piątek, 27 września 2013

Rozdział XXI (bonus) Ach te małżeństwa.

Przyjemne ciepło, jakie dawała aksamitnie miękka pościel ogrzewało ciało blond chłopaka, który wtulał się z uśmiechem w poduszę. Piękny sen, który miał nadzieję nie zniknie tak szybko jak się pojawił okalał zmysły śpiącego niczym erotyczna mgiełka rozkoszy. Śnił o ostro zarysowanej sylwetce, widocznych mięśniach, szerokich ramionach, delikatnych i zarazem dużych dłoniach. To wszystko składało się na jego idealnego mężczyznę. Nagle Colin poczuł jak ktoś składa na jego karku delikatne pocałunki, palce pieściły jego skórę a ciepły oddech owiewał jego kark dając poczucie rozkosznego ciepła.

-Kochanie, wstawaj. Dzieci same sobie nie zrobią śniadania!

-Mmm już, już, jeszcze tylko pięć minut… Zaraz. Jakie Dzieci? –Colin momentalnie otworzył oczy. Obok niego siedział Shigon w swoim czarnym szlafroku, uśmiechał się lekko z resztą tak jak miał w zwyczaju. Gdyby nie fakt, że właśnie wspomniał coś o dzieciach blondyn na pewno tak szybko nie uciekłby z sypialni. Od razu pomknął do pierwszych drzwi na prawo gdzie była łazienka, a raczej powinna być łazienka, ale jak na złość jej tam nie było. Wszedł do jasnego pokoiku z trzema małymi łóżeczkami, przy ścianie stała ogromna szafa z różnorakimi zabawkami. Skąd to wszystko tu się wzięło?

-Colin.-Shigon stał za swoim kochankiem obejmując go w pasie. –Może dziś podczas karmienia podzielisz się mleczkiem? Hmm?

Gdzieś w sąsiednim pokoju słychać było dziecięcy płacz. Z każdą chwilą stawał się głośniejszy i głośniejszy. Boże skąd wzięły się te dzieci?
-A jak tam nasza czwarta pociecha? –Spytał niski głos i po chwili na brzuchu jeszcze bardziej zszokowanego chłopaka pojawiły się dłonie partnera.

-Nieee!!! –Zerwał się z łóżka oblany zimnym potem, czuł na ciele dziwne dreszcze. Boże ten sen był taki chory, trzeba odstawić słodycze, jak jeszcze kiedyś Yuki namówi go na batony z likierem to chyba osobiście wybije mu z głowy wszelakie puste kalorię.

-Zły sen? –Kochanek siedział obok niego. Włosy, które ściął rok temu powoli zaczęły odrastać. Śmiesznie teraz wyglądał, ale z małą pomocą Colina udało się ujarzmić tą czuprynę.

-Okropny. Śniło mi się, że mieliśmy trójkę dzieci. –Westchnął przecierając dłonią spocone czoło.

-To faktycznie straszne, ale i biologicznie niemożliwe, więc nie musisz się bać, że kiedyś zajdziesz w ciążę. W sumie to już tyle razy się pieprzyliśmy, że gdyby to było możliwe właśnie tonęlibyśmy z morzu pieluch naszych licznych pociech. –Uśmiechnął się i wstał.

-Masz dużo pracy? –Spytał Colin z szerokim uśmiechem spoglądając na swoją dłoń, na której znajdowała się obrączką. I pomyśleć, że minęło tyle miesięcy od dnia ich zaślubin.

-Trochę tego mam, ale raczej mi nie pomożesz. Papierkowa robota nie należy do najprzyjemniejszych. -Zdjął szlafrok ukazując swoją umięśnioną sylwetkę, boże ta klata i szerokie ramiona, no po prostu brać bez zastanowienia tu i teraz.

(*q*)
-Colin ślinisz się?

-Hę? Ach, nie. –Otarł szybko usta, na co Shigon uśmiechnął się i podszedł do swojego kochanka od razu pochylając się nad jego ciałkiem.

-Czyżbyś miał chcicę? –Spytał i od tak położył dłoń na kroczu młodszego. Colin troszkę wyrósł przez ten czas, nie był już tak dziecinny. Teraz był wyższy i mimo, że nadal mizerny stał się jeszcze bardziej ponętny i seksowny. Nawet jego przyrodzenie nie było już takie drobniutkie jak kiedyś. –To Coś w twoich bokserkach wyraźnie domaga się uwagi.

-To Coś, nie słucha mojego mózgu i nie mam na To wpływu. –Westchnął bezradnie czując jak policzki przybierają kolor dorodnych pomidorów.

-Ja tak tego nie zostawię. – Zaśmiał się i przeszedł do tej ciekawszej części łóżkowych igraszek.

----

-COLIN!-Krzyknął Yuki rzucając się na przyjaciela.-Czas na nasze cotygodniowe dzielenie się łóżkowymi przeżyciami.

-Boże, ale razy mam ci mówić, że nigdy nie dzieliliśmy się czymś takim?

-No, bo kiedy ja zaczynam to ty wychodzisz z pokoju, jak ja mam dokończyć tę pierwszą rozmowę skoro ty nie chcesz nawet jej wysłuchać? –Spytał robiąc te swoje niewinne oczęta.-A na koncie jest ich coraz więcej i więcej, no plosię!

-Yuki w tym wieku mógłbyś używać poprawnego słownictwa wiesz? –Westchnął pukając chłopca w czoło.-Czy jeśli wysłucham jednego sprawozdania z twoich łóżkowych wyczynów to dasz mi spokój? –W duchu błagał Boga, aby tak się, przeto stało.

-Hmm… No niech będzie. –Uśmiechnął się. Siedząc na łóżku rozmawiali na wiadomy temat całkiem szczegółowo. Co chwila Yuki zapominał się i nieco zbyt dokładnie opisywał stosunek, więc w takich momentach Colin wyłączał uszy i starał się po prostu myśleć o czymś innym. –To może teraz Twoja kolej?

-Ej miałeś mnie już nie męczyć.

-Oj no weź, proszę. Bo będę używał niepoprawnego słownictwa, dlaczego nigdy nie chcesz mi opowiedzieć jak ci idzie z M-ę-ż-e-m? –Dźgnął kolegę w bok.

-Gdybyś nie był tak zajęty Samem, kiedy ja i Shigon pieprzyliśmy się na łóżku obok to wiedziałbyś jak mi z nim jest. –Pokazał mu język.

-Sądząc po Twoich jękach, które słychać w niemal całej drugiej części pensjonatu, musi ci być bardzo dobrze.-Mrugnął z tym swoim niewinnym uśmieszkiem.

-CO?

-Oj no, bo wiesz, te ściany nie są aż tak grube. Raz jak wieczorem odwiedziłem pokój Mirashy i Aloysa to obstawialiśmy, w jakiej pozycji w danej chwili jesteście. Mają pokój praktycznie pod apartamentem Shigona, więc wszystko było bardzo dobrze słychać. –Spojrzał na swojego przyjaciela, który miał teraz minę jakby cały świat mu się zawalił.-Em… Colin wszystko ok?

Colin sięgnął po poduszkę i rzucił się na chłopaka od razu rozpoczynając bitwę.-Wy zboczone, nieletnie, niewyżyte bachory. W tym wieku powinniście zajmować się czymś innym niż podsłuchiwaniem i pieprzeniem po pokojach.

-Ahahahaha nie bij!!!!

-Chłopcy!!- Tom wpadł do pokoju uśmiechnięty od ucha do ucha z wyraźnym zamiarem ogłoszenia jakiegoś newsa.-Słuchajcie szef załatwił wesołe miasteczko!

-JEEEJ! –Yuki zerwał się z łóżka od razu rzucając się na szyję starszemu koledze, który upadł na podłogę. Tom musiał naprawdę się postarać, żeby ten w końcu z niego zszedł. –Wesołe miasteczko? Nigdy nie byłem w wesołym miasteczku!!

-Teraz będziesz miał okazję. –Powiedział Colin z uśmiechem.

-Nigdy przedtem szef nie sprowadziłby wesołego miasteczka na wyspę, „Blondina” masz na niego dobry wpływ.- Tom zaśmiał się i zmierzwił blond kosmyki siedzącego nadal na swoim łóżku chłopaka.

----

Dwa dni później przy pensjonacie widać było już różne kolejki i stoiska z ciekawymi grami, wszyscy chłopcy byli tak uradowani przyjazdem atrakcji, że praktycznie o niczym innym nie gadali tylko chwalili się gdzie pójdą najpierw. Jak na nieszczęście Yuki na sam koniec pozostawił Colinowi niespodziankę w formie zamku strachu!

-Colin jak stamtąd wyjdziemy to ja zamawiam kolejną watę cukrową.

-Co? Zjadłeś już chyba z trzy! Zęby Ci się w końcu popsują od tych słodyczy. –Westchnął Colin i już miał skomentować to nieco ostrzej, ale jego przyjaciel pociągnął go w stronę tego cholernego zamku strachu. Samo wejście nie zapowiadało się najlepiej, wszędzie pajęczyny, krew, trupy i kości. „MATKO W NIEBIE ZABIERZ MNIE STĄD”! Jak na zawołanie jakaś kościana dłoń cudem znalazła się na ramieniu blond chłopaka, który wrzasnął jak kobieta i odskoczył w bok. „ALE NIE AŻ TAK DOSŁOWNIE”!  Yuki wciąż się uśmiechał, szlag jak on to robi? Weszli w głąb zamku, coraz mniej im się to podobało, z każdą chwilą robiło się coraz straszniej i groźniej, nawet młodszy kolega Colina zaczął się denerwować.

-Ej, coraz mniej mi się to podoba. –Powiedział w końcu, kiedy doszli do jednej z salek i złapał się starszego za ramię. Na środku pomieszczenia stała trumna w dziwnym kobiecym kształcie. –Aaaa tylko nie to! Widziałem film z identyczną! To ta.. No! O Żelazna Dziewica!

-I niby, co siedziało w środku? –Spytał Colin patrząc na trumnę z lekką nutką obojętności.

-A, bo ja wiem? To raczej jest coś jakby maszyna do tortur..

-I, co myślisz, że ktoś z tego wyskoczy, albo ktoś nas tam wepchnie? Nie oglądałem może tego filmu, ale w sumie to dobrze. Przynajmniej nie wzbudza to we mnie takiego strachy. To, co idziemy dalej Yuki? – O_O – Yyyy Yuki? Ej gdzie jesteś? –Rozglądnął się, dookoła ale po chłopcu nie było ani śladu, kurde gdzie on się podział? – Przestań się chować, to nie jest śmieszne. Bo pójdę dalej sam i zostaniesz tutaj z tym dziwnym sarkofagiem! –Westchnął i skierował się do kolejnych drzwi, sam. Cóż, jak powiedział tak zrobił. Poza tym Yuki sam się o to prosił. Wszedł do pustego pomieszczenia. Było wyłożone cegłami, na podłodze leżało siano i trochę szmat w jednym z kątów. Colinowi to miejsce coś przypomniało. Zupełnie jak wtedy, gdy trafił do pensjonatu i zaczął się buntować nie przestrzegając panujących tam reguł. Wtedy Shigon postanowił zahartować nieco chłopaka i wsadzić go do piwnicznych lochów, gdzie miał czekać na brutalną karę. Przeczesał blond kosmyki i kucnął w jednym z kątów tuż obok poszarpanych szmat. Poczuł jak zbiera mu się na wymioty na samą myśl o tamtej nocy, kurna, po co wchodził do tego pojebanego zamku strachu. Dreszcze sunęły wzdłuż jego ciała, zimne poty lały się strugami po plecach a dłonie zaczęły drzeć jak w febrze. Pomieszczenie było klaustrofobiczne, tak małe, że izolatka przy nim wydawałaby się salonem. Poczuł jak wspomnienia wracają, jak brutalne dłonie pozostawiają na jego ciele bolesne blizny i szramy. -Shigon… -Jęknął zrozpaczony.

-COLIN! –W drzwiach pojawił się wysoki mężczyzna i od razu złapał chłopca za dłoń wyciągając go z izolatki. –Już dobrze! –Gładził dłonią jego włosy tuląc go do siebie bardzo mocno, kiedy tylko dowiedział się, że Yuki zaciągnął go do zamku strachu od razu wiedział, że może to nie być przyjemne dla ukochanego. Shigon dostał dokładny plan wszystkich atrakcji, a ten budynek i napis na jednym z pomieszczeń –„Klaustrofobia”- nie brzmiał zachęcająco. Pomimo, że kara, jaką zafundował Colinowi podniosła nieco jego odporność na ból to nabawił się dodatkowo złych wspomnień i niejakiego strachu do tak małych pomieszczeń. Chłopak milczał całą drogę do sypialni czarnowłosego. –Colin. –Szepnął Shigon klękając przed nim, gdy ten siedział już na łóżku patrząc się lekko zamglonym wzrokiem w jego twarz.

-Następnym razem Yuki idzie sam. –Westchnął w końcu chłopak i przetarł oczy swoimi dłońmi.

-Boże, ale mnie przestraszyłeś. –Starszy ułożył głowę na jego kolanach. –Następnym razem to ja Cię porwę w jakieś lepsze miejsce.

-Długo tu będzie to wesołe miasteczko?-Spytał Colin z uśmiechem, chciałby jeszcze tam pójść. No niekoniecznie do zamku strachu.

-Jeszcze dwa dni. Ale dziś już Cię stąd nie wypuszczę. –Pchnął młodszego na łóżko i gdy ten już leżał od razu wpił się w jego usta.

----

-Aaach Shigon! –Jęknął czując jak ten porusza się szybko w jego wnętrzu z coraz większa siłą. –Aj, o tu. Jeszcze! Mmm. –Przesunął paznokciami po plecach kochanka, gdy ten trafił w jego czuły punkt.

-Colin. –Złapał go w pasie i przyciągnął do siebie, dzięki czemu mógł kraść pocałunki i poruszać się w nim z łatwością. –Kocham Cię.

-Ja Ciebie… Ja też! Aaagh!

Jeszcze przez długi czas pensjonat słuchał tych jakże błogich jęków. Potem Yuki mógł pochwalić się Samowi, co kochankowie numer jeden robili w łóżku. Oczywiście Colin następnego dnia nakrył go z opiekunem w jednej z pustych klas, ale uznał, że lepiej zachować to w tajemnicy. Shigon zabrał ukochanego męża na nieco inną atrakcję, która okazała się idealna. Kto by pomyślał, że Colinowi spodoba się diabelski młyn, to chyba sprawka tego czarnowłosego przystojniaka, który w dosyć specyficzny sposób zajął się nim w wagoniku.

sobota, 31 sierpnia 2013

Rozdział 6.

-Vald został pojmany. Pojechał z poselstwem do jednego z sąsiednich królestw i wpadł w pułapkę.

----

Haru leżał w łóżku nadal mając w głowie słowa, które w sumie usłyszał parę godzin temu. Przez ostatnie parę dni był wściekły na tego napalonego księciunia a teraz najnormalniej w świecie się martwił. Nawet gorzej. Umierał ze strachu. Bał się, że jest może torturowany, lub trzymany, jako zakładnik. A co jeśli Vald się przemienił? Haruhi pokręcił głową karcąc się za takie przykre domniemani. Szlag tu trzeba coś robić.

-Drav! –Powiedział głośniej w pustą przestrzeń a po chwili tuż obok niego pojawił się przyjaciel.

-Ech to, że dałem ci magiczny wzywacz Kordelusa V nie oznacza, że będę pojawiał się na każde twoje wezwanie jak jakiś dżin. –Wytłumaczył.

-Daj spokój, chodzi mi o Valda. Trzeba coś zrobić. –Usiadł na łóżku.

-Ej spokojnie jeszcze nie doszedłeś do siebie po teście magicznym. Wiesz jak mnie przestraszyłeś, gdy straciłeś przytomność? Brat zabiłby mnie gdyby coś Ci się stało. Jedyne, co możemy zrobić w sprawie Valda to modlić się, o to by nic mu się nie stało.

-Nie chce się modlić. Chce po niego pojechać. –Powiedział całkiem pewien swoich słów.

-Co? Ale Haru to niebezpieczne.

-Nie chcesz uratować własnego brata?-Zdziwił się.

-Chcę, ale nie można od tak tam pojechać. Tu trzeba odpowiednio to rozegrać zebrać wojsko…

-Ja Ci to zaraz ładnie rozegram. –Powiedział chłopak. –My pojedziemy tam żeby się rozejrzeć. Mój utalentowany mag znowu zmieni w magiczny sposób nasz wygląd żebyśmy przypadkiem nie zostali złapani. W tym czasie Król zajmie się organizowaniem wojsk żeby odbić Valda. –Uśmiechnął się dumnie. –I jak? Podoba Ci się mój plan?

-TWÓJ UTALENTOWANY MAG JEST ZA! –Powiedział Drav jak zwykle łasy na pochlebstwa. –Ale nie wiem czy Król się na to zgodzi.

----

Vald otworzył oczy. Przez ostatnie dwa dni był, co jakiś czas wywlekany z jego lochu i poddawany różnym torturom. Co ciekawe nikt go nie pytał o plany Królestwa, w sumie o nic go nie pytali. Zupełnie jakby tortury były bezinteresowne. Robili to żeby to zrobić i już. Vald leżał na podłodze wysłanej jakimś sianem czy Bóg wie, czym. Całe plecy miał poharatane i pełne rozcięć po biczowaniu. Ze świeżych ran ciekła krew bądź widniała już skrzepnięta. Zakażenie wdało się w niektóre i skóra zaczęła gnić. Ból był nie do zniesienia. Książe wiedział, że tu pomogłaby całkowita przemiana, skóra wtedy by po prostu odpadła, ale coś tak czuł, że jego oprawcy tylko na to czekają. Nagle kraty otwarły się i do środka wszedł bogato odziany mężczyzna, delikatna zwiewna szata ciasno opinała jego ciało, czarne włosy schowane pod chustą ułożoną w nietypowy turban ukazywały się gdzieniegdzie, jako niesforne kosmyki. U pasa Vald ujrzał sporych wielkości rapier, trzewiki śmiesznie zakończone lekkim ślimaczkiem, lecz najbardziej uwagę przykuwała opaska na oku.

-Chyba nie jestem godzien by Khamir tego Kraju raczył mnie odwiedzić. –Powiedział Vald zduszonym głosem. Mężczyzna podszedł bliżej do siedzącego na ziemi więźnia i wyciągnął zza pasa bukłaczek z wodą. Młody książę nie spodziewał się, że dostanie łyka, a Król nawet o tym nie pomyślał. Sam napił się i dopiero wtedy raczył odezwać.

-Doprawdy nie sądziłem, że akurat Nocturn przybędzie tu z poselstwem. –Rzekł chłodno. –Ciekawy zbieg okoliczności. –W ułamku sekundy zadał Valdretowi mocnego kopniaka w brzuch.

Książe zakasłał krwią. –Jestem świadom tego, że wampiry zabiły jej królewską mość, ale ja nie mam z tym nic wspólnego. Porywając mnie przeważyłeś szale wojny, mój ojciec już szykuje wojska. –Wiedział, że to królestwo ma bardzo specyficzne poglądy, co do toczonych bitew. Specjalnie wyszkolone oddziały. Chłopców od najmłodszych lat kaleczono ucząc odporności na ból, świetni piechurzy i łucznicy potrafili dalej walczyć naszpikowani bronią jak jerze, krwawiąc gorzej od zarzynanego prosięcia.

-Wygrywamy każdą wojnę ta będzie niczym dziecięca zabawa. A Ciebie i tak spotka zasłużony zgon, będzie to rodzaj odpokutowania za śmierć mojej żony. Dla mnie jesteś takim samym potworem jak reszta tych krwiopijców.  –Wyjął z pochwy rapier. –Wiesz, co Nocturnie w moim królestwie panuje pewna tradycja. W związku z różnymi okazjami organizujemy igrzyska na kamiennym stadionie za miastem, sam wiesz: walki potworów, pojedynki wojowników, widowiskowe zabijanie więźniów i to ostatnie powinno Cię bardzo zainteresować. –Posłał mu pogardliwy uśmiech i wyszedł, od razu zamknęły się za nim mosiężne drzwi celi.

----

-Nie zgadzam się!

-Ale ojcze trzeba działać! Poza tym nie jedziemy tam, żeby we dwóch odbijać Valda jedziemy żeby nieco powęszyć. Przecież wiesz, że to dla mnie żaden problem. Książe Haru jest drobny i sprytny może się bez problemu dostać do zamkowych zakamarków a ja mu pomogę się tam dostać. Co za problem zmienić wygląd.

-Dravin to jest zbyt niebezpieczne. Książe Haruhi jest naszym gościem, nie mogę narażać jego bezpieczeństwa. A jeśli coś mu się stanie? Nie zamierzam psuć tym relacji z jego królestwem…

-Ale wasza wysokość. –Wtrącił się Haru. –To był od początku mój pomysł. Najlepiej jak najszybciej tam pojechać. Przecież żołnierz, który wrócił sam powiedział, że zabito wszystkich rycerzy z orszaku pokojowego wysłanego do Freidlist. Nie pojmali nikogo oprócz Valdreta. Do tej pory nie zażądali okupu, to znaczy, że oni nie mają takiego zamiaru. Prędzej czy później jego też zabiją. –Spojrzał na Królową. Siedziała po prawej stronie męża, widocznie była na skraju załamania. Oczy podpuchnięte i czerwone. Zazwyczaj piękna, uśmiechnięta teraz całkiem się zaniedbała. Włosy całkiem nieułożone diadem ledwo trzymał się na jej głowie, suknia pomięta a dłonie poranione. Bliźniaczki dały znak do Haru wskazując na świeżo zerwane róże stojące w wazonie. Widocznie Jej Wysokość chciała odreagować zajmując się ogrodem.

-Zebranie wojska powinno zająć mi niecałe dwa dni. –Powiedział król po chwili milczenia. –No dobrze. Dravin masz pilnować księcia, jeśli coś mu się stanie ty będziesz za to odpowiadać. A co z Twoim bratem książę?

-Chciałbym zachować to w tajemnicy przed Crossem. Proszę mu powiedzieć, że Drav zabrał mnie gdzieś na wycieczkę, bardzo zależy mi na tym żeby się nie dowiedział.

-Bądźcie ostrożni. –Szepnęła Królowa wstając z miejsca, podeszła do swojego syna i przytuliła go delikatnie. –Dravin opiekuj się Haruhim. –Potem spojrzała na czarnowłosego chłopca i z uśmiechem ucałowała jego czoło. –Dziękuję. Że chcesz pomóc.

http://www.youtube.com/watch?v=lc7Ke9Org9U

Od razu poczęli przygotowywać się do podróży. Drav zadbał o zmianę wyglądu z tym, że Haru dopilnował, aby nie przesadził z piersiami. Nie zamierzał znowu robić za kobietę. Zamiast tego jego włosy stały się krótsze, cera pociemniała a oczy poczerniały jak noc. Czarodziej zmienił też swój wygląd. Jego włosy zmieniły kolor na brąz karnacja pociemniała i stał się niższy.

Odpowiedni ubiór, konie, pakunki z żywnością i byli gotowi. Nie mogli pozwolić sobie na wpadkę, więc obstawa, czy nawet jeden rycerz nie wchodził w grę. Jechali sami. Zdani na siebie. Z godzinami podróży Krajobraz zmieniał się diametralnie. Wielkie żyzne pola ustępowały miejscem mniejszym, na których nie rosły już tak obfite plony, jeziora i lasy znikały a zamiast nich widać było otwarte jałowe stepy, po których biegały dzikie zwierzęta. Stada koni, morkodów, bawołów, co jakiś czas pojawiały się na horyzoncie.

-Haru mam pytanie.-Drav spojrzał na chłopca po dłuższej chwili milczenia. Chyba uznał, że zmieni temat z kultury i czarów na coś ciekawszego. –Przez ostatnie dni praktycznie unikałeś Valda. Czemu teraz tak zażarcie chcesz go ratować? –Reakcja Haruhiego była nie o tyle spodziewana, co interesująca. Książe przybrał na policzkach kolor czerwonego pomidora. –No, więc?

Haruhi przesuwał dłonią po szorstkiej grzywie swojej klaczki myśląc nad słowami Dravina. Faktycznie. Dopiero, co był obrażony na Valda za to jak się zachował w jaskini, a teraz chciał go zobaczyć. Ale to chyba normalne. Przecież bał się o niego tak samo jak reszta. Rodzina królewska zapewne prędzej czy później wpadłaby na ten sam pomysł, co książę. –Po co Ci to wiedzieć?

-Jestem ciekaw. Poza tym bez powodu na pewno nie zrobiłbyś tak wiele dla obcego mężczyzny…

-Obiecał, że będzie mnie bronić. Jak ma się wywiązać z przysięgi skoro umrze?

-Czyli chodzi ci tylko o to żeby wywiązywał się z tej obietnicy? Jakoś trudno mi w to uwierzyć. Odkąd wróciłeś wtedy z miasta dziwnie się zachowywałeś. Powiesz mi, co się stało czy mam na ciebie rzucić czar prawdomówności? –Dobrze, że Haru nie wie o tym, że taki czar nie istnieje.

Haruhi westchnął i zaczął opowiadać przyjacielowi, co się stało. Ze wszystkimi szczegółami, jak Lian odstraszył pijaków, którzy zaczęli się do niego dobierać, jak udało mu się dosiąść jednorożca, który zabrał go do pięknej groty gdzie niemal został utopiony przez syrenę. –No i wtedy uratował Mnie Vald.

-Czyli byłeś na niego zły, bo Cię uratował? –Spytał z niedowierzaniem Drav.

-Nie. Byłem zły, bo najpierw się kochaliśmy a potem powiedział, że tak czy siak nie chciałby mnie za męża.

Pech chciał, że akurat czarodziej brał łyk wody z bukłaka. Po chwili to, co miał w ustach wypluł niemal się krztusząc. –Zaraz… Wy pieprzyliście się?

-Ja tego nie chciałem. Uwziął się na mnie czy coś. Najpierw mówił o ścięciu mi włosów a potem wszystko odwołał. No to, jaki miałem mieć humor? Oczywiście, że byłem na niego zły. Głupi Valdret!- Ledwo powstrzymał łzy wzbierające w oczach.

-Haru, ale Valdret nie pieprzyłby kogoś, bo ma takie widzimisię. Zwłaszcza, jeśli ma do czynienia z kimś równie wysoko urodzonym.

-Jestem ostatnim synem, nikim ważnym.

-W naszym królestwie nie liczy się kolejność. Mimo, że pierwszy syn ma większe szanse na koronację to o tron mogą się ubiegać wszyscy synowie. W naszej rodzinie wygląda to mniej więcej tak: Lian wolałby się nie afiszować poza tym jego skłonność do kochanek przeszkadzałaby w rządach, ja chce zostać magiem, więc Królowanie odpada. Vald ma dosyć robienia za królewskiego mieszańca, więc chce spokojnie żyć bez robienia wokół siebie zamieszania. Owszem chciałby zostać Królem, ale póki, co szuka sposobu na swoją półwampirzą naturę. Bliźniaczki są dziewczętami, więc odpadają na starcie. Prędzej same zostaną żonami władców innych Królestw. Karnest jest najstarszy, więc ma największe szanse, ale wolałby dostać od ojca Królestwo Mitroj Alch i tam zacząć sprawować rządy. Jeśli mu się uda, to pierwszy do korony będzie Valdret. –Drav spojrzał w stronę horyzontu. Widać było już jasne piaski pustynne. – Haru Lubisz Valdreta prawda?

Książe milczał. Kiedy tak teraz się nad tym zastanowił całkiem oniemiał. Czy lubi Valda? Czy on go lubi? A skąd ma wiedzieć. –Boli mnie w piersi, kiedy o nim myślę.

-Czyli go lubisz.

----

-Haru! Gdzie jesteś do cholery. –Cross wpadł do sypialni brata, ale go nie zastał. –Kurwa.

-Coś się stało Książe Crossie? –Spytał Karnest akurat wychodząc z komnaty obok.

-Szukam brata. Przyszedł list od naszego ojca. –Pokazał mężczyźnie kopertę. –Nasza matka zamierza tu przyjechać. Brat pewnie chciałby o tym wiedzieć.

Karnest już otwierał usta, ale przerwały mu chórem bliźniaczki.

-Haru-chan pojechał z braciszkiem Dravinem na wycieczkę do kwiecistych ogrodów. Wrócą za parę dni. –Dziewczynki stanęły po obu stronach swojego brata. –Mama Harusia przyjedzie? Ta ładna Pani? A kiedy?

-Do tygodnia. –Głupi szczeniak zamiast mu powiedzieć pojechał samopas. Gdyby mógł już dawno odesłałby go do domu.

----

-Dobra może odpoczniemy tu trochę? –Spytał się Drav, gdy wreszcie dojechali do jakiegoś miejsca wśród drzew. Mimo, że już dawno przekroczyli granicę a piasek wchodził tam gdzie naturalnie nie powinien udało im się znaleźć kilka samotnie rosnących drzew liściastych. Może to być ich ostatnie zacienione miejsce na bardzo długi czas. Trzeba korzystać póki można. Przywiązali konie do konaru drzewa i rozłożyli koce na piasku. Drav zajął się rozpalaniem ogniska a Haru już leżał ze zwiniętym tobołkiem pod głową.

Nadal miał w głowie słowa przyjaciela. On lubi Valda? Zmrok szybko zapadł, tak jak się spodziewał noc na pustyni była strasznie chłodna. Pomimo koca, którym był okryty Haru czuł jak po jego ciele, co jakiś czas biegną nieprzyjemne zimne dreszcze. Ognisko, które paliło się magicznie podtrzymywanym ogniem nie dawało wystarczająco dużo ciepła. Chłopiec przypomniał sobie jak wtedy w jaskini Vald sprawił samym dotykiem, że jego ciało niemal się gotowało. Delikatne i zarazem gwałtowne ruchy jego dłoni sprawiały, że Haru tracił nad sobą kontrolę. Oddech przyspieszał a ciało paliło się żywym ogniem, który kumulował się gdzieś w podbrzuszu. Nie miał pojęcia, kiedy zaczął sobie sam dogadzać myśląc o tym, że ta dłoń należy do Valdreta. Smukłe palce różniły się od tych większych, którymi był dotykany parę dni temu, Haruhiemu to jednak nie przeszkadzało od wyobrażania sobie, że jest przy nim jego dawniejszy jednodniowy kochanek. Czuł jak jego męskość powoli staje się sztywniejsza, gorętsza i zaczyna pulsować czekając na finał. Wizja ciała, które teraz pochylało się nad księciem i ocierało o jego własne stawała się dokładniejsza. Ostro zarysowane mięśnie, duże silne dłonie, piękne różnobarwne oczy i fioletowe kosmyki opadające na ramiona. –Vald. –Szepnął Haru bardzo cicho niemal samemu nie słysząc własnych słów. Czuł jak dłoń porusza się coraz szybciej i szybciej doprowadzając go do obłędu w końcu doszedł po paru minutach, gdy zacisnął palce na penisie. Orgazm rozgrzał go na tyle, że spokojnie spał nie drżąc z zimna do samego rana. Wolałby chyba, żeby to kochanek doprowadził go takiego stanu, ale teraz musiał liczyć na siebie samego.  Właśnie spuścił się myśląc o Valdrecie czy to oznacza, że go… Kocha?

----

-Haru! –Westchnął mężczyzna leżąc na kamiennej płycie i brudząc swoją dłoń własną spermą. Tak bardzo tęsknił za dotykiem tego delikatnego ciała przy swoim. Chciałby go znowu spotkać przed śmiercią. Pogładzić po policzku, pocałować, poczuć jego gorącą skórę. Powiedzieć mu jak bardzo się dla niego liczy.

czwartek, 15 sierpnia 2013

Rozdział 5.

Przez kolejne dni Haru praktycznie unikał Valda jak diabeł święconej wody. Nie miał zamiaru nawet na niego spojrzeć podczas wspólnych posiłków. Wszyscy obserwowali ich w ciszy nie śmiąc nawet szepnąć cokolwiek w ich kierunku.

Pierwszy raz w życiu Haru był zły! I to nie tylko na Valdreta, zwłaszcza na siebie samego. Wyciągnął wnioski po swojej wycieczce. Pierwszym była jego bezradność, postanowił poprosić Karnesta o krótką lekcję walki. Z tego, co powiedział Drav młody książę wywnioskował, że jego starszy brat jest świetnym nauczycielem szermierki.

-Książę musisz być szybszy. – Powiedział jego nowy nauczyciel, gdy tylko Haru próbował zadać mu cios.

-To trudne. –Powiedział zmęczony dysząc ciężko. Ćwiczyli już dobre cztery godziny a efektów jak nie było tak nie ma. – Ten miecz musi być taki ciężki?

-Jesteś dosyć mizerny a miecze są wykonane dla silnych rąk. Książę a może każę wykuć dla ciebie broń lżejszą i nieco krótszą?

-Byłbym wdzięczny. Nie widzę siebie machającego tym toporem czy buzdyganem. –Kiwnął głową w kierunku stojaków na bronie.

Haru po męczącym sparingu wrócił do swojej komnaty i rzucił się na łóżko. Mimo, że minęło od jego przygody w lesie dobrych parę dni nadal czuł na swoim ciele dotyk Valda. Westchnął i po chwili już oddawał się w objęcia morfeusza. Przez otwarte okno do środka wleciał biały gołąb z prawdopodobnie odpowiedzią od matki księcia.

----

Vald siedział w swojej komnacie ostrząc miecz. To go odprężało, lubił patrzeć na błyszczącą i ostrą klingę czy zdobioną rękojeść. Osełka płynnie sunęła wzdłuż ostrza dopóki po komnacie nie rozeszło się głośne pukanie do drzwi.

-Wejść.-Powiedział Vald.

Do środka wkroczył Król. Jego syn momentalnie wstał z krzesła i ukłonił się.

-Synu mam dla ciebie coś na rodzaj misji. –Król uśmiechnął się po ojcowsku i podszedł bliżej. –Pojedziesz z poselstwem do Królestwa Freidlist. Liczę na Twoją umiejętność dyplomacji, i że uda ci się zachować powagę w zaistniałych okolicznościach.

-Co masz ojcze na myśli?

-Jesteśmy na granicy wojny z Freidlist. Jeśli uda się wynegocjować rozejm będziemy mieć więcej czasu na zebranie sojuszników w razie zerwania kontraktu. Ryzykuję wysyłając tam właśnie Ciebie, ale liczę, że dasz sobie radę.

Vald kiwnął głową porozumiewawczo. Tamtejszy król stracił pierwszą żonę przez atak wampira, a Valdret stu procentowym człowiekiem nie jest. Może to spotkanie okazać się nieprzyjemne dla obu stron. – Dam sobie radę. – Powiedział pewnie i uśmiechnął się pokrzepiająco. Król ogłosił, że jego syn wyruszy juro z samego rana i wyszedł pozostawiając mężczyznę samego w swojej komnacie.

Następnego dnia rankiem przygotowany do wyprawy podszedł do okna skąd miał widok na plac ćwiczebny. Uśmiechnął się ciepło widząc jak Haru próbuje zadać Karnestowi cios. Zauważył, że chłopak ma broń dopasowaną do swojego wzrostu i bardzo sprawnie się nią posługuję. Tylko rusza się jak mucha w smole. Złapał za swój opierający się o łóżko oręż, spojrzał na swoją zbroję i wyszedł z komnaty. Miał nadzieję, że szybko wróci. Do Haru.

----

-Obrót! Dobrze. Teraz szybko pchnięcie! –Mężczyzna instruował Haru, co ma robić i szczerze coraz lepiej mu szło. Karnest zachwiał się, bo chłopak po chwili bez namysłu zrobił piruet i miecz świsnął nauczycielowi dosłownie parę centymetrów koło piersi. –Stop!

-Zrobiłem coś nie tak? –Spytał czarnowłosy.

-Bardzo ładnie wyszedł ci piruet, nie spodziewałem się tego.

Młody książę uśmiechnął się słysząc pochwałę. Trening trwał kolejne cztery godziny potem Haru zdyszany wrócił do swojej komnaty i rzucił się na łóżko. Na szafce obok leżał list od jego matki. Sięgnął po kopertę i przeczytał treść napisaną pięknym i niezwykle ozdobnym pismem.

„Kochany aniołku.

Odkąd otrzymałam Twój list zaczęły targać mną sprzeczne emocje. Długo zastanawiałam się skąd takie pytania przyszły Ci do głowy. Pamiętam jak nieraz upominałeś się o brak zdolności magicznych. Synku nigdy nie chciałam zatajać czegokolwiek przed tobą, ale wiele rzeczy rodzic robi dla bezpieczeństwa swojego dziecka. Nie bez powodu na sztandarze naszego królestwa widnieje anioł z przebitym przez harpun skrzydłem. Masz w sobie magię i nawet nie wiesz jak potężną. Kiedyś ktoś na pewno wyjmie harpun z twojego skrzydła abyś mógł w pełni pokazać światu, jaką moc posiadasz. Chciałabym przyjechać tam do Ciebie i Ci wszystko wyjaśnić osobiście. Bądź cierpliwy i nie odstępuj drogich ci osób.

Twoja kochająca matka.”

Czyli Haru ma w sobie jakąś magię. Uśmiechnął się do listu i przyłożył go do piersi. Poczuł się jakby w tych słowach matka ukryła jakieś ciepło, cząstkę siebie. Więc jego umiejętność powstrzymywania przemiany Valda miała jakieś sensowne wytłumaczenie. Poderwał się z łóżka jakby go ktoś poraził prądem i wyszedł z komnaty. Bez uprzedzenia wszedł do pokoju Dravina. Książe siedział na jakiejś podejrzanie wyglądającej chmurce.

-Co to? –Spytał Haru siadając na krześle przy oknie.

-Chmura eteryczna. Sam nie wiem, do czego służy, ale całkiem wygodnie się na niej siedzi. –Zaśmiał się czarodziej i po chwili stał już na ziemi. – Z czym do mnie przychodzisz? Mam znowu zamienić Cię w jakąś seksowną kobitkę?

-Nie tym razem. Pamiętasz jak ci wspominałem, że nie mam w sobie magii?

-No tak.

-Matka odpisała na mój list. Teraz jestem na sto procent pewny, że się myliłem.

Drav podszedł do niego. –Czyli, że jednak gdzieś tam masz jakąś cząstkę magiczną? –Uśmiechnął się szeroko. –Chodźmy to sprawdzić. –Złapał go za rękę.

-Jak?

-W wieży magów, w lochach jest coś na rodzaj maszyny. –Powiedział z fascynacją w głosie, ale widząc wzrok Haru od razu zrozumiał, że ten nie wie, o co chodzi, więc tłumaczył dalej. – Magowie kiedyś mieli bardzo dobre stosunki z krasnoludami z Malkidaru i na dowód wdzięczności za wieloletnie wsparcie dostali od nich coś na rodzaj wykrywacza magii. Nie jest skomplikowane obsługiwanie tego, ale jest pewne ryzyko.

-Dlaczego zawsze musi być jakieś ryzyko? –Westchnął Haru. – No trudno.

-Jeżeli nie masz w sobie magii to możesz ucierpieć fizycznie. –Odparł.

-Ech… To chodźmy i miejmy to już z głowy. –Westchnął. Znając życie i jego szczęście nie obejdzie się bez komplikacji.

----

Vald i jego orszak składający się z 15 rycerzy dojechali do granicy królestwa. Nad głowami powiewały dwa sztandary jeden śnieżnobiały a drugi czerwony ze srebrnym jednorożcem z nietoperzymi skrzydłami.

-Wasza wysokość przekroczyliśmy granicę, powinien na nas tu czekać oddział z Freidlist. –Zakomunikował jeden z siedzących na koniu mężczyzn.

-Dziwne. –Valdret rozejrzał się dookoła. I pomyśleć, że dopiero, co jechali przez las o żyznej glebie aż tu nagle krajobraz mienił się nie do poznania. Suche i piekące piaski pustyni gdzie odnalezienie oazy jest równie trudne jak znalezienie igły w stoku siana. –Jedźmy. Może są dopiero w drodze. –Zjechali z pagórka prosto w piach, konie nieprzyzwyczajone do takiego terenu zaczęły protestować. Ale czy na pewno chodziło o teren? –Stać! –Coś jest nie tak.

Nagle spod piachu zaczęły wyłaniać się postacie. Ludzie o ciemnej skórze odrzucali na bok płachty, pod którymi leżeli czekając na przybyszów. Wszyscy sięgnęli po broń. Ostro zakończone dzidy, łuki i rapiery.

-Skurwysyny zastawili pułapkę! Do broni! –Vald spojrzał na jednego ze swoich rycerzy. –Zawracaj! Powiedz o wszystkim królowi! –Jeździec szybko zerwał się ku drodze powrotnej. Książe i jego orszak ruszyli do walki.

-Nasz król nas wynagrodzi za złapania królewskiego Noctura we własnej osobie. –Powiedział mężczyzna w masce.

-Skoro chodzi wam o mnie to najpierw musicie mnie pokonać. –Rzucił Vald z rozbawieniem i zamachnął się mieczem w stronę przeciwnika. Rozpoczęła się istna rzeź, zarówno wojownicy jednej jak i drugiej strony padali martwi na piach rozlewając po nim strugi krwi. „Haru będziesz musiał na mnie poczekać.” Powiedział w myślach książę uderzając klingą o tarczę mężczyzny.

-Cholerny Nocturnie!! Pokaż, jaki jesteś naprawdę! –Krzyknął przeciwnik trafiając włócznią prosto w ramię Valda. –Stań się wampirem!

Fioletowo włosy stęknął z bólu. –Jeśli myślisz, że na zawołanie zmienię postać to się grubo mylisz.-Powiedział z rozbawieniem, mimo, że z ust pociekła mu stróżka krwi.

-Skoro nie teraz to w zamku się ujawnisz. Spójrz tylko ty przeżyłeś… -Wszędzie wkoło leżały zwłoki teraz przeciwnicy zaczęli je ćwiartować i zakopywać w piach pustyni.

-A żeby was piekło pochłonęło. –Zaklął, po czym dostał w tył głowy czymś twardym i stracił przytomność.

----

http://www.youtube.com/watch?v=cLQW_FZsXb0

Haru podszedł do dziwnie wyglądającego urządzenia. Coś na rodzaj kuli otwieranej z jednej strony oraz dźwigni i różnych przycisków.

-Książe zapraszam do środka. –Zażartował Drav.

Kula otworzyła się jak na zawołanie i czarnowłosy bardzo niepewnie wszedł do środka. Kopuła zamknęła się zaraz za nim. –Mam nadzieję, że wiesz, co robisz czarodzieju.

Dravin pociągnął za dźwignię i przycisnął jeden z większych przycisków. –Ja również mam nadzieję. –Z pomp buchnęła para a po pomieszczeniu rozszedł się głośny pisk.

Haru poczuł jak coś przeszywa jego ciało w każdym możliwym miejscu nie omijając nawet milimetra. Dookoła niego zaczęły pojawiać się obrazy. Rozpoznał w nich swoje wspomnienia z dzieciństwa. Białe światło skumulowało się naprzeciwko niego materializując się w coś na rodzaj postaci. Niski chłopiec o krótkich, białych włosach trzymał w dłoni drewniany miecz. Zza pleców widać było parę białych małych skrzydeł. Chłopiec zaczął płakać i jak na zawołanie przy jego boku pojawiła się kobieta, piękna również uskrzydlona. Klęknęła obok i ucałowała jego czoło.

-Czemu płaczesz synku?

-Uderzył mnie.

-Kto?

-Braciszek. Ciemna dłoń.-Załkał.

-Twój starszy brat jeszcze nie panuje nad magią kochanie. –Przytuliła syna. –Haru.

Starszy Haruhi patrzył na siebie w młodszej wersji i na swoją matkę.

-Mamo, boli. Plecy znowu mi krwawiły.

-Przepraszam synku. –Skrzydła kobiety zniknęły. – Gdyby nie twoja mamusia nie bolałyby. –Pogładziła jego ramię. –Wytrzymasz? Będziesz dzielny?

-Obiecałaś, zabrać mnie do dziadka. –Zmienił temat z uśmiechem.

-Kochanie dziadek jest teraz bardzo daleko i wysoko.-Wskazała dłonią w górę. – Widzisz tamtą chmurę? Wyobraź sobie, że tam siedzi i Ci macha dobrze?

Postacie znikły i przed Haru pojawił się Vald, uśmiechnięty już zaczął wyciągać dłoń w stronę chłopca, gdy nagle cofnął się i złapał za pierś. Zmienił się i skulił na podłodze zakrywając tak by chłopiec nie zobaczył jego torsu i twarzy.

-Vald czekaj pomogę Ci! –Krzyknął Haru przerażony, bo szara skóra zaczęła krwawić. Postać Valda zniknęła.

Przed chłopcem stanął jego sobowtór, oczy miał białe z resztą tak jak i włosy. –Uwolnij mnie! Panie, uwolnij. Nie zapominaj, nie wyrzekaj się swojego pochodzenia. –Po policzkach postaci spłynęły krwawe łzy. Haru poczuł bolesne ukłucie w sercu i stracił przytomność opadając na metaliczną płytę.

----

Haru obudził się w swojej sypialni przy jego łóżku siedziała królowa.

-Jak się czujesz książę? –Spytała, gdy młodzieniec otworzył oczy.

-Wasza wysokość coś się stało? –Haru zauważył, że królował jest smutna.

-Vald został pojmany. Pojechał z poselstwem do jednego z sąsiednich królestw i wpadł w pułapkę.
Lydia Land of Grafic