić z kolegą z klasy? Na pewno nie Kageru.

-Nie jestem zainteresowany takimi pierdołami.-Odrzekł chłodno.

-Daiki-kun proszę chodź z nami. –Powiedziała ładna czarnowłosa dziewczyna jaką była Mitsuki. Znali się od przedszkola i można powiedzieć, że od tamtych lat miała swoistą słabość do bruneta. Mimo, że nie był dobrze zbudowany jak Kageru i nie był tak wysoki to zaimponował jej swoim opanowaniem i stylem bycia który każdy inny człowiek nazwałby jako samotniczy. Mimo, to od zawsze się w nim bujała. –Daiki chodź bez ciebie będzie nudno. No bo kto inny jak nie ty będzie nam tłumaczyć jakie to Halloween jest nudne i irytujące?

Tą sugestię mogła sobie darować, bo nie zabrzmiało to za fajnie. –Mitsuru ja naprawdę nie chce. Będę wam psuć tylko dobrą zabawę.

-Daiki, skoro ty nie idziesz to ja też. –Szepnął Kageru i położył dłoń na ramieniu kumpla, który ledwo co powstrzymał się od lekkiego rumieńca. Szlag Kage, dlaczego zawsze musisz wszystko rozwiązywać tym swoim „Jeśli ty nie, to ja również.”

-Ech no dobra. Ale jak będę wam psuć zabawę to pamiętajcie sami tego chcieliście.

Po lekcji dzięki Bogu nie musiał patrzeć na te dwie osobniczki płci przeciwnej a w przypadku dziewczyny Kageru na pewno nie pięknej. Siedział z przyjacielem na dachu szkoły i jadł zbożowego batonika kiedy Kage leżał patrząc w niebo i uśmiechał się sam do siebie.

-Dzięki Daiki, że jednak z nami pójdziesz. Bez ciebie byłoby tam nudno, pewnie tak samo strasznie, ale nudno. –Przeciągnął się.

----

-No nareszcie Dai, dłużej się nie dało? –Spytała ta głupia flądra klejąc się do swojego chłopaka.

-Dało się. –Burknął i spojrzał na wielki budynek jaki mieli przed sobą. Parcela znajdowała się na krańcu miasta na niedoszłym osiedlu, po środku którego stał tylko ten jeden budynek. Ogromny, opuszczony i niemal zrujnowany. Ogród dookoła był zarośnięty i aby dojść do drzwi frontowych trzeba było przejść przez metrowe chwasty.

-To co idziemy? –Spytał Kageru zapalając latarkę i poprawiając nieco swoje niesforne włosy. Flądra jeszcze bardziej się do niego przykleiła a Mitsuki złapała Daikiego za ramię i cała czwórka weszła w zarośla.

Przy samych drzwiach brunet poczuł dziwny chłód który przeszywał jego ciało na wylot.- Też to czujecie?

-Co jest Dai? Już masz jakieś złe przeczucia? –Spytała czarnowłosa.

-Owszem, ale powstrzymam się od komentarza, żeby nie zepsuć atmosfery. –Spojrzał na pozostałą trójkę i westchnął bo jakoś żadne z nich nie miało odwagi otworzyć drzwi, wyręczył ich Daiki. Wrota skrzypnęły i stanęły przed nimi otworem ukazując ciemne wnętrze. Do ich nozdrzy uderzył smród stęchlizny i pleśni, panowała tam wilgoć i coś jakby rozkład. –O kurde fuuj.

-Niedobrze mi Kageru. –Powiedziała jego dziewczyna i zasłoniła usta i nos dłońmi.

-Kurwa fakt nie pachnie tu za ładnie.-Weszli do środka i gdy tylko ostatnie przekroczyło próg drzwi zamknęły się za nimi z trzaskiem. –Szlag no nie. –Spróbował otworzyć, ale ani drgnęły. –Zamknięte.

-Jaja sobie robisz? –Spytał Dai i również naparł na wrota. – Kurna nie podoba mi się to ani trochę.

-I co teraz? –Spytała Mitsuki łapiąc się za ramiona. – Nie możemy wyjść, a ta kobieta na pewno nas zabije.

-Pierdolenie, to pewnie jakieś dzieciaki robią sobie jaja w Halloween. Idziemy dalej.- Weszli po schodach na piętro rozglądając się w miarę możliwości bo ich latarki nie dawały tyle światła ile by chcieli a mieli tylko dwie. Nagle coś przeleciało im przed nosem i cała czwórka wydała przerażone dźwięki.

-Co to było?

Kageru poświecił na ścianę i zobaczył nietoperza zwisającego ze świecznika. –Głupi latający szczur. Pewnie jest ich tu pełno.

-Fuuuj Kage przecież wiesz, że nie lubię szczurów.

-Przymknij się Ajiu. –Skarcił ją chłopak bo dziewczyna powiedziała to zbyt głośno. – Chodźmy dalej.. może znajdziemy jakieś inne wyjście, chociaż na jakiś balkon no cokolwiek.

Korytarze były pełne pajęczyn i zniszczonych obrazów, no klimaty jak z jakiegoś horroru i gdyby nie to, że Kage za każdym razem w jakiś śmieszny sposób komentował dziwne sytuacje takie jak trzaskające okna pomimo, że nie było wiatru, to już dawno by stamtąd zwiali. Daiki otworzył pierwsze lepsze drzwi, pokój dziecięcy, tak przynajmniej wyglądał. Po środku stała drewniana kołyska, która się kołysała. Kurwa sama się kołysała!! Zatrzasnął drzwi bo ten widok był nie o tyle dziwny co straszny.

-Ej czujecie to? –Spytała Mitsuki.

-Tak, matko co tak śmierdzi?

-Ostatnio czułem to jak znalazłem w ogrodzie martwego kota.-Skomentował Kage i otworzył drzwi skąd wydobywał się ów odór. Cała czwórka zobaczyła w środku niewielki stos rozszarpanych ciał, krew była wszędzie. Robaki które żerowały na ciałach dawały wrażenie jakby stos się poruszał, szczury, nietoperze i muchy było tego tam pełno. –Kurwa, obrzydliwe. Ludzkie ciała.

Gdzieś z tyłu Ajiu nie wytrzymała i zwymiotowała, smród robił swoje , ale widok był jeszcze gorszy.

-Ja pierdole, Kageru zamykaj te drzwi i wynośmy się stąd! Ktoś ich poćwiartował sami z siebie tu nie leżą. Trzeba zadzwonić po policję. –Sięgnął po komórkę i mina mu zrzedła. –Przed budynkiem miałem całą baterię, co jest?

Wszyscy odsunęli się na bok bliżej okna żeby pooddychać nieco świeżym powietrzem i nagle podłoga się złamała a w górę wzbiła się chmura kurzu.

-Jesteście cali? –Spytał Kage i spojrzał na pozostałą dwójkę. Dwójkę?  - Ajiu!? –Spojrzeli w dziurę w podłodze i ujrzeli dziewczynę leżącą piętro niżej na ziemi z roztrzaskaną głową i połamanymi kończynami. – Co jest Kurwa? Wszyscy przechodziliśmy po tym miejscu i dopiero przy niej się załamało?!

Daiki złapał przyjaciela za ramię i odciągnął go w tył. – Trzeba się stąd wydostać! I wezwać policję!  Chodźmy. –Sam już czuł narastająca panikę, ale myślenie racjonalne brało górę w takich sytuacjach. Spojrzał na Mitsuki która łkała cicho. –Wyjdziemy stąd.

Zeszli schodami które znaleźli na końcu korytarza prosto do pokoju z kominkiem pełnym pajęczyn i pająków wielkości ludzkiej dłoni.

-Czy tylko ja mam wrażenie, że ta babka na obrazie patrzy się na nas? –Spytała dziewczyna wskazując na obraz widzący na ścianie przy niewielkiej kanapie całej w kurzu. Kobieta na obrazie była naga, cała we krwi i wodziła wzrokiem po całym pokoju na dłuższa chwilę zatrzymując je na trójce gości.

-Zupełnie jak Mona Lisa, pewnie użyto tej samej sztuczki. –Powiedział Kageru.

-Ale Mona nie celowała w ludzi nożem. –Dopowiedział Dai wskazując palcem na rękę kobiety która najnormalniej podniosła w ich stronę ostrze noża.

Nagle w pokoju zrobiło się ciemno, ech ciemniej niż wcześniej bo dosłownie nic nie było widać. Daiki zamrugał oczyma ale nic nie zobaczył. Potknął się o coś i upadł na ziemię. Gdzieś w oddali dało się słyszeć krzyk Mitsuki.

-Kurde. Kage, Mitsuki!! Gdzie jesteście?

-Daiki!- Słyszysz mnie? –Głos Kageru.

-Tak. Kege, gdzie jesteś? Nic nie widzę! –Zaczął się czołgać po brudnej podłodze mając nadzieję, że dobije do ciała Kageru. Wyciągnął rękę w przód i poczuł jak zanurza się w czymś lepkim, po jego dłoni coś pełzło i bynajmniej nie była to jedna istotka. Robaki oblazły jego ciało smakując się każdym kawałeczkiem skóry. Dai krzyknął panicznie czując okropny ból.

-DAI! Co się stało? –Ryknął Kageru słysząc przyjaciela.

-Kage! Pomocy! –Jęknął rozpaczliwie czując jak małe ostre ząbki wgryzają się w niego. Nagle coś objęło go mocno i przytuliło.

-Jestem tu. Już dobrze.

-Boże. Tak cholernie się boję. To boli.

-Co Cię boli?

-Nie wiem, coś… coś mnie zjada. Gryzą całe ciało. Kage pomóż. –Wtulił swoje ciało w przyjaciela . – Nie chce umierać.

-Nie umrzemy, obiecuję Ci. Wydostaniemy się stąd. –Kageru spróbował w jakiś sposób włączyć latarkę którą trzymał w jednej ręce. W końcu udało się i od razu poświecił na tulącego się Dai’a. Był cały we krwi, ale żadnych robaków nie było i ciało nie było nigdzie nawet lekko nadgryzione.

-Kage, po co my tu przychodziliśmy? –Spojrzał w jego oczy zapłakany. –Nie uda nam się. Nie wyjdziemy stąd. Dziewczyny już nie żyją to samo czeka nas.

-Daiki uspokój się, nie wpadaj w panikę…

-Ja zawsze. Od samego początku chciałem ci to powiedzieć. –Dotknął dłonią brudnego policzka chłopaka. –Kocham Cię,  zanim umrzemy ja… ja chciałem żebyś wiedział. –Zdjął powoli koszulkę. –Kage, zróbmy to.. żeby nie myśleć o tym miejscu.

Jego słowa zszokowały Kageru, ale to był jedyny sposób aby zatracić się i oderwać od brutalnej rzeczywistości. Ciuchy rzucili gdzieś w bok i od razu złączyli się w zachłannym pocałunku, już nawet nie chodziło o sam seks chcieli zapomnieć przestać myśleć, skupić się na czymś mniej obleśnym niż to miejsce w którym się znaleźli. W powietrzu oprócz obrzydliwego zapachu czuli teraz pożądanie. Byli jak zwierzęta, chcieli czuć się niemal brutalnie. Każdy ruch przyczyniał się do coraz większego podniecenia. Dai przestał czuć ból teraz myślał tylko o Kageru, o tym aby mogli się zaspokoić . Kiedy ich ciała złączyły się w jedno po w budynku dało się słyszeć jedynie krzyki dwójki chłopców. Brutalność łączyła się z namiętnością. Z każdą chwilą Kage poruszał się wewnątrz kochanka szybciej i szybciej.

-Aach, mocniej! –Jęknął Daiki zaciskając dłonie w pięści i poruszając się w tempie które narzucił Kageru.

-Dai, wybacz. Przepraszam, że cie w to wplątałem… -Przyciągnął go i pocałował zaborczo.

Chcieli przedłużyć stosunek jak najbardziej, ale w końcu obaj krzyknęli ogłaszając, że sięgnęli spełnienia. Opadli na zimną posadzkę zmęczeni, ale dzięki temu teraz ich ciała były wyjątkowo rozluźnione.

-Daiki, wyjdziemy stąd. –Powiedział Kageru po dłuższej chwili.

Okno nagle trzasnęło o framugę i szklana szyba rozbiła się na pomniejsze kawałeczki.

-Boże! To ona. –Powiedział Dai i schował się za przyjacielem. W drzwiach stała zakrwawiona kobieta z nożem w dłoni.

-Szlag.. –Kage złapał za większy odłamek szkła i kiedy postać rzuciła się na nich wymierzył prosto w pierś. Dookoła nich pojawiła się kałuża krwi a bezwładne truchło padło parę kroków dalej.

-Czy ona nie żyje?

-Mało mnie to teraz obchodzi. –złapał jego dłoń. – Wynośmy się stąd! –Wstali i pobiegli przed siebie przez kręte korytarze, gdzieś w oddali ujrzeli jasne światło. Matko drzwi to były drzwi, otwarte!

----

Parę dni później policja rozpoczęła przeszukiwania dworku. Nie znaleziono ciał dziewcząt i dziwnej kobiety zabójczyni. Kageru i Daiki namówili swoje rodziny na przeprowadzkę bo po tej przygodzie nie potrafili normalnie funkcjonować w mieście. Tyle ich połączyło, że nie potrafili bez siebie wytrzymać i nie dzielić się przeżyciami które na szczęście odchodziły w niepamięć każdej spędzonej razem nocy.

Rok później w Halloween inna czwórka dzieci poszła do dworku i niestety nie miała tyle szczęścia, dziwna kobieta znowu zaczęła się pojawiać gdzieś w ciemnych korytarzach cuchnących zgnilizną.

wtorek, 21 maja 2013

Przeznaczenie i miłość

/Dedykuję tego one-shota Alexii. <3
Wybaczcie, że odchodzę od opowiadania, lecz raz na jakiś czas trzeba zmienić plany i napisać coś nietypowego. W rolach głównych:
Cloud i Sephiroth z Final Fantasy  ;)



Midgar nie dało się już nazwać pięknym i urodzajnym miejscem. Zniszczone i pozbawione życia dawało schronienie tym, którzy stamtąd nie uciekli. Choroba zalęgła się w sercach ludzi i powoli wyżerała to, co blaskiem oświetlało zakamarki tego organu niezbędnego do życia. Geostigma dotknęła wielu niewinnych i nieświadomych zła szerzącego się na świecie.

-Cloud, hej Cloud! Obudź się! – Blondyn otworzył oczy przepełnione paniką. Czuł jak po plecach nadal spływa mu zimny pot a koc, którym jeszcze chwilę temu był przykryty znikł gdzieś i teraz zapewne leży na podłodze. On sam leżał na łóżku a nad nim pochylała się Tifa przysłaniając tym samym swoimi ciemnymi włosami rażącą lampkę. –Znowu miałeś koszmar?

-Tifa. To nic. Nie przejmuj się. – Podniósł się do siadu i przeczesał włosy z cichym westchnięciem. Ciągle ten sam sen. I zawsze kończył się tak samo. I na dodatek Geostigma paliła niemiłosiernie. Tak, nawet Strife musiał znosić to brzemię. Pulsujące znamię, które z każdym dniem skracało jego żywot i sprawiało ogromny ból. – Jak się czuje Denzel?

-Lepiej niż ty. – Odparła i podała mu szklankę z wodą. –Jesteś strasznie samolubny. Dlaczego nie porozmawiasz z nami? Będzie Ci lepiej.

-To nic nie da. –Wypił wodę i odstawił szklankę na szafkę tuż przy łóżku. – Sam musze się tym zająć.

-Pamiętaj, że to Twój dom i masz, dokąd wracać…

-Mój dom był w Nibelheim, to jest kryjówka. –Wstał powoli i wyjrzał za okno. Zachmurzone niebo było dziś wyjątkowo spokojne, nie dało się wyczuć tej złowrogiej aury, która panowała zazwyczaj. –Coś mi tu nie pasuje. Wychodzę! – Po chwili już wyszedł z domu i podążył w stronę miejsca, które przypominało mu o jego przyjaciółce Aerith. Na miejscu spodziewał się doznać jakiegoś olśnienia? Sam nie wiedział czy to poprawne określenie. Niewielka, ale pełna kwiatów świątynia, którą obrócono w ruinę. A po środku stała postać a raczej dwie?

-Jak zwykle chcesz sam uratować świat prawda Cloud? – Powiedział duch Zacka z tym swoim optymistycznym uśmiechem.

-Głu-pek.. Zacznij polegać na innych. Masz wokół siebie niezwykłych ludzi. –Szepnęła Aerith a raczej jej niematerialna postać. –Sam nie dasz rady.

-Wiedziałem, że się pojawicie. –Szepnął czując ucisk w gardle i ukłucie w okolicy serca. –Mam wyrzuty sumienia. Czuję się winny. Poza tym nie chce ich narażać. Straciłem was i więcej na to nie pozwolę…

-A, co da im Twoja śmierć bałwanie? –Wrzasnął nieco poirytowany Zack. – Bez nich nie dasz rady i weź sobie to do serca. Myślisz, że bez ciebie będzie łatwiej?

-Szukałem rady, ale nadal mam mętlik w głowie.

-Cloud! On tutaj jest! Sephiroth! – Jęknęła dziewczyna I chwilę później obie zjawy znikły a zamiast nich przed blondynem stał wysoki srebrnowłosy mężczyzna.

-Witaj Cloud.. – Nie miał nawet okazji, żeby wyciągnąć miecz a napastnik już złapał go za gardło i przycisnął do filaru. – Stęskniłeś się? Bo ja bardzo!

-Wiedziałem, że jest za cicho! Ghaa.. –Dostał mocno w brzuch i gdyby nie stanowczy uchwyt zapewne zgiąłby się w pół.

-Jak się ma Geostigma? Mam nadzieję, że nie daje Ci spokoju. –Owiał twarz Clouda swoim oddechem i przybliżył się nieco tak, żeby było go dobrze słychać zwłaszcza, gdy ściszył głos. – Dziś wyjątkowo nie będę starał się Cię zabić. Mam ochotę na nieco inną grę.

- C-co masz na myśli? - Powiedział z trudem, bo nie łatwo cokolwiek z siebie wydusić, gdy jest się po prostu duszonym. Wiedział, że Sephiroth nie będzie się z nim cackać, nie jest to osoba takiego pokroju. Cloud czuł jak powoli mrowieją mu palce u rąk i nóg. Jeśli tak dalej pójdzie to straci przytomność. Cholera!

- Nie masz takiego wrażenia, że najwyższa pora nieco przystopować? Co powiesz na chwilę zapomnienia były soldier? Nie chciałbyś przynajmniej przez kilka chwil nie czuć geostigmy i jej trucizny, która wypala twoje serce? Mogę zahamować jej rozwój. Musisz jedynie...

Cloud złapał za miecz i zamachnął się, co zmusiło Sephirotha do uniku a co za tym idzie, do puszczenie w końcu szyi blondyna. I wszystko byłoby jak najbardziej po myśli Clouda gdyby miecz skierowany w stronę srebrnowłosego nie uderzył w filar, który momentalnie przełamał się i zwalił prosto na Strife'a. Oczy przysłoniła mgła a on stracił przytomność i ostatnimi słowami, jakie usłyszał były: "Musisz mi się jedynie oddać." Głowa bolała niemiłosiernie i najgorsze było to, że dał się znokautować przy Sephiroth'cie... Właśnie! Przecież miał wtedy idealną okazję do zabicia Clouda. To znaczy, że nie żyje? Blondyn bardzo powoli otworzył ciężkie powieki. Nie wiedział gdzie jest, ale po chwili zdał sobie sprawę z tego, że jest nagi i jedynie okryty jakimś kocem w pasie. Leżał na jakiejś zimnej płycie a pomieszczenie, w którym się znajdował zdawało się być jakimś laboratorium? Po dłuższym namyśle blondyn doszedł do wniosku, że jest to właściwie wielki pokój a dziwne naczynia i typowo laboratoryjne urządzenia stanowią jego niewielką część. Dostrzegł nagle coś, co całkiem przekonało go gdzie właśnie się znajduje. Nad niewielkim kominkiem wisiał obraz przedstawiający kobiecą twarz z niewielka tabliczką, na której widniał napis: „Jenova”

-Widzę, że odzyskałeś przytomność. – Jak bardzo Cloud nie chciał usłyszeć tego głosu. Niestety w drzwiach tuż obok wielkiego alembiku stał Sephiroth. – Nie ruszaj się lepiej. Kawał filaru zwalił się na witraż i kawałki szkła powbijały się w Twoją lewą nogę, jeszcze wszystkich nie wyjąłem.

Faktycznie ból w głowie i teraz dopiero poczuł to samo u dołu swojego ciała. – Czemu mnie jeszcze nie zabiłeś? Miałeś idealną okazję. Ugh.. – Syknął z bólu.

-Nie mam ochoty Cię zabijać. Nie teraz w każdym razie. –Podszedł do blatu, na którym leżał Cloud i obniżył go nieco. Uśmiechnął się nikle i przesunął dłonią od ramion blondyna aż po podbrzusze zatrzymując się na udach. – To jak Strife? Zabawimy się?

-Ty mówisz serio? Ach.. –Srebrnowłosy zacisnął dłoń na kroczu Clouda, który jęknął głośno. Co to ma być? Jasne walka to coś normalnego, ale seks? Seks z wrogiem?

-Jestem jak najbardziej poważny, mogę Ci obiecać, że Geostigma da Ci spokój. Chwilowo. Nie będziesz odczuwał bólu. –Zaczął pocierać palcami twardniejący członek leżącego. –Heh podoba się prawda? A będzie jeszcze lepiej. Wiesz Geostigma czasem jest bardzo przydatna. – Cloud po chwili jakby nieco osłupiał? Zupełnie jakby został poddany hipnozie. – Bardzo dobrze działa, jako środek otumaniający. – Nie czekał ani trochę na jakikolwiek znak, zdjął szybko ubranie i pochylił się nad blondynem składając na jego ustach delikatny pocałunek, który Cloud odwzajemnił. Nie był wcale nieświadomy tego, ale czuł się jakby ktoś go potraktował mocnym afrodyzjakiem. Wszystko, co wydawało mu się chore teraz wręcz chciał tego więcej. Każdy dotyk, pocałunek, najmniejsza pieszczota dawała mu niewyobrażalną przyjemność. –No i jak Cloud? Powiesz mi czy chcesz tego samego, co ja?

-Chce.. – Westchnął i spróbował nawet usiąść, w czym pomógł mu srebrnowłosy. Musiał być ostrożny, bo lewa noga chłopaka nadal była pokaleczona. Blondyn jakby o tym zapomniał zamiast tego bardzo chętnie połączył ponownie ich usta w dużo bardziej śmiałym pocałunku. Sephiroth objął go w pasie jedną dłonią a drugą dalej pocierał intensywnie jego krocze. Cloud dość niepewnie dotknął ręką członek srebrnowłosego, ale ten miał lepszy pomysł. Stanął bliżej chłopaka i ujął ich oba penisy pocierając je o siebie. Pocałunki stawały się coraz bardziej zażarte a języki badały wnętrze ust jednego i drugiego.

-Mmm widzę, że już się nakręciłeś.-Szepnął z rozbawieniem. – Cloud połóż się. – Blondyn ułożył się na blacie, ale tak żeby pośladki były na samym krańcu. Sephiroth wsunął palce w wejście młodszego, który jęknął głośno i jakby nieco wrócił do rzeczywistości.

-Z-zostaw!

- O nie… nie mam zamiaru! – Zaczął gwałtownie rżnąć chłopaka samymi palcami, na co ten reagował krzykami i próbami ucieczki, na które nie pozwalał starszy. –Uspokój się a przestanie boleć. – Odparł i rozchylił bardziej uda partnera. Palce rozciągały jego wejście, zginały się w środku i drażniły wrażliwe ścianki wnętrza.

-Boli. – Jęknął Cloud czując jak po policzkach spływają mu gorzkie łzy.

-Znosiłeś gorszy ból. – Przypomniał mu i wyjął swoje palce zastępując je momentalnie penisem.

Ku zdziwieniu blondyna ból ustał i zastąpiło go przyjemne odczucie wypełnienia. Jęki nie były już bolesne, lecz rozkoszne i proszące o jeszcze. Sam począł poruszać biodrami wychodząc mężczyźnie naprzeciw bądź zaciskał pośladki na jego penisie, aby dodać Sephirothowi więcej przyjemności. Seks z bolesnego doznania przemienił się w istny wulkan ekstazy i emocji, oczywiście tych pozytywnych.  –Jeszcze…! – Westchnął Cloud i po chwili jego prośba została spełniona, bo ruchy starszego stały się gwałtowne, niemal brutalne, ale za to bardzo dokładne oraz niosące za każdym razem niesamowitą falę rozkoszy. Sephiroth pochylił się nad nim i połączył ich usta w namiętnym pocałunku, co chwila podgryzając z zadowoleniem dolną wargę chłopaka. Blondyn nie potrafił ukryć emocji, które w tej chwili nim zawładnęły. Kiedy jednak srebrnowłosy trafił w jego czuły punkt ten ledwo powstrzymał się przed krzykiem i momentalnym dojściem. Seks trwał i zdawał się nie mieć końca. W końcu Cloud stracił przytomność z wycieńczenia, chwilę później Sephiroth doszedł, ale zamiast wewnątrz spuścił się na brzuch młodszego. Nie dawał po sobie poznać, że również był wykończony. Pogładził jedynie blondyna po włosach i westchnął.

-Wielka szkoda. Bardzo Cię kocham Cloud, ale nasza przyszłość została spisana dawno temu i nie wróży niczego dobrego. –Ucałował jego czoło. – Może w innych wcieleniach dadzą nam szanse na odrobinę szczęścia.

-Zawalczymy o To. – Powiedział sennie Strife i oddał się w objęcia Morfeusza.

środa, 27 lutego 2013

Parodia

/Hej kochani, jak widać dzisiaj wyjątkowo pojawiła się notka One-shot.. Ale nie mojego autorstwa. Shady-chan wysłała nam swoje opowiadanie i postanowiłam ten kabaret tutaj zamieścić. Moje zdanie na ten temat poznacie na samym dole notki. Zapraszam do czytania. (Spiszcie lepiej testament. ) a ja ide sie napić O_o

 Eminem x Kyo (Tak, nie przesłyszeliście sie XDDDD)

/Taak tutaj zua i niereformowalna panna Shady z wybujałą wyobraźnią. Ale skoro jedziemy, to na całego! To chyba najbardziej pojebany fanfik ever, ale przecież to cała ja <ok> Generalnie to te takie gwiazdki typu oo "***" oznaczają, że przechodzę z narracji Kyo, czyli tej takiej nudnej i lamerskiej do narracji Slima, czyli tej wycziliowanej i zajebistej (Pewnie byście się, nie skapli, ćwoki jedne) Anywayyy, życzę (nie) miłego czytania~!/



-Gramy koncert w Chicago- oznajmił ni stąd ni z owąd Kaoru wkraczając do sali prób i prostując sie dumnie, niczym jakieś arcydzieło Fidiasza. A ten co myśli, że Zeus?!  Kyo tylko pokręcił głową dalej dumając nad kartką papieru, na której widniał tekst, a bynajmniej POWINIEN widnieć, gdyż wokalista ostatnio nie mógł napisać ani słowa z ładem i składem, które to kupy by sie trzymało. Blokada psychiczna? Super, jeszcze tego mi było trzeba, witam w moim kolorowym życiu. Pomyślał Nishimura, natomiast na głos zdobył się tylko na ostentacyjne ziewnięcie.

-Z dnia na dzień załatwiłeś nam koncert w Chicago... Coś mi tu śmierdzi Niikura- wokalista wstał, obszedł lidera w kółko i uśmiechnął się nikle. - Nie, cofam, to jednak ty powinieneś zacząć sie myć.

-Kyo...-Kaoru już miał się zamachnąć, ale Die powstrzymał go jednym płynnym ruchem. Wokalista bynajmniej nic sobie z tych liderowych wybuchów nie robił, a raczej uradowany był faktem, że tylko on w tym zgejowaciałym zespole utrzymuje się na pozycji heteryka. Często się przez to wymądrzał i dogadywał innym, co też nie przydawało mu sympatii, ale szczerze powiedziawszy miał to w dupie. /Juhhhuuu szaleję sobie po własnym opowiadaniu! Boże, dobra, zamykam się, sdgfvdsfghydsfg/

Toshiya i Shinya tylko pokręcili głowami, oboje zarumienieni gdzieś tam w kącie. Ćwoki jebane, niech się schowają za tę perkusję lepiej. Pomyślał Nishimura i popatrzył na wciąż pustą kartkę.

-Pakujcie się, jutro o świcie wyruszamy.- zakomenderował lider i rzucił przelotnie okiem na to, co wokalista tak skrzętnie dzierżył w ręce. -Ach, Kyo mam nadzieję, że napisałeś już tę piosenkę. Byłoby szkoda gdybyśmy..gdybyśmy musieli zatrudnić kogoś innego od pisania tekstów.- mruknął Kaoru i spojrzał z wyższością na Daisuke.

No kuuurwa, tego już Nishimura miał serdecznie za wiele. Ktoś na jego miejsce? do pisania tekstów? A pffff, niech sobie znajda kogoś równie elokwentnego. Jak nikt Kyo nie chce w zespole to sam "se" będzie grał, a co. Westchnął zrezygnowany, po czym powlókł się do pokoju i opadł na swoje łóżko



*** /pamiętajcie, skapnijcie sie, niedoroby społeczne!/



Jego dłonie się pocą. Słabe kolana. Spójrz tam, właśnie zwymiotował na swój sweter, spagetti mamy....

Na łóżku w obszernym pokoju hotelowym leżał mężczyzna z ampułkami leków w obu dłoniach. Przez nikła szparę w kotarach docierały pierwsze promyki słońca. Marshall zmrużył oczy na ten widok. Nie był gotowy by wyjść na scenę, udawać przed fotoreporterami, dziennikarzami i tłumami fanów.  Jego życie pełne było gówna, w które elokwentnie i wyczuciem sam wdepnął. Nie wiedział jak z tego wyjść. Czy było aż tak źle? smierć  Proofa  /członek D12, Ćwoki/ też nie przyczyniła się do jego lepszej kondycji psychicznej

W dodatku ta suka. Ta blond zdzira, która chciała mu odebrać prawa rodzicielskie... Przecież Hailie była jednym, co mu pozostało. Jego promyczkiem rozświetlającym mroczną drogę, po której dane mu było podążać.



-SLIIIIM, SLIIIIIIIIIIIM!!!!!!

-Co kurwa, pali się? – Marshall, zmuszony opuścić bezpieczną krainę snów i lekarstw, nie ukrywał swojego niezadowolenia z zaistniałej sytuacji. Zobaczywszy nad sobą zwały tłuszczu w postaci Kunivy, ziewnął ostentacyjnie, zaraz też pokazując mu środkowy palec.

-Możesz mi possać.

-Dobra, dobra Rabbitt. Z takim tekstem to do dziwki. Aaa, nawiasem mówiąc ta wczorajsza, którą mi poleciłeś to była.Ach..mrrr, no gdzie myśmy tego nie robili! Na kanapie, pod kanapą, pod drzwiami, na drzwiach, w…

-Kuniva, czy ty się dobrze czujesz?

-Tak czemu, pytasz?

-To na chuja rozprawiasz mi tutaj o swoich podbojach seksualnych?- Eminem klepnął się ręką w czoło. Fakt faktem, ową panią swojemu puszystemu przyjacielowi sam polecił, jednakże sam również miewał z nią do czynienia tam i ówdzie i..cóż seks z nią to była istna zoofila.

-Ach no tak, w końcu ja tutaj po coś przyszedłem! –Wykrzyknął Kuniva i całym swoim ciężarem usiadł na łóżko, które jak sprężyna jedną stroną podniosło się do góry, a Marshall niemal uderzył głową o sufit.

-Ja pierdolę, myślałem, że z Bin Ladenem, to sprawy dawno załatwione, a ty jak widzę bawisz się w nowego proroka i likwidujesz najbardziej wpływowych ludzi tego świata, zaczynając ode mnie!- raper zeskoczył z łóżka, naciągnął na siebie dres, połknął garść leków i zwrócił się w stronę przyjaciela.- No dalej, oświeć mnie Watsonie.

-No wiesz..-Kuniva przełknął kawałek bekonu, który znajdował się na stole i zaczął go mleć językiem.- Z funduszami u nas ostatnio kiepsko…Kryzys, bieda, notowania na giełdach idą w dół, dziura ozonowa się powiększa, kolej strajkuje, feministki się buntują..

-Stary do czego ty zmierzasz, co?

-Do tego, że nie ma kasy na suport?

-Kurwa, jak to nie ma kasy na suport?!- Marshall uderzył pięścią w stół.- Lubię jak ktoś ich najebie i podjudzi zanim ja wyskoczę i olśnie ich swymi rymami, i co teraz?

-Ale, ale..to się szanowny kolega wcale nie martwi!

-No jak to nie martwi, jak to nie martwić się mam?!

-No ale się kolega nie martwi, w porządelku czyścisielku jest wszyściusio.

-Kuniva,, czy ty ćpałeś o ósmej rano? Gandzia ci w głowie najebała, czy może strptizereczka wyciuchciała z ciebie za dużo spermy?

-A gdzie tam, chodzi mi o to, że mamy tani suport, z Japonii!

Slim zachłysnął się pepsi, którą właśnie pił, tak iż na idealnie białej wykładzinie, powstała już niezbyt idealna, czarna plama. –Z Japonii?

-Ano z Japonii!- pokiwał twierdząco głową Kuniva. – Dre ich zaprosił! Swoje chłopaki, pięciu ich. A się nazywają..A niech mnie no poczekaj, bo żem se zapomniał!

-Chyba „sobie”.

-Nie, „żem se”!

-Kurwa…

-Ach, no..tak Rid Ne YerG

-???????

-Nie, nie czekaj, to szło inaczej!

-A więc?

-Grey En Dir…nie nie czekaj jestem pewien, że En dir Grey, no w każdym bądź razie coś tam z tym szarym kolorem!

-Posłuchaj, dla mnie mogą być nawet Gay zamiast Grey, byleby umieli rapować.

-Emm, tak, tak jasne.

-Kuniva!

-Tak?

-Co oni grają?

-Aaa no jakiegoś tam hard metala!

-Ja pierdolę….



*********************************

/uuuf, ażemsiezmachała!/



W samolocie jak zwykle było ciasno, zimno i cuchnęło zdechłą rybą. Ach, nie, przecież to Kaoru się nie myje. Kyo pokiwał twierdząco głową i odwrócił wzrok od okna, które zresztą nic ciekawego nie pokazywało, do reszty zespołu. Shinya, akurat nakładał makijaż. Ja jebię, ciekawe gdzie sukienkę zgubił, pomyślał od razu wokalista. Odwrócił więc zaraz od perkusisty wzrok i powędrował nim dalej. Daisuke chrapał w najlepsze. Kyo najchętniej tak zatkałby mu tę mordę czymś na wieki. Toshiya grał na gameboyu, co chwile siarczyście przeklinając, bo mu się poziomu przejść nie udawało. Ćwok jebany, Tooru by go już przeszedł wzdłuż i wszerz 23453453245 razy. Ale..ale przecież był skromny! A Kaoru? Kaoru psikał się dezodorantem. Co za ironia. Kyo nie wiedział, czy ktokolwiek produkował dezodoranty o zapachu zdechłych ryb, ale jak tak, to on się tam kiedyś do tej fabryki przejdzie i już on sobie tam z nimi pogada. Już Lady Gaga i jej perfumy o zapachu spermy zdawały się być lepsze. Hmmm, a może by tak? Wokalista natychmiast pokręcił głową, odpędzając tym samym myśl o sobie skaczącym w pierwszym rzędzie chórku Geramotty, która przyszła mu do głowy.

Niebawem wylądowali w Chicago. Wypełzli z samolotu, a Kyo ostentacyjnie powoli schodził na dół.

-Zachowujcie się szczury lądowe!

-Nie jesteśmy na statku, Kyo…

-Spierdalaj Terachi, bo ci się kiecka podwinie.
Po wymienieniu wzajemnych „uprzejmości” na lotnisku, udali się do hotelu. Tam natychmiast upakowali się w salonie pokoju Lidera.

-No dobra Kaoru, zdradzisz nam w końcu tę tajemnicę? – dociekał Die.

-No właśnie, właśnie! – piskliwym głoskiem dochodził Shinya.

-Ser….-wyszeptał Toshiya.

-Co kurwa?- wykrzyknęli wszyscy,

-Ano, zgłodniało mi się od tej gadki.- wzruszył ramionami basista.

-Ja jebię- mruknął Nishimura i odszedł w najdalszy kąt pokoju, by oglądać widoki  z okna.

-A więc przywiodłem was tutaj…

-…dziatwo droga onżdy w moich czasach nie pierdoliło się chorężem zawżdy ogłaszało wszystko naprędce by trubadurzy i wokaliści mogli zasięgnąć lica snu, kurwa- wyrecytował Kyo, znów dogryzając liderowi.

-Dzięki, Kyo, twoja znajomość średniowiecza powala! Ignorując naszego przyjaciela i przechodząc do sedna, koncert mamy. Suport. Przed mega ważną osobistością- uśmiechnął się nikle Lider.

-Britney Spears! – wykrzyknął Die.

-A gdzie tam, Miley Cryus! – krzyknął Shinya.

-Seeer?- dodał swoje niepewnie Toshiya.

-Lana Del Rey?!- wokalista musiał oczywiście dodać coś swojego. A Lana niezła dupa, jakby ją tu spotkał, toby się nie pogniewał.

-Nie Die, Nie Shinya, idź coś zjeść Toshiya, i nie Kyo, chociaż ona i też tutaj będzie- oznajmił Kaoru.- Zagramy jednak suport przed…

-Przed? – rzekł Shinya, obgryzając z nerwów paznokcie.

-Przed?- powtórzył Die.

-Ser?- wciąż powtarzał Toshiya.

-Ki chuja on ma z tym serem, ee, to znaczy się przeeed? – dodał ironicznie Kyo.

-EMINEMEM.

-Co kurwa?

********************************************

Woklaista szybkim krokiem opuścił pokój Lidera. Szedł przez hotelowe korytarze, nie patrząc przed siebie, z wzrokiem wbitym w ziemię, kopiąc wszystko co napotkał na drodze, włącznie z obsługą hotelową.  Jego zespół! Jego supemroczny zespół miał się poniżyć i grać przed jakimś raperzyną? Po jego trupie! Może  dla innych to była szansa na większą karierę jednak dla niego, po prostu żenada. Jak mogli, jak mogli, jak oni mogli….

Szedł uczepiony tej myśli, gdym wtem dobił do jakiegoś mężczyny, dużo zresztą od niego wyższego.

-Ja pierdole, ciebie też skopać?- mruknął Kyo.

-O nie, kurwa już te Japońce tu są…- Eminem udał, że przykłada sobie pistolet do skroni.

-O proszę, proszę, kogo my tu mamy- wymruczał wokalista.- Pan Marshall Mathers Eminem Slim Shady B Rabbit Więcej Imion Się Mieć Kurwa Nie Dało?

-Rainman.

-Co?

-Zapomniałeś o Rainmanie, Stary- wzruszył ramionami Slim.- Oho, widze, że Ty masz takie same podejście do tego gówna zwanego supportem jak i ja.

-Mhm. Ja tak, reszta zespołu niekoniecznie.

-Bo jestem swój gość i na mnie lecą!

-Nie, bo jesetś pedałem, ale masz hajs, a oni go chcą.

-Jak moja była żona.

Kyo mimowolnie się zaśmiał. Zwykle rzadko to robił, ale w tym człowieku zauważał wiele podobnego. Jakby rozmawiał z samym sobą. A właściwie z wyższą wersją siebie. Nawet nie zauważył, kiedy razem z Eminemem wybrali się na piwo.

-A więc zdzira chce ci odebrać dziecko? – spytał się wokalista nachylony nad trzecim już kuflem.

-Po jej kurwa trupie.- odparł raper.- A więc Kaoru śmierdzi rybą, co?

-Ach, tak, no nie da się wytrzymać.- Kyo mimowlolnie parsknął śmiechem. Dobrze czuł się w towarzystwie tego mężczyzny. Lepiej niż w czyimkolwiek z zespołu. Eminem czuł to samo. Zwykle nabijał się z facetów, ewentualnie chodził z nimi na dziwki. Z tym Japońcem, znaczy się z Kyo, było inaczej. Z nim nie miał ochoty iść na dziwki Z nim..Slim  pokręcił głową, zastanawiając się jak taka absurdalna myśl w ogóle mogła mu przyjśc do głowy.

-Coś się stało? – przechylił głowę Nishimura, widząc, że tamten od dłuższego czasu nic nie mówi.

-Mówią, że milczenie jest złotem.- Marshall puścił mu perskie oko. Boże, on to naprawdę zrobił! Kyo jednak bynajmniej nie wyśmiał go, a nawet zdobył się na nikły uśmiech. Slim nawet nie zauważył, kiedy jego dłoń powędrowała na dłoń Japończyka. To stało się tak po prostu, ot, impuls, który zmusił go do działania.

Gdy Kyo poczuł na sobie dotyk dłoni tamtego, nagle coś zaczęło w nim płonąć. Niemożliwe, przecież..przecież on był hetero! Eminem zresztą też. Dwaj normalni faceci wybrali się na piwo. Tak, tak. Zaraz, zaraz. Dwaj normalni faceci raczej się nie całują. Jednak oni się całowali. Nawet nie wiedzał kiedy znaleźli się w pokoju hotelowym wokalisty. Dla Marshalla nie liczyło się teraz, to co robił.Żył tą chwilą. Żył Kyo, którego trzymal w ramionach. Z namszczeniem pozbywał go ubran. Wokalista nie pozostawał mu dłużny. Odwzajmniał każdy pocałunek, każdą pieszczotę. Niebawem padli na łożko, zatopieni w miłości. Pogrążeni w ekstazie i myślący tylko o sobie. Niebawem Nishimura, z wprawą pchnął Slima głębiej w pościel. Nie miał pojęcia, że tak dobrze będzie wiedział, co ma robić..a jednak. Wszedł w niego jeszcze głębiej i mocniej. Razem unosili się ku spełnieniu. Opadli na siebie dysząc, gdy wtem..

-Cześć Kyo przyniosłem Ci ser…O KURWA MAĆ JA PIERDOLĘ!!!!!!!!!!!!!!!!!- Toshiya był tak blady na twarzy, jakby kolorytem cery chwilowo zamienił się ze swoim ukochanym serem.

-Toshiya, bierz ser ,Kyo, i idziemy na pró…..BUDDO COŚ JAPONIĘ PRZEZ TAK LICZNE WIEKI..-Kaoru, wziąl ser i próbował nim sobie z kolei zasłonić oczy.

-Eej, faktycznie, jedzie rybą.- wydukał Eminem, obejmując Kyo, jakby chciał go obronić przed wszystkim

-No i co, gdzie ta próba..?

-Shinya, nie wchodź tu!- wrzasnął Kaoru, jednak było już za późno Shinya, a zaraz za nim Die, również znaleźli się w pokoju. Zapadła krepująca cisza, spośród której czuć było tylko zapach sera i Kaoru. Zespoł patrzył na kochanków. Oni na zespoł.

-Kyo ja rozumiem..ale…ale…żeby z naszym…pracodawcą,…..no…-Kaoru próbował odzyskać pozycje władczego lidera, ale w tej sytuacji niełatwo mu to przychodziło.- Panie Marshall…ja pana przepraszam, noo….no…no…..ja…..ja abydkuję jak Benedykt!!!!..Shinya zostajesz nowym liderem, dalej, powiedz coś.

-A-a-ale, czmeu ja?!- perkusista wachlował się, by nie zemdleć.-Ja, ja, ja nie wiem co powiedzieć!

-Ale ja wiem! – cała szóstka odwrócił a się na dźwięk donosnego, pięknego, zmysłowego, kobiecego głosu. Oto sama Lana Del Rey stała w drzwiach do pokoju i uśmiechała się przyjaźnie.- a więc ten, kto przemówi zsotanie nowym liderem? Przygotuj się więc Kaoru, bo mam dużo do powiedzenia. Kyo i Marshall nie zrobili nic złego. Obserwowałam ich jak i was od dłuższego czasu. Widzaiłam jacy wy, gołąbeczki, dla niego byliście, a jaki dla niego był Slim. Bez dwóch zdań ci dwoje nie zrobili nic złego. Bez dwóch zdań, coś między nimi iskrzy, bez dwóch…

-Eee tam iksrzy, od razu, cześć Lana, jesteś wolna dziś wieczorem?- Kyo próbował niezdarnie nałożyć bokserki i do niej podejść, Lana jednak wybuchnęła perlistym śmiechem.

-Uroczy jesteś maluszku, ale i ja i ty mamy już swoją miłość, więc teraz chłopcy- tu zwróciła się do reszty zespołu.-zostawmy ich samych.

I tak Kaoru, Shinya, Die, Toshiya, ser i Lana Del Rey, zostawili Kyo i Eminema samym sobie.

-No a teraz próba chłopcy, myśleliście, że was ominie?!

-Jasne Kaoru! – rzucił Shinya.- Eee, zaraz, Kaoru, czemu ty gadasz babskim głosem? Ooo, to ty Lana.

-Jasne, że idziemy.- Toshiya wraz z serem, przysunął się do Lany, po chwili to samo zrobił Daisuke jak i Shinya.

-Jesteśmy twoi!- wykrzyknęli chórem.

-Moje aniołeczki.- zaśmiała się.

-Zaraz zaraz, aaa..a co ze mną?!- wrzasnął Kaoru.

-No nie wiem kochanie, może pograj w makao, czy coś?- odparła Lana.- Chodźcie chłopcy, chodźcie. Hmm, czy wy też zauważyliście, że strasznie tutaj śmierdziz zdechłą rybą?



/I jak? Bo mi się skończyły chusteczki, płakałam ze śmiechu jak głupia XD MAM OCHOTĘ NA SER!!!!!
Lydia Land of Grafic