Haru siedział na mchu i patrzył w miarę swoich możliwości na pokrwawione skrzydła. Włosy już dawno wróciły do czarnego koloru, ale nie był pewny, dlaczego nie znikają skrzydła. Czyżby to oznaczało, że zostaną? Że już nie znikną? Spojrzał za siebie na Valda, który obmywał rany wodą znalezioną kawałek dalej w strumyku. Dzięki Bogu, że deszcze w nocy padały tak obficie. Nie muszą się teraz martwić o schronienie przed słońce i o czystą wodę.
-Haru. –Powiedział głośniej żeby ten usłyszał.
-Słucham?
-Ratując mnie nie zabrałeś przypadkiem ze sobą żadnych czystych ubrań prawda?
-No wiesz następnym razem będę wiedział, żeby zabrać specjalnie ekstrawaganckie szaty a ciebie pozostawię na dłuższy czas na łasce żołnierzy z batami. –Oburzył się. Vald podszedł do niego z uśmiechem i przytulił do siebie.
-No już. Żartowałem. –Pocałował delikatnie jego usta.-Jak tam plecy?
-Bywało lepiej. Dziwie się, że skrzydła nie znikają. –Odparł rumieniąc się delikatnie. Odruchowo chciał odgarnąć włosy za ucho, ale westchnął jedynie. Włosy, które zapuszczał od urodzenia zapewne leżały teraz gdzieś na arenie deptane przez ludzi.
-Przepraszam.
-Hmm? Za co? –Spytał Haru spoglądając na nieco smutną twarz Valdreta.
-Narażałeś się dla mnie, przeze mnie ścięli Ci włosy a wiem, że w twoim królestwie był to znak cnoty..
-Której już i tak nie mam.
-…
-Ty mi ją chamsko odebrałeś w jaskini. –Zmusił go do zajęcia miejsca na mchu tuż obok drzewa a sam usiadł mu na kolanach. – Musisz wziąć za to odpowiedzialność.
-Co masz na myśli? Auć! –Haru zamachnął się jednym skrzydłem i trafił nim prosto w głowę Valda. Ten zdziwił się chwilę później, bo Haruhi otarł się swoim kroczem o jego. Nosz kurde Bogowie, jeśli to jakiś żart to chyba będzie zmuszony zniszczyć wszystkie świątynie w kraju. Ale nie, anioł nie przestawał. Wręcz przeciwnie jakby starał się dać Valdowi do zrozumienia, że liczy, aby i on przyłożył do tego rękę.
-Kochasz mnie prawda?-Jęknął cicho i spojrzał na niego takim spojrzeniem. Jakież to było niewinne i zarazem lubieżne spojrzenie *q*. – Umm, bo.. J-ja Ciebie kocham.
-Haru. Nie zmuszaj się, nie musisz.-Ale Książe złapał jedynie jego dłonie i poprowadził na swoje pośladki. Vald westchnął i zsunął z niego spodnie. Usta od razu pomknęły na jasną szyję gdzie zajęły się składaniem pocałunków. Wielkie skrzydła wyprostowały się na całą szerokość, co jakiś czas targane przez dreszcze.
-A-ah.. –Chłopak westchnął błogo odchylając głowę nieco na bok. Czuł narastające podniecenie i rządze, zupełnie jakby krew się w środku jego ciała gotowała.
-HARU! VALDRET!-Obaj spojrzeli na siebie nieco osłupieni tym, co dotarło do ich uszu. Haruhi momentalnie zszedł z ukochanego okrywając się skrzydłami i tworząc coś na kształt kokonu. Vald westchnął jedynie, kiedy doszło do niego, że w ich kierunku biegnie garnizon wojska z Drawem na czele.
-Ech, cześć bracie. – Vald powoli podszedł do czarodzieja, ale ten odepchnął go i kucnął obok Haru.
-Haruś, matko nawet nie wiesz jak się o Ciebie bałem. Twoje zachowanie było okropne, przecież oni mogli Cię tam zabić. –Draw przytulił do siebie rumianego chłopaka. – Nigdy więcej tak nie rób, bo wyjdę z siebie i stanę obok. Czy ten potwór się do Ciebie dobierał? –Czarodziej zrobił minę wściekłego kota obrońcy niewinnych chłopców. Jakby miał sierść to pewnie by się nieźle teraz zjeżyła.
-Ja też tęskniłem Drawinie, nawet nie wiesz jak się cieszę, że tak się o mnie bałeś. – Powiedział Vald nieco ironicznie. W końcu podszedł do nich i odsunął od ukochanego swojego brata. – Nie klej się tak do niego. I może dasz nam jakieś ubrania, które nie wyglądają jak psu z gardła wyjęte?
----
Haru siedział na kupce poduszek. Wojsko rozbiło obóz przy granicy, więc nie musieli się martwić o bezpieczeństwo. Trwał w swoim namiocie i roztrząsał zdarzenia z ostatnich chwil. Na samą myśl, że prawie z Valdem emm no prawie między nimi doszło do tego, co zaszło w jaskini, rumienił się niczym dorodny pomidor. Ale to było zupełnie inne uczucie, wtedy miał wrażenie, że dotyk Valdreta jest jakby bolesny a teraz? Teraz pragnął go każdym kawałkiem swojego ciała. Wystarczyło, że pomyśli po księciu a od razu chce rzucić się mu w ramiona. Cholera, czy to jest właśnie miłość? Czy to jest to uczucie, które powinien żywić do tej jedynej osoby, tej wyjątkowej, z którą chce spędzić resztę życia?
http://www.youtube.com/watch?v=7Grc3DjEJhU&feature=c4-overview&list=UUSeJA6az0GrNM4_-pl3HQSQ
-Haru? –Do środka wszedł.. O wilku mowa, wszedł Valdret. – Skrzydła znikły?
Czarnowłosy kiwnął głową. Skrzydła znikły, kiedy Haru siedział w namiocie. Na początku bał się, że tak już mu zostaną do końca życia, a lekkie nie były. Cieszył się, więc, że ma je z głowy. – Znikły, ale chyba zostaną mi po nich blizny. W końcu rozerwały skórę. –Uśmiechnął się lekko. – Boję się, że znowu wyjdą, kiedy skóra się zabliźni i na nowo ją rozerwą.
-Dość długo myślałem nad tą całą sytuacją. –Powiedział teraz bardzo poważnie. –Ty naprawdę mnie kochasz? –Podszedł bliżej zasuwając za sobą skrzydło namiotu. Delikatnie pogładził policzek ukochanego zabandażowaną dłonią.
Gdy tylko padło pytanie spuścił głowę chowając twarz za czarnymi kosmykami włosów. Dotyk sprawił, że po ciele rozeszły się przyjemne dreszcze. – Chyba tak. Czy jeśli… ugh czy jeśli robiłem sobie dobrze myśląc o Tobie to znaczy, że Cię kocham?
-…. – Valda zamurowało, ale po chwili uśmiechnął się szeroko i pocałował chłopaka. – To oznacza, że bardzo mocno mnie kochasz.
-A ty mnie? –Spytał, gdy usta przestały domagać się kolejnego zetknięcie z tymi drugimi.
-Cholernie mocno.
-Czyli też to robiłeś myśląc o mnie? –Nie uzyskał odpowiedzi, bo Vald pchnął go na stos poduszek i zaczął rozchylać szatę ukazując tym samym śniadą skórę, którą od razu zaczął obdarzać milionem pocałunków. –Aah, Vald. – Stęknął błogo i wplótł palce w miękkie włosy kochanka.
-Muszę, dokończyć to, co nam tak bezczelnie przerwano. Pozwolisz mi prawda? –Jak mógłby się nie zgodzić? Haru leżał odchodząc od zdrowych zmysłów, co jakiś czas wyginał się w delikatny łuk wstrząsany przyjemnymi torsjami. Vald z rosnącym pożądaniem badał ciało młodszego nie omijając nawet kawałeczka. Fascynował go ten widok, który miał przed sobą. Śniada skóra zarumieniona słodko na policzkach, niesforne czarne włosy opadające na zawstydzoną twarz. Smukłe ciało, blade sutki, drobne dłonie zaciśnięte na poduszkach i delikatnie podkulone nogi zasłaniające sprośnie intymne miejsce. –Haru. –Szepnął, kiedy ich nagie już ciała zetknęły się ze sobą. Obaj poczuli wzbierające podniecenie. Haruhi jęknął, gdy tylko dłoń Valda zaczęła pieścić jego męskość a usta zajęły się wrażliwymi sutkami, które okazały się jednym ze słabszych punktów. Uśmiech nie schodził z twarzy starszego, rozchylił uda kochanka i poczuł się jakby odkrył nowy świat. Od razu zechciał skosztować tego zakazanego owocu. Gra wstępna trwała dłuższą chwilę, nigdzie im się nie spieszyło, mieli czas. Czas żeby zakorzenić w sobie to piękne uczucie, którym siebie darzyli. Kiedy Vald wszedł w spragnione ciało kochanka został nagrodzony głośnym krzykiem, który umilkł jednak w ustach starszego. Pojedyncza łza spłynęła po policzku Haruhiego pozostawiając mokry ślad na jednej z poduszek. Na początku poruszali się powoli, bardzo czule, a jak na dwa spragnione siebie istoty wręcz mozolnie. Każdy dotyk był niczym muśnięcie motyla, mimo, że Haru czuł na początku lekki ból to szybko zastąpiła go niewyobrażalna przyjemność. W końcu jednak musieli zacząć zaspakajać się dużo zachłanniej, mocniej i brutalniej. Vald obijał się o jego prostatę zagłębiając się w nim w zabójczym tempie, pragnął go jak wody, życiodajnej wody, której nie kosztował od wieków.
-Vald! Aaach kocham Cię! –Krzyknął zduszonym głosem i wygiął się w mocny łuk czując jak jego mięśnie spinają się maksymalnie.
-Nie oddam Cię Haru! Nigdy, nikomu. –Szepnął mu do ucha i doszedł wewnątrz niego z błogim uśmiechem.
Leżeli przytuleni do siebie, gdzieniegdzie brudni od spermy, ale zachwyceni z uczucia które ich połączyło.
-A właśnie Haru. Przyleciał sokół z wiadomością od twojego brata, że przyjeżdża Twoja matka.
-Naprawdę?
-Tak.
-To dobrze. Muszę z nią porozmawiać, coś czuję, że ona opowie mi nieco więcej o mojej magicznej naturze. –Uśmiechnął się i pocałował ukochanego w kącik ust.
poniedziałek, 14 października 2013
piątek, 4 października 2013
Rozdział 7.
Kłujący piasek, który niósł wiatr, co chwila drażnił twarz Haruhiego. Mimo, że starał się okryć skórę jak najszczelniej chustą miał wrażenie, że drobne ziarenka nic sobie z tego nie robią i wpadają tam gdzie naturalnie nie miały prawa się znaleźć. Od głównego miasta dzieliło ich już parę kilometrów, po drodze mieli okazję natknąć się na mniejsze wsie, osady i nawet udało im się złapać jedną z karawan gdzie z ulgą zakupili wodę. Haru nie rozumiał jak ludzie mogą wytrzymać w tak srogim klimacie. Wszędzie piasek i unoszący się w powietrzu zaduch, zaś w nocy lodowate powietrze i gwałtowne powiewy wiatru. Draw zauważył, że strasznie dużo ludzi zmierza w stronę miasta, co było zaskakujące zważając na to, że taki ruch jest jedynie w dni targowe bądź większe imprezy na przykład igrzyska. Dojeżdżając do wielkich kamiennych murów o piaskowej barwie czarodziej zatrzymał się przy strażniku pilnującym wejścia do miasta.
-Czymże jest spowodowany ten ruch i chaos panujący w mieście? –Zsiadł z konia, co również uczynił Haru.
Żołnierz ubrany był w dziwną zbroję, Haruhi nie miał okazji oglądać tak skomplikowanego dzieła kowalskiej profesji. –Jutro organizowane są igrzyska. Na arenie będzie walczył o życie Nokturn z sąsiedniego królestwa.
Draw złapał od razu towarzysza za ramię i szybko przekroczyli bramę miasta. Dopiero, kiedy znaleźli się w zatłoczonej gospodzie gdzie panujący rumor zagłuszył ich rozmowę czarodziej powiedział to, czego się obawiał. –To Vald będzie walczył. Szlag nie wiem czy wojska ojca już ruszyły miejmy nadzieję, że dotrą tu jeszcze dzisiejszej nocy. Trzeba liczyć na łut szczęścia. –Spojrzał na Chłopca i jakby wyczytał z jego spojrzenia, co ma na myśli. – Haru nie możemy pójść na arenę to zbyt ryzykowne, jeśli zaczniemy dziwnie się zachowywać to na pewno nas zdemaskują. A znając Ciebie i siebie nie będziemy mogli patrzeć jak Vald tak po prostu jest tam mordowany.
-Draw wiesz, jaki jestem uparty. Musze tam iść, a co jeśli wojsko się spóźni? A co jeśli oni go zabiją? Musimy jakoś zareagować, jeśli zajdzie taka potrzeba. –Haru poderwał się z miejsca i spojrzał na swoje zaciśnięte w pięści dłonie. Jak mógłby siedzieć w tej knajpie cały jutrzejszy dzień skoro Vald może tam cierpieć.
-Ehh no dobrze, ale bez żadnych akcji sabotażowych rozumiesz? A teraz zaczekaj chwilę muszę zapłacić za nasz pokój. W końcu gdzieś musimy spać. –Draw poszedł do barmana i zaczął z nim rozmawiać.
Haru w tym czasie rozejrzał się po gospodzie. Prawie wszystkie ławy były zajęte przez ludzi. Ich ciemna karnacja zdawała się maskować ich w tym mieście, czasem naprawdę trudno było dostrzec te twarze niby uśmiechnięte, ale czarne jak noc. Draw z magiczny sposób zmienił ich wygląd, więc Haruhi również miał ciemniejszą skórę, ale nie aż tak. Wyglądał jak połączenie bladości i całkowitej ciemności. W sumie to musiało zaintrygować tutejsze społeczeństwo, bo niektórzy osobnicy patrzyli się na niego jak na obrazek.
Po chwili wrócił Draw i oboje skierowali się na piętro gdzie Haru z ulgą padł na ku jego zdziwieniu bardzo wygodne łóżko. Nagle zaczęły go dziwnie swędzieć plecy. –Jeeeeju… -Sięgnął dłonią i podrapał się.
-Coś nie tak?
-Plecy mnie swędzą zupełnie jakby coś mnie ugryzło.
-Mogę zobaczyć? –Podszedł do przyjaciela i podwinął jego tunikę nieco w górę. –Łoł! Masz na plecach sporej wielkości dwie zaczerwienione plamy. Uczulony na coś jesteś? –Spytał grzebiąc po chwili w jakimś pakunku. – Hmm gdzieś tutaj miałem maść z birkolskiej brandy, lepiej jej nie pić, bo można po paru łykach takiego alkoholu mieć niezłe zwidy. Lian się na własnej skórze kiedyś przekonał, jakie to ma ciekawe efekty uboczne.
-Co masz na myśli? –Haru nigdy nie był na nic uczulony, więc pierwsza opcja była mało prawdopodobna.
-Na przyjęciu, które mu zorganizowaliśmy przed pasowaniem wypił tego dziadostwa całkiem sporo no i niestety zaczął z każdą kolejną kolejką widzieć coraz ciekawsze rzeczy. W końcu pomylił służącą z jakąś jego byłą kochanką i ją rozdziewiczył. Biedaczka. Rodzina chciała wydać ją za mąż, ale już nie była dziewicą. –Zaczął nakładać jakąś lepką zielonkawą maść na plecy przyjaciela.
-I, co z nią się stało?
-Cóż w zamku już nie mogła pracować, więc trafiła do burdelu w mieście. Z tego, co mówił mi Lian to całkiem szybko się tam zaaklimatyzowała. Czasem ją odwiedza i ma u niej zniżkę na… no wiesz na seks. –Całkiem szybko zrobiło się ciemno za oknem, nagle jednak ciszę przebił piorun i bardzo jasny błysk. – Oho zanosi się na burzę. –Czarodziej uśmiechnął się i usiadł na łóżku obok.
-To tylko deszcz, a ty wydajesz się ucieszony faktem, że będzie padać. –Haru spojrzał za okno, na którym już było widać krople.
-Haru, deszcz w Freidlist jest naprawdę rzadkością. Wystarczy, że popada jedną noc a następnego dnia piaski pustyni zamienią się w żyzne usłane trawą i kwiatami pola. To właśnie uroki tego niegościnnego a zarazem fascynującego królestwa.
Haru siedział jeszcze dłuższy czas przyglądając się jasnym błyskom, które rozświetlały chmury na niebie. Więc jutro zapewne nie pozna tej krainy.
----
Następnego dnia już z samego rana wejścia na arenę były oblegane przez tłumy ludzi. Haru trząsł się poddenerwowany na samą myśl tego, co może tam ujrzeć. Draw po chwili pojawił się obok niego z lekkim uśmiechem. –Całkiem niezły biznes zbijają na tych imprezach. Wejście do środka kosztuje pięć sztuk złota za osobę. Nie każdego na to stać. Udało mi się załatwić nam miejsca w pierwszym rzędzie zaraz przy murku.
-Mam złe przeczucia. –Westchnął Haru z lekką obawą.
-Spokojnie nikt nas nie rozpozna dzięki moim czarom. –Zapewnił i po chwili już mogli ujrzeć ogromne trybuny ciągnące się wzdłuż boiska po środku, którego stał wysoki aczkolwiek cienki słup wykonany z kamienia.
Zajęli swoje miejsca. Haru rozglądał się dookoła zafascynowany i jednocześnie przerażony. –Oby wojsko dotarło na czas.
-Haru.
-Hmm? –Spojrzał na siedzącego obok towarzysza, który z uśmiechem patrzył w niebo.
-Są blisko. To sokół wojskowy, spójrz. –Faktycznie po niebie leciał jakiś ptak.
Nagle wrzawa panująca na widowni ucichła. Na balkoniku stał prawdopodobnie władca tutejszego królestwa. Na środku areny również pojawiły się postacie. Pięciu mężczyzn prowadziło ku kamiennemu słupowi ledwo trzymającego się na nogach osobnika, w którym Haru rozpoznał Valda. Miał na sobie jedynie jakieś obszarpane spodnie reszta ciała była poraniona.
-Vald. –Szepnął boleśnie Haru, na co od razu zareagował jego przyjaciel i skupił wzrok na centrum widowiska.
Głos zabrał Władca. –Ludzie dziś mamy okazję oglądać jak znosi cierpienie i mękę ten oto Nokturn! Wiem, że równie mocno jak ja chcecie jego krwi i łez. Niech, więc się zacznie! Niech zdycha pomiot z piekieł i wraca tam gdzie jego miejsce! – Tłum na te słowa zaczął głośno wiwatować.
Żołnierze przywiązali klęczącego Valda do słupa i kilku pomniejszych, które pojawiły się na stadionie. Jeden z oprawców trzymał w dłoni dziwny bat z kolcami, które zapewne miały rozerwać skórę więźnia. Po chwili rozległ się głośny trzask i krzyk Valdreta. Haru zacisnął pięści i przygryzł wargę tak mocno, że aż poczuł metaliczny posmak krwi. Wszystko zdawało się dziać w zwolnionym tempie, każde uderzenie wydawało się jakby trwało wieczność a były to dosłownie sekundy. Vald od dobrych paru chwilach już nie krzyczał wisiał bezwładnie na łańcuchach, które trzymały go jeszcze klęczącego.
-Draw na miłość Keshy boga mórz, gdzie jest to wojsko? –Spytał Haru już nie mogąc patrzeć na to, co się dzieje. –Nie pozwolę mu tam od tak umrzeć! –Wstał i ku zdziwieniu przyjaciela przeskoczył przez murek prosto na arenę. Nie wiedział, co nim kierowało, nogi same porwały go w centrum. Tłum na widowni umilkł, lecz po chwili dało się słyszeć okrzyki niezadowolenia. –VALD! –Wrzasnął Haru biegnąc w jego kierunku. Ciepłe uczucie, które dawał czar jego przyjaciela opuściło jego ciało i nawet nie trzeba było być geniuszem, żeby domyślić się, że magia przestała działać. Teraz Haru był już w swojej własnej postaci. Nie przestawał mimo to biec. Ktoś nagle złapał go ramię. Był to jeden ze strażników, chłopiec próbował się wyrwać, więc dłoń mężczyzny po chwili znalazła się na jego włosach, które mocno szarpnęła. Haru patrzył pełnymi łez oczyma na klęczącego Valdreta.
-Widzę, że ty również chcesz umrzeć szczeniaku!
-Zostaw mnie! Vald! Vald trzymaj się!! –Krzyczał i wyrywał się mimo, że skutków widać nie było.
-Haru? –Powoli podniósł głowę słysząc ten znany mu dobrze głos. Kiedy ujrzał tę twarz od razy poderwał się na równe nogi. –Haru!
-O widzę, że się znacie. –Żołnierz, który jeszcze chwile temu stał koło Valda podszedł do Haru i uderzył go mocno w twarz. – Kim jesteś bachorze zgrywający bohatera?
-Jestem księciem królestwa Rockenweid! –Powiedział Chłopiec.
-O proszę. Jaka różnorodność, mamy tu dwóch książąt z różnych państw. Hmm sądząc po Twoich włosach musisz być którymś synem z kolei. Zaraz skrócimy je nieco! –Wyjął nóż i najnormalniej obciął włosy, za które jeszcze chwile był trzymany książę. Na koniec zbrojny kopnął chłopca w brzuch, Haruhi po chwili leżał na ziemi zwijając się z bólu. Nagle słońce jakby przestało grzać. Wkoło zapanował niewyobrażalny chłód wszyscy ludzie skupili swoją uwagę na więźniu, wokół którego płonęła jakaś niebieska, lodowata magia, z czasem zmieniła się na krwistą. Czerwone oko Valda błyszczało a sam mężczyzna patrzył nienawistnym spojrzeniem na stojącego przed nim żołnierza.
-Zginiesz. –Krzyknął, ale jego głos zaczął się diametralnie zmieniać. Skóra opadła zupełnie jakby ktoś oblał ją kwasem odsłaniając krwawe mięśnie. Sylwetka stawała się większa, bardziej umięśniona, przybierała wręcz nieludzkie kształty. Cisze przerwał mrożący krew w żyłach ryk. Vald a raczej jego wampirza postać pokazał się w pełnej krasie. Wielkie szpony, ostre jak brzytwa zęby, które układały się zapewne w dwa rzędy. Skóra szara pokryta gdzieniegdzie łuskami twardymi jak stal. Ogromne błoniaste skrzydła, które pokrywały przy kościach kolce i dziwne zniekształcone pazury. Łańcuchy, którymi jeszcze chwilę temu był przykuty do słupów zaczęły się topić.
-Zabijcie go! Zabić potwora! –Krzyknął Król i wtedy jak na zawołanie gdzieś w oddali rozległ się dźwięk rogów wojennych. Odgłosy walki toczącej się w mieście doszły do areny i większość ludzi zaczęła uciekać. Do centrum zaczęli zbiegać się wojownicy, którzy nie byli zajęci walką z wojskami, które przybyły odbić księcia. Wampir bez problemu siał spustoszenie zabijając ludzi, rozszarpując ich ciała, gryząc i używając jakiejś dziwnej magii pod wpływem, której ludzie zaczęli jakby się wysuszać, uchodziły z nich siły witalne i pozostawała sama pusta skorupa.
-Vald. –Haru podniósł się powoli i spojrzał na stojącego przed nim potwora całego we krwi. –Vald! Proszę wróć do swojej postaci.
Valdret patrzył na chłopca z niemniejszą nienawiścią niż na resztę. Wreszcie złapał Haruhiego za gardło i podniósł w górę. Ten momentalnie zaczął się dusić.
-V-vald. –Zakaszlał i zaczął miotać nogami. Gdzieś w głowa usłyszał głos:
„Panie. Pozwól mi pomóc. „
, „Kim jesteś?”
„Jestem Tobą. Uwolnij mnie panie!”
Haru zamknął oczy i powoli złapał swoimi dłońmi nadgarstek potwora, który jak na zawołanie rozluźnił uścisk. Jego ręka zaczęła dziwnie się dymić, ale po chwili przestała. Haru w tym czasie padł na kolana i krzyknął boleśnie. Czuł się jakby coś rozrywało go od środka. Na plecach pojawiły się dwa wybrzuszenia, które w końcu wybuchły ukazując parę wielkich, białych, ale gdzieniegdzie pokrwawionych skrzydeł. Włosy chłopca jeszcze chwilę temu czarne zabarwiły sią na kolor śniegu. Ból minął równie szybko jak się pojawił, ale mimo to plecy nie przestawały krwawić.
-Vald. –Szepnął Haru i wyciągnął ku wampirowi dłoń. Potwór momentalnie rozprostował skrzydła i wzbił się w powietrze. Chłopiec nie pozostawał bierny wiedział, że musi zrobić to samo, więc po chwili leciał za Valdretem. Musiał doprowadzić do jego przemiany, ale najpierw musiał go złapać. Chyba wampirza strona wyczuła, jaki ma zamiar, bo nie dość, że uciekała to jeszcze miotała w jego kierunku pociskami magicznymi. Haru nie raz prawie został trafiony, ale nie rezygnował w końcu udało mu się zbliżyć na tyle, że dotknął pleców Valda, i wtedy z jego dłoni wyszła wiązka jasnego światła, która nie o tyle ugodziła wampira, co z impetem posłała go na ziemię przywiązując białymi łańcuchami do gruntu. Faktycznie po deszczu wszystko kwitło, więc dzięki bogu Vald trafił w jakiś zagajnik pełen mchu i miękkiej trawy. Haru wylądował tuż obok, kucnął patrząc na widocznie niezadowolonego wampira. Bardzo delikatnie ułożył głowę na klatce piersiowej wyrywającego się Valdreta. Uśmiechnął się słysząc bijące serce, które na pewno należało do jego księcia. Pod wpływem dotyku anioła ciało więzionego zaczęło się zmieniać. Kiedy Haru odsunął się mógł z lekkim aczkolwiek nie do końca zadowolonym uśmiechem spojrzeć znów na twarz Valda. Białe łańcuchy znikły.
-H-Haruhi. – Szepnął i z trudem dotknął dłonią jego policzka. –Wariacie to było niebezpieczne.
-Ty mnie tego nauczyłeś. –Uśmiechnął się i przytulił do mężczyzny.
Vald jakby nieco osłupiał. Od kiedy to Haru się do niego tuli? –Ym.. Ładne włosy, - I jak na zawołanie wróciły one do swojej czarnej wersji. – Miałeś.
-Vald. Nienawidzę Cię za to, że tak wszystkich przestraszyłeś w tym i mnie. –Powiedział smutno. – Ale chyba uświadomiłem coś sobie.
-To znaczy.. c. – Nie dokończył, bo Haru zamknął mu usta swoimi całując go nieśmiało. W umyśle Valda pojawiło się tylko jedno odpowiednie podsumowanie: „ O kurwa!”
-Jesteś okropny. Zakochałem się przez ciebie! –Powiedział cicho, ale nie udało mu się powstrzymać łez, które kochanek scałował z uśmiechem.
-Jestem jeszcze gorszy niż myślisz, bo ja odwzajemniam to uczucie Haru. Ja Ciebie też kocham. –Przytulił malca do piersi i ponownie zatracił się w jego słodkich jak miód ustach.
-Czymże jest spowodowany ten ruch i chaos panujący w mieście? –Zsiadł z konia, co również uczynił Haru.
Żołnierz ubrany był w dziwną zbroję, Haruhi nie miał okazji oglądać tak skomplikowanego dzieła kowalskiej profesji. –Jutro organizowane są igrzyska. Na arenie będzie walczył o życie Nokturn z sąsiedniego królestwa.
Draw złapał od razu towarzysza za ramię i szybko przekroczyli bramę miasta. Dopiero, kiedy znaleźli się w zatłoczonej gospodzie gdzie panujący rumor zagłuszył ich rozmowę czarodziej powiedział to, czego się obawiał. –To Vald będzie walczył. Szlag nie wiem czy wojska ojca już ruszyły miejmy nadzieję, że dotrą tu jeszcze dzisiejszej nocy. Trzeba liczyć na łut szczęścia. –Spojrzał na Chłopca i jakby wyczytał z jego spojrzenia, co ma na myśli. – Haru nie możemy pójść na arenę to zbyt ryzykowne, jeśli zaczniemy dziwnie się zachowywać to na pewno nas zdemaskują. A znając Ciebie i siebie nie będziemy mogli patrzeć jak Vald tak po prostu jest tam mordowany.
-Draw wiesz, jaki jestem uparty. Musze tam iść, a co jeśli wojsko się spóźni? A co jeśli oni go zabiją? Musimy jakoś zareagować, jeśli zajdzie taka potrzeba. –Haru poderwał się z miejsca i spojrzał na swoje zaciśnięte w pięści dłonie. Jak mógłby siedzieć w tej knajpie cały jutrzejszy dzień skoro Vald może tam cierpieć.
-Ehh no dobrze, ale bez żadnych akcji sabotażowych rozumiesz? A teraz zaczekaj chwilę muszę zapłacić za nasz pokój. W końcu gdzieś musimy spać. –Draw poszedł do barmana i zaczął z nim rozmawiać.
Haru w tym czasie rozejrzał się po gospodzie. Prawie wszystkie ławy były zajęte przez ludzi. Ich ciemna karnacja zdawała się maskować ich w tym mieście, czasem naprawdę trudno było dostrzec te twarze niby uśmiechnięte, ale czarne jak noc. Draw z magiczny sposób zmienił ich wygląd, więc Haruhi również miał ciemniejszą skórę, ale nie aż tak. Wyglądał jak połączenie bladości i całkowitej ciemności. W sumie to musiało zaintrygować tutejsze społeczeństwo, bo niektórzy osobnicy patrzyli się na niego jak na obrazek.
Po chwili wrócił Draw i oboje skierowali się na piętro gdzie Haru z ulgą padł na ku jego zdziwieniu bardzo wygodne łóżko. Nagle zaczęły go dziwnie swędzieć plecy. –Jeeeeju… -Sięgnął dłonią i podrapał się.
-Coś nie tak?
-Plecy mnie swędzą zupełnie jakby coś mnie ugryzło.
-Mogę zobaczyć? –Podszedł do przyjaciela i podwinął jego tunikę nieco w górę. –Łoł! Masz na plecach sporej wielkości dwie zaczerwienione plamy. Uczulony na coś jesteś? –Spytał grzebiąc po chwili w jakimś pakunku. – Hmm gdzieś tutaj miałem maść z birkolskiej brandy, lepiej jej nie pić, bo można po paru łykach takiego alkoholu mieć niezłe zwidy. Lian się na własnej skórze kiedyś przekonał, jakie to ma ciekawe efekty uboczne.
-Co masz na myśli? –Haru nigdy nie był na nic uczulony, więc pierwsza opcja była mało prawdopodobna.
-Na przyjęciu, które mu zorganizowaliśmy przed pasowaniem wypił tego dziadostwa całkiem sporo no i niestety zaczął z każdą kolejną kolejką widzieć coraz ciekawsze rzeczy. W końcu pomylił służącą z jakąś jego byłą kochanką i ją rozdziewiczył. Biedaczka. Rodzina chciała wydać ją za mąż, ale już nie była dziewicą. –Zaczął nakładać jakąś lepką zielonkawą maść na plecy przyjaciela.
-I, co z nią się stało?
-Cóż w zamku już nie mogła pracować, więc trafiła do burdelu w mieście. Z tego, co mówił mi Lian to całkiem szybko się tam zaaklimatyzowała. Czasem ją odwiedza i ma u niej zniżkę na… no wiesz na seks. –Całkiem szybko zrobiło się ciemno za oknem, nagle jednak ciszę przebił piorun i bardzo jasny błysk. – Oho zanosi się na burzę. –Czarodziej uśmiechnął się i usiadł na łóżku obok.
-To tylko deszcz, a ty wydajesz się ucieszony faktem, że będzie padać. –Haru spojrzał za okno, na którym już było widać krople.
-Haru, deszcz w Freidlist jest naprawdę rzadkością. Wystarczy, że popada jedną noc a następnego dnia piaski pustyni zamienią się w żyzne usłane trawą i kwiatami pola. To właśnie uroki tego niegościnnego a zarazem fascynującego królestwa.
Haru siedział jeszcze dłuższy czas przyglądając się jasnym błyskom, które rozświetlały chmury na niebie. Więc jutro zapewne nie pozna tej krainy.
----
Następnego dnia już z samego rana wejścia na arenę były oblegane przez tłumy ludzi. Haru trząsł się poddenerwowany na samą myśl tego, co może tam ujrzeć. Draw po chwili pojawił się obok niego z lekkim uśmiechem. –Całkiem niezły biznes zbijają na tych imprezach. Wejście do środka kosztuje pięć sztuk złota za osobę. Nie każdego na to stać. Udało mi się załatwić nam miejsca w pierwszym rzędzie zaraz przy murku.
-Mam złe przeczucia. –Westchnął Haru z lekką obawą.
-Spokojnie nikt nas nie rozpozna dzięki moim czarom. –Zapewnił i po chwili już mogli ujrzeć ogromne trybuny ciągnące się wzdłuż boiska po środku, którego stał wysoki aczkolwiek cienki słup wykonany z kamienia.
Zajęli swoje miejsca. Haru rozglądał się dookoła zafascynowany i jednocześnie przerażony. –Oby wojsko dotarło na czas.
-Haru.
-Hmm? –Spojrzał na siedzącego obok towarzysza, który z uśmiechem patrzył w niebo.
-Są blisko. To sokół wojskowy, spójrz. –Faktycznie po niebie leciał jakiś ptak.
Nagle wrzawa panująca na widowni ucichła. Na balkoniku stał prawdopodobnie władca tutejszego królestwa. Na środku areny również pojawiły się postacie. Pięciu mężczyzn prowadziło ku kamiennemu słupowi ledwo trzymającego się na nogach osobnika, w którym Haru rozpoznał Valda. Miał na sobie jedynie jakieś obszarpane spodnie reszta ciała była poraniona.
-Vald. –Szepnął boleśnie Haru, na co od razu zareagował jego przyjaciel i skupił wzrok na centrum widowiska.
Głos zabrał Władca. –Ludzie dziś mamy okazję oglądać jak znosi cierpienie i mękę ten oto Nokturn! Wiem, że równie mocno jak ja chcecie jego krwi i łez. Niech, więc się zacznie! Niech zdycha pomiot z piekieł i wraca tam gdzie jego miejsce! – Tłum na te słowa zaczął głośno wiwatować.
Żołnierze przywiązali klęczącego Valda do słupa i kilku pomniejszych, które pojawiły się na stadionie. Jeden z oprawców trzymał w dłoni dziwny bat z kolcami, które zapewne miały rozerwać skórę więźnia. Po chwili rozległ się głośny trzask i krzyk Valdreta. Haru zacisnął pięści i przygryzł wargę tak mocno, że aż poczuł metaliczny posmak krwi. Wszystko zdawało się dziać w zwolnionym tempie, każde uderzenie wydawało się jakby trwało wieczność a były to dosłownie sekundy. Vald od dobrych paru chwilach już nie krzyczał wisiał bezwładnie na łańcuchach, które trzymały go jeszcze klęczącego.
-Draw na miłość Keshy boga mórz, gdzie jest to wojsko? –Spytał Haru już nie mogąc patrzeć na to, co się dzieje. –Nie pozwolę mu tam od tak umrzeć! –Wstał i ku zdziwieniu przyjaciela przeskoczył przez murek prosto na arenę. Nie wiedział, co nim kierowało, nogi same porwały go w centrum. Tłum na widowni umilkł, lecz po chwili dało się słyszeć okrzyki niezadowolenia. –VALD! –Wrzasnął Haru biegnąc w jego kierunku. Ciepłe uczucie, które dawał czar jego przyjaciela opuściło jego ciało i nawet nie trzeba było być geniuszem, żeby domyślić się, że magia przestała działać. Teraz Haru był już w swojej własnej postaci. Nie przestawał mimo to biec. Ktoś nagle złapał go ramię. Był to jeden ze strażników, chłopiec próbował się wyrwać, więc dłoń mężczyzny po chwili znalazła się na jego włosach, które mocno szarpnęła. Haru patrzył pełnymi łez oczyma na klęczącego Valdreta.
-Widzę, że ty również chcesz umrzeć szczeniaku!
-Zostaw mnie! Vald! Vald trzymaj się!! –Krzyczał i wyrywał się mimo, że skutków widać nie było.
-Haru? –Powoli podniósł głowę słysząc ten znany mu dobrze głos. Kiedy ujrzał tę twarz od razy poderwał się na równe nogi. –Haru!
-O widzę, że się znacie. –Żołnierz, który jeszcze chwile temu stał koło Valda podszedł do Haru i uderzył go mocno w twarz. – Kim jesteś bachorze zgrywający bohatera?
-Jestem księciem królestwa Rockenweid! –Powiedział Chłopiec.
-O proszę. Jaka różnorodność, mamy tu dwóch książąt z różnych państw. Hmm sądząc po Twoich włosach musisz być którymś synem z kolei. Zaraz skrócimy je nieco! –Wyjął nóż i najnormalniej obciął włosy, za które jeszcze chwile był trzymany książę. Na koniec zbrojny kopnął chłopca w brzuch, Haruhi po chwili leżał na ziemi zwijając się z bólu. Nagle słońce jakby przestało grzać. Wkoło zapanował niewyobrażalny chłód wszyscy ludzie skupili swoją uwagę na więźniu, wokół którego płonęła jakaś niebieska, lodowata magia, z czasem zmieniła się na krwistą. Czerwone oko Valda błyszczało a sam mężczyzna patrzył nienawistnym spojrzeniem na stojącego przed nim żołnierza.
-Zginiesz. –Krzyknął, ale jego głos zaczął się diametralnie zmieniać. Skóra opadła zupełnie jakby ktoś oblał ją kwasem odsłaniając krwawe mięśnie. Sylwetka stawała się większa, bardziej umięśniona, przybierała wręcz nieludzkie kształty. Cisze przerwał mrożący krew w żyłach ryk. Vald a raczej jego wampirza postać pokazał się w pełnej krasie. Wielkie szpony, ostre jak brzytwa zęby, które układały się zapewne w dwa rzędy. Skóra szara pokryta gdzieniegdzie łuskami twardymi jak stal. Ogromne błoniaste skrzydła, które pokrywały przy kościach kolce i dziwne zniekształcone pazury. Łańcuchy, którymi jeszcze chwilę temu był przykuty do słupów zaczęły się topić.
-Zabijcie go! Zabić potwora! –Krzyknął Król i wtedy jak na zawołanie gdzieś w oddali rozległ się dźwięk rogów wojennych. Odgłosy walki toczącej się w mieście doszły do areny i większość ludzi zaczęła uciekać. Do centrum zaczęli zbiegać się wojownicy, którzy nie byli zajęci walką z wojskami, które przybyły odbić księcia. Wampir bez problemu siał spustoszenie zabijając ludzi, rozszarpując ich ciała, gryząc i używając jakiejś dziwnej magii pod wpływem, której ludzie zaczęli jakby się wysuszać, uchodziły z nich siły witalne i pozostawała sama pusta skorupa.
-Vald. –Haru podniósł się powoli i spojrzał na stojącego przed nim potwora całego we krwi. –Vald! Proszę wróć do swojej postaci.
Valdret patrzył na chłopca z niemniejszą nienawiścią niż na resztę. Wreszcie złapał Haruhiego za gardło i podniósł w górę. Ten momentalnie zaczął się dusić.
-V-vald. –Zakaszlał i zaczął miotać nogami. Gdzieś w głowa usłyszał głos:
„Panie. Pozwól mi pomóc. „
, „Kim jesteś?”
„Jestem Tobą. Uwolnij mnie panie!”
Haru zamknął oczy i powoli złapał swoimi dłońmi nadgarstek potwora, który jak na zawołanie rozluźnił uścisk. Jego ręka zaczęła dziwnie się dymić, ale po chwili przestała. Haru w tym czasie padł na kolana i krzyknął boleśnie. Czuł się jakby coś rozrywało go od środka. Na plecach pojawiły się dwa wybrzuszenia, które w końcu wybuchły ukazując parę wielkich, białych, ale gdzieniegdzie pokrwawionych skrzydeł. Włosy chłopca jeszcze chwilę temu czarne zabarwiły sią na kolor śniegu. Ból minął równie szybko jak się pojawił, ale mimo to plecy nie przestawały krwawić.
-Vald. –Szepnął Haru i wyciągnął ku wampirowi dłoń. Potwór momentalnie rozprostował skrzydła i wzbił się w powietrze. Chłopiec nie pozostawał bierny wiedział, że musi zrobić to samo, więc po chwili leciał za Valdretem. Musiał doprowadzić do jego przemiany, ale najpierw musiał go złapać. Chyba wampirza strona wyczuła, jaki ma zamiar, bo nie dość, że uciekała to jeszcze miotała w jego kierunku pociskami magicznymi. Haru nie raz prawie został trafiony, ale nie rezygnował w końcu udało mu się zbliżyć na tyle, że dotknął pleców Valda, i wtedy z jego dłoni wyszła wiązka jasnego światła, która nie o tyle ugodziła wampira, co z impetem posłała go na ziemię przywiązując białymi łańcuchami do gruntu. Faktycznie po deszczu wszystko kwitło, więc dzięki bogu Vald trafił w jakiś zagajnik pełen mchu i miękkiej trawy. Haru wylądował tuż obok, kucnął patrząc na widocznie niezadowolonego wampira. Bardzo delikatnie ułożył głowę na klatce piersiowej wyrywającego się Valdreta. Uśmiechnął się słysząc bijące serce, które na pewno należało do jego księcia. Pod wpływem dotyku anioła ciało więzionego zaczęło się zmieniać. Kiedy Haru odsunął się mógł z lekkim aczkolwiek nie do końca zadowolonym uśmiechem spojrzeć znów na twarz Valda. Białe łańcuchy znikły.
-H-Haruhi. – Szepnął i z trudem dotknął dłonią jego policzka. –Wariacie to było niebezpieczne.
-Ty mnie tego nauczyłeś. –Uśmiechnął się i przytulił do mężczyzny.
Vald jakby nieco osłupiał. Od kiedy to Haru się do niego tuli? –Ym.. Ładne włosy, - I jak na zawołanie wróciły one do swojej czarnej wersji. – Miałeś.
-Vald. Nienawidzę Cię za to, że tak wszystkich przestraszyłeś w tym i mnie. –Powiedział smutno. – Ale chyba uświadomiłem coś sobie.
-To znaczy.. c. – Nie dokończył, bo Haru zamknął mu usta swoimi całując go nieśmiało. W umyśle Valda pojawiło się tylko jedno odpowiednie podsumowanie: „ O kurwa!”
-Jesteś okropny. Zakochałem się przez ciebie! –Powiedział cicho, ale nie udało mu się powstrzymać łez, które kochanek scałował z uśmiechem.
-Jestem jeszcze gorszy niż myślisz, bo ja odwzajemniam to uczucie Haru. Ja Ciebie też kocham. –Przytulił malca do piersi i ponownie zatracił się w jego słodkich jak miód ustach.
piątek, 27 września 2013
Rozdział XXI (bonus) Ach te małżeństwa.
Przyjemne ciepło, jakie dawała aksamitnie miękka pościel ogrzewało ciało blond chłopaka, który wtulał się z uśmiechem w poduszę. Piękny sen, który miał nadzieję nie zniknie tak szybko jak się pojawił okalał zmysły śpiącego niczym erotyczna mgiełka rozkoszy. Śnił o ostro zarysowanej sylwetce, widocznych mięśniach, szerokich ramionach, delikatnych i zarazem dużych dłoniach. To wszystko składało się na jego idealnego mężczyznę. Nagle Colin poczuł jak ktoś składa na jego karku delikatne pocałunki, palce pieściły jego skórę a ciepły oddech owiewał jego kark dając poczucie rozkosznego ciepła.
-Kochanie, wstawaj. Dzieci same sobie nie zrobią śniadania!
-Mmm już, już, jeszcze tylko pięć minut… Zaraz. Jakie Dzieci? –Colin momentalnie otworzył oczy. Obok niego siedział Shigon w swoim czarnym szlafroku, uśmiechał się lekko z resztą tak jak miał w zwyczaju. Gdyby nie fakt, że właśnie wspomniał coś o dzieciach blondyn na pewno tak szybko nie uciekłby z sypialni. Od razu pomknął do pierwszych drzwi na prawo gdzie była łazienka, a raczej powinna być łazienka, ale jak na złość jej tam nie było. Wszedł do jasnego pokoiku z trzema małymi łóżeczkami, przy ścianie stała ogromna szafa z różnorakimi zabawkami. Skąd to wszystko tu się wzięło?
-Colin.-Shigon stał za swoim kochankiem obejmując go w pasie. –Może dziś podczas karmienia podzielisz się mleczkiem? Hmm?
Gdzieś w sąsiednim pokoju słychać było dziecięcy płacz. Z każdą chwilą stawał się głośniejszy i głośniejszy. Boże skąd wzięły się te dzieci?
-A jak tam nasza czwarta pociecha? –Spytał niski głos i po chwili na brzuchu jeszcze bardziej zszokowanego chłopaka pojawiły się dłonie partnera.
-Nieee!!! –Zerwał się z łóżka oblany zimnym potem, czuł na ciele dziwne dreszcze. Boże ten sen był taki chory, trzeba odstawić słodycze, jak jeszcze kiedyś Yuki namówi go na batony z likierem to chyba osobiście wybije mu z głowy wszelakie puste kalorię.
-Zły sen? –Kochanek siedział obok niego. Włosy, które ściął rok temu powoli zaczęły odrastać. Śmiesznie teraz wyglądał, ale z małą pomocą Colina udało się ujarzmić tą czuprynę.
-Okropny. Śniło mi się, że mieliśmy trójkę dzieci. –Westchnął przecierając dłonią spocone czoło.
-To faktycznie straszne, ale i biologicznie niemożliwe, więc nie musisz się bać, że kiedyś zajdziesz w ciążę. W sumie to już tyle razy się pieprzyliśmy, że gdyby to było możliwe właśnie tonęlibyśmy z morzu pieluch naszych licznych pociech. –Uśmiechnął się i wstał.
-Masz dużo pracy? –Spytał Colin z szerokim uśmiechem spoglądając na swoją dłoń, na której znajdowała się obrączką. I pomyśleć, że minęło tyle miesięcy od dnia ich zaślubin.
-Trochę tego mam, ale raczej mi nie pomożesz. Papierkowa robota nie należy do najprzyjemniejszych. -Zdjął szlafrok ukazując swoją umięśnioną sylwetkę, boże ta klata i szerokie ramiona, no po prostu brać bez zastanowienia tu i teraz.
(*q*)
-Colin ślinisz się?
-Hę? Ach, nie. –Otarł szybko usta, na co Shigon uśmiechnął się i podszedł do swojego kochanka od razu pochylając się nad jego ciałkiem.
-Czyżbyś miał chcicę? –Spytał i od tak położył dłoń na kroczu młodszego. Colin troszkę wyrósł przez ten czas, nie był już tak dziecinny. Teraz był wyższy i mimo, że nadal mizerny stał się jeszcze bardziej ponętny i seksowny. Nawet jego przyrodzenie nie było już takie drobniutkie jak kiedyś. –To Coś w twoich bokserkach wyraźnie domaga się uwagi.
-To Coś, nie słucha mojego mózgu i nie mam na To wpływu. –Westchnął bezradnie czując jak policzki przybierają kolor dorodnych pomidorów.
-Ja tak tego nie zostawię. – Zaśmiał się i przeszedł do tej ciekawszej części łóżkowych igraszek.
----
-COLIN!-Krzyknął Yuki rzucając się na przyjaciela.-Czas na nasze cotygodniowe dzielenie się łóżkowymi przeżyciami.
-Boże, ale razy mam ci mówić, że nigdy nie dzieliliśmy się czymś takim?
-No, bo kiedy ja zaczynam to ty wychodzisz z pokoju, jak ja mam dokończyć tę pierwszą rozmowę skoro ty nie chcesz nawet jej wysłuchać? –Spytał robiąc te swoje niewinne oczęta.-A na koncie jest ich coraz więcej i więcej, no plosię!
-Yuki w tym wieku mógłbyś używać poprawnego słownictwa wiesz? –Westchnął pukając chłopca w czoło.-Czy jeśli wysłucham jednego sprawozdania z twoich łóżkowych wyczynów to dasz mi spokój? –W duchu błagał Boga, aby tak się, przeto stało.
-Hmm… No niech będzie. –Uśmiechnął się. Siedząc na łóżku rozmawiali na wiadomy temat całkiem szczegółowo. Co chwila Yuki zapominał się i nieco zbyt dokładnie opisywał stosunek, więc w takich momentach Colin wyłączał uszy i starał się po prostu myśleć o czymś innym. –To może teraz Twoja kolej?
-Ej miałeś mnie już nie męczyć.
-Oj no weź, proszę. Bo będę używał niepoprawnego słownictwa, dlaczego nigdy nie chcesz mi opowiedzieć jak ci idzie z M-ę-ż-e-m? –Dźgnął kolegę w bok.
-Gdybyś nie był tak zajęty Samem, kiedy ja i Shigon pieprzyliśmy się na łóżku obok to wiedziałbyś jak mi z nim jest. –Pokazał mu język.
-Sądząc po Twoich jękach, które słychać w niemal całej drugiej części pensjonatu, musi ci być bardzo dobrze.-Mrugnął z tym swoim niewinnym uśmieszkiem.
-CO?
-Oj no, bo wiesz, te ściany nie są aż tak grube. Raz jak wieczorem odwiedziłem pokój Mirashy i Aloysa to obstawialiśmy, w jakiej pozycji w danej chwili jesteście. Mają pokój praktycznie pod apartamentem Shigona, więc wszystko było bardzo dobrze słychać. –Spojrzał na swojego przyjaciela, który miał teraz minę jakby cały świat mu się zawalił.-Em… Colin wszystko ok?
Colin sięgnął po poduszkę i rzucił się na chłopaka od razu rozpoczynając bitwę.-Wy zboczone, nieletnie, niewyżyte bachory. W tym wieku powinniście zajmować się czymś innym niż podsłuchiwaniem i pieprzeniem po pokojach.
-Ahahahaha nie bij!!!!
-Chłopcy!!- Tom wpadł do pokoju uśmiechnięty od ucha do ucha z wyraźnym zamiarem ogłoszenia jakiegoś newsa.-Słuchajcie szef załatwił wesołe miasteczko!
-JEEEJ! –Yuki zerwał się z łóżka od razu rzucając się na szyję starszemu koledze, który upadł na podłogę. Tom musiał naprawdę się postarać, żeby ten w końcu z niego zszedł. –Wesołe miasteczko? Nigdy nie byłem w wesołym miasteczku!!
-Teraz będziesz miał okazję. –Powiedział Colin z uśmiechem.
-Nigdy przedtem szef nie sprowadziłby wesołego miasteczka na wyspę, „Blondina” masz na niego dobry wpływ.- Tom zaśmiał się i zmierzwił blond kosmyki siedzącego nadal na swoim łóżku chłopaka.
----
Dwa dni później przy pensjonacie widać było już różne kolejki i stoiska z ciekawymi grami, wszyscy chłopcy byli tak uradowani przyjazdem atrakcji, że praktycznie o niczym innym nie gadali tylko chwalili się gdzie pójdą najpierw. Jak na nieszczęście Yuki na sam koniec pozostawił Colinowi niespodziankę w formie zamku strachu!
-Colin jak stamtąd wyjdziemy to ja zamawiam kolejną watę cukrową.
-Co? Zjadłeś już chyba z trzy! Zęby Ci się w końcu popsują od tych słodyczy. –Westchnął Colin i już miał skomentować to nieco ostrzej, ale jego przyjaciel pociągnął go w stronę tego cholernego zamku strachu. Samo wejście nie zapowiadało się najlepiej, wszędzie pajęczyny, krew, trupy i kości. „MATKO W NIEBIE ZABIERZ MNIE STĄD”! Jak na zawołanie jakaś kościana dłoń cudem znalazła się na ramieniu blond chłopaka, który wrzasnął jak kobieta i odskoczył w bok. „ALE NIE AŻ TAK DOSŁOWNIE”! Yuki wciąż się uśmiechał, szlag jak on to robi? Weszli w głąb zamku, coraz mniej im się to podobało, z każdą chwilą robiło się coraz straszniej i groźniej, nawet młodszy kolega Colina zaczął się denerwować.
-Ej, coraz mniej mi się to podoba. –Powiedział w końcu, kiedy doszli do jednej z salek i złapał się starszego za ramię. Na środku pomieszczenia stała trumna w dziwnym kobiecym kształcie. –Aaaa tylko nie to! Widziałem film z identyczną! To ta.. No! O Żelazna Dziewica!
-I niby, co siedziało w środku? –Spytał Colin patrząc na trumnę z lekką nutką obojętności.
-A, bo ja wiem? To raczej jest coś jakby maszyna do tortur..
-I, co myślisz, że ktoś z tego wyskoczy, albo ktoś nas tam wepchnie? Nie oglądałem może tego filmu, ale w sumie to dobrze. Przynajmniej nie wzbudza to we mnie takiego strachy. To, co idziemy dalej Yuki? – O_O – Yyyy Yuki? Ej gdzie jesteś? –Rozglądnął się, dookoła ale po chłopcu nie było ani śladu, kurde gdzie on się podział? – Przestań się chować, to nie jest śmieszne. Bo pójdę dalej sam i zostaniesz tutaj z tym dziwnym sarkofagiem! –Westchnął i skierował się do kolejnych drzwi, sam. Cóż, jak powiedział tak zrobił. Poza tym Yuki sam się o to prosił. Wszedł do pustego pomieszczenia. Było wyłożone cegłami, na podłodze leżało siano i trochę szmat w jednym z kątów. Colinowi to miejsce coś przypomniało. Zupełnie jak wtedy, gdy trafił do pensjonatu i zaczął się buntować nie przestrzegając panujących tam reguł. Wtedy Shigon postanowił zahartować nieco chłopaka i wsadzić go do piwnicznych lochów, gdzie miał czekać na brutalną karę. Przeczesał blond kosmyki i kucnął w jednym z kątów tuż obok poszarpanych szmat. Poczuł jak zbiera mu się na wymioty na samą myśl o tamtej nocy, kurna, po co wchodził do tego pojebanego zamku strachu. Dreszcze sunęły wzdłuż jego ciała, zimne poty lały się strugami po plecach a dłonie zaczęły drzeć jak w febrze. Pomieszczenie było klaustrofobiczne, tak małe, że izolatka przy nim wydawałaby się salonem. Poczuł jak wspomnienia wracają, jak brutalne dłonie pozostawiają na jego ciele bolesne blizny i szramy. -Shigon… -Jęknął zrozpaczony.
-COLIN! –W drzwiach pojawił się wysoki mężczyzna i od razu złapał chłopca za dłoń wyciągając go z izolatki. –Już dobrze! –Gładził dłonią jego włosy tuląc go do siebie bardzo mocno, kiedy tylko dowiedział się, że Yuki zaciągnął go do zamku strachu od razu wiedział, że może to nie być przyjemne dla ukochanego. Shigon dostał dokładny plan wszystkich atrakcji, a ten budynek i napis na jednym z pomieszczeń –„Klaustrofobia”- nie brzmiał zachęcająco. Pomimo, że kara, jaką zafundował Colinowi podniosła nieco jego odporność na ból to nabawił się dodatkowo złych wspomnień i niejakiego strachu do tak małych pomieszczeń. Chłopak milczał całą drogę do sypialni czarnowłosego. –Colin. –Szepnął Shigon klękając przed nim, gdy ten siedział już na łóżku patrząc się lekko zamglonym wzrokiem w jego twarz.
-Następnym razem Yuki idzie sam. –Westchnął w końcu chłopak i przetarł oczy swoimi dłońmi.
-Boże, ale mnie przestraszyłeś. –Starszy ułożył głowę na jego kolanach. –Następnym razem to ja Cię porwę w jakieś lepsze miejsce.
-Długo tu będzie to wesołe miasteczko?-Spytał Colin z uśmiechem, chciałby jeszcze tam pójść. No niekoniecznie do zamku strachu.
-Jeszcze dwa dni. Ale dziś już Cię stąd nie wypuszczę. –Pchnął młodszego na łóżko i gdy ten już leżał od razu wpił się w jego usta.
----
-Aaach Shigon! –Jęknął czując jak ten porusza się szybko w jego wnętrzu z coraz większa siłą. –Aj, o tu. Jeszcze! Mmm. –Przesunął paznokciami po plecach kochanka, gdy ten trafił w jego czuły punkt.
-Colin. –Złapał go w pasie i przyciągnął do siebie, dzięki czemu mógł kraść pocałunki i poruszać się w nim z łatwością. –Kocham Cię.
-Ja Ciebie… Ja też! Aaagh!
Jeszcze przez długi czas pensjonat słuchał tych jakże błogich jęków. Potem Yuki mógł pochwalić się Samowi, co kochankowie numer jeden robili w łóżku. Oczywiście Colin następnego dnia nakrył go z opiekunem w jednej z pustych klas, ale uznał, że lepiej zachować to w tajemnicy. Shigon zabrał ukochanego męża na nieco inną atrakcję, która okazała się idealna. Kto by pomyślał, że Colinowi spodoba się diabelski młyn, to chyba sprawka tego czarnowłosego przystojniaka, który w dosyć specyficzny sposób zajął się nim w wagoniku.
-Kochanie, wstawaj. Dzieci same sobie nie zrobią śniadania!
-Mmm już, już, jeszcze tylko pięć minut… Zaraz. Jakie Dzieci? –Colin momentalnie otworzył oczy. Obok niego siedział Shigon w swoim czarnym szlafroku, uśmiechał się lekko z resztą tak jak miał w zwyczaju. Gdyby nie fakt, że właśnie wspomniał coś o dzieciach blondyn na pewno tak szybko nie uciekłby z sypialni. Od razu pomknął do pierwszych drzwi na prawo gdzie była łazienka, a raczej powinna być łazienka, ale jak na złość jej tam nie było. Wszedł do jasnego pokoiku z trzema małymi łóżeczkami, przy ścianie stała ogromna szafa z różnorakimi zabawkami. Skąd to wszystko tu się wzięło?
-Colin.-Shigon stał za swoim kochankiem obejmując go w pasie. –Może dziś podczas karmienia podzielisz się mleczkiem? Hmm?
Gdzieś w sąsiednim pokoju słychać było dziecięcy płacz. Z każdą chwilą stawał się głośniejszy i głośniejszy. Boże skąd wzięły się te dzieci?
-A jak tam nasza czwarta pociecha? –Spytał niski głos i po chwili na brzuchu jeszcze bardziej zszokowanego chłopaka pojawiły się dłonie partnera.
-Nieee!!! –Zerwał się z łóżka oblany zimnym potem, czuł na ciele dziwne dreszcze. Boże ten sen był taki chory, trzeba odstawić słodycze, jak jeszcze kiedyś Yuki namówi go na batony z likierem to chyba osobiście wybije mu z głowy wszelakie puste kalorię.
-Zły sen? –Kochanek siedział obok niego. Włosy, które ściął rok temu powoli zaczęły odrastać. Śmiesznie teraz wyglądał, ale z małą pomocą Colina udało się ujarzmić tą czuprynę.
-Okropny. Śniło mi się, że mieliśmy trójkę dzieci. –Westchnął przecierając dłonią spocone czoło.
-To faktycznie straszne, ale i biologicznie niemożliwe, więc nie musisz się bać, że kiedyś zajdziesz w ciążę. W sumie to już tyle razy się pieprzyliśmy, że gdyby to było możliwe właśnie tonęlibyśmy z morzu pieluch naszych licznych pociech. –Uśmiechnął się i wstał.
-Masz dużo pracy? –Spytał Colin z szerokim uśmiechem spoglądając na swoją dłoń, na której znajdowała się obrączką. I pomyśleć, że minęło tyle miesięcy od dnia ich zaślubin.
-Trochę tego mam, ale raczej mi nie pomożesz. Papierkowa robota nie należy do najprzyjemniejszych. -Zdjął szlafrok ukazując swoją umięśnioną sylwetkę, boże ta klata i szerokie ramiona, no po prostu brać bez zastanowienia tu i teraz.
(*q*)
-Colin ślinisz się?
-Hę? Ach, nie. –Otarł szybko usta, na co Shigon uśmiechnął się i podszedł do swojego kochanka od razu pochylając się nad jego ciałkiem.
-Czyżbyś miał chcicę? –Spytał i od tak położył dłoń na kroczu młodszego. Colin troszkę wyrósł przez ten czas, nie był już tak dziecinny. Teraz był wyższy i mimo, że nadal mizerny stał się jeszcze bardziej ponętny i seksowny. Nawet jego przyrodzenie nie było już takie drobniutkie jak kiedyś. –To Coś w twoich bokserkach wyraźnie domaga się uwagi.
-To Coś, nie słucha mojego mózgu i nie mam na To wpływu. –Westchnął bezradnie czując jak policzki przybierają kolor dorodnych pomidorów.
-Ja tak tego nie zostawię. – Zaśmiał się i przeszedł do tej ciekawszej części łóżkowych igraszek.
----
-COLIN!-Krzyknął Yuki rzucając się na przyjaciela.-Czas na nasze cotygodniowe dzielenie się łóżkowymi przeżyciami.
-Boże, ale razy mam ci mówić, że nigdy nie dzieliliśmy się czymś takim?
-No, bo kiedy ja zaczynam to ty wychodzisz z pokoju, jak ja mam dokończyć tę pierwszą rozmowę skoro ty nie chcesz nawet jej wysłuchać? –Spytał robiąc te swoje niewinne oczęta.-A na koncie jest ich coraz więcej i więcej, no plosię!
-Yuki w tym wieku mógłbyś używać poprawnego słownictwa wiesz? –Westchnął pukając chłopca w czoło.-Czy jeśli wysłucham jednego sprawozdania z twoich łóżkowych wyczynów to dasz mi spokój? –W duchu błagał Boga, aby tak się, przeto stało.
-Hmm… No niech będzie. –Uśmiechnął się. Siedząc na łóżku rozmawiali na wiadomy temat całkiem szczegółowo. Co chwila Yuki zapominał się i nieco zbyt dokładnie opisywał stosunek, więc w takich momentach Colin wyłączał uszy i starał się po prostu myśleć o czymś innym. –To może teraz Twoja kolej?
-Ej miałeś mnie już nie męczyć.
-Oj no weź, proszę. Bo będę używał niepoprawnego słownictwa, dlaczego nigdy nie chcesz mi opowiedzieć jak ci idzie z M-ę-ż-e-m? –Dźgnął kolegę w bok.
-Gdybyś nie był tak zajęty Samem, kiedy ja i Shigon pieprzyliśmy się na łóżku obok to wiedziałbyś jak mi z nim jest. –Pokazał mu język.
-Sądząc po Twoich jękach, które słychać w niemal całej drugiej części pensjonatu, musi ci być bardzo dobrze.-Mrugnął z tym swoim niewinnym uśmieszkiem.
-CO?
-Oj no, bo wiesz, te ściany nie są aż tak grube. Raz jak wieczorem odwiedziłem pokój Mirashy i Aloysa to obstawialiśmy, w jakiej pozycji w danej chwili jesteście. Mają pokój praktycznie pod apartamentem Shigona, więc wszystko było bardzo dobrze słychać. –Spojrzał na swojego przyjaciela, który miał teraz minę jakby cały świat mu się zawalił.-Em… Colin wszystko ok?
Colin sięgnął po poduszkę i rzucił się na chłopaka od razu rozpoczynając bitwę.-Wy zboczone, nieletnie, niewyżyte bachory. W tym wieku powinniście zajmować się czymś innym niż podsłuchiwaniem i pieprzeniem po pokojach.
-Ahahahaha nie bij!!!!
-Chłopcy!!- Tom wpadł do pokoju uśmiechnięty od ucha do ucha z wyraźnym zamiarem ogłoszenia jakiegoś newsa.-Słuchajcie szef załatwił wesołe miasteczko!
-JEEEJ! –Yuki zerwał się z łóżka od razu rzucając się na szyję starszemu koledze, który upadł na podłogę. Tom musiał naprawdę się postarać, żeby ten w końcu z niego zszedł. –Wesołe miasteczko? Nigdy nie byłem w wesołym miasteczku!!
-Teraz będziesz miał okazję. –Powiedział Colin z uśmiechem.
-Nigdy przedtem szef nie sprowadziłby wesołego miasteczka na wyspę, „Blondina” masz na niego dobry wpływ.- Tom zaśmiał się i zmierzwił blond kosmyki siedzącego nadal na swoim łóżku chłopaka.
----
Dwa dni później przy pensjonacie widać było już różne kolejki i stoiska z ciekawymi grami, wszyscy chłopcy byli tak uradowani przyjazdem atrakcji, że praktycznie o niczym innym nie gadali tylko chwalili się gdzie pójdą najpierw. Jak na nieszczęście Yuki na sam koniec pozostawił Colinowi niespodziankę w formie zamku strachu!
-Colin jak stamtąd wyjdziemy to ja zamawiam kolejną watę cukrową.
-Co? Zjadłeś już chyba z trzy! Zęby Ci się w końcu popsują od tych słodyczy. –Westchnął Colin i już miał skomentować to nieco ostrzej, ale jego przyjaciel pociągnął go w stronę tego cholernego zamku strachu. Samo wejście nie zapowiadało się najlepiej, wszędzie pajęczyny, krew, trupy i kości. „MATKO W NIEBIE ZABIERZ MNIE STĄD”! Jak na zawołanie jakaś kościana dłoń cudem znalazła się na ramieniu blond chłopaka, który wrzasnął jak kobieta i odskoczył w bok. „ALE NIE AŻ TAK DOSŁOWNIE”! Yuki wciąż się uśmiechał, szlag jak on to robi? Weszli w głąb zamku, coraz mniej im się to podobało, z każdą chwilą robiło się coraz straszniej i groźniej, nawet młodszy kolega Colina zaczął się denerwować.
-Ej, coraz mniej mi się to podoba. –Powiedział w końcu, kiedy doszli do jednej z salek i złapał się starszego za ramię. Na środku pomieszczenia stała trumna w dziwnym kobiecym kształcie. –Aaaa tylko nie to! Widziałem film z identyczną! To ta.. No! O Żelazna Dziewica!
-I niby, co siedziało w środku? –Spytał Colin patrząc na trumnę z lekką nutką obojętności.
-A, bo ja wiem? To raczej jest coś jakby maszyna do tortur..
-I, co myślisz, że ktoś z tego wyskoczy, albo ktoś nas tam wepchnie? Nie oglądałem może tego filmu, ale w sumie to dobrze. Przynajmniej nie wzbudza to we mnie takiego strachy. To, co idziemy dalej Yuki? – O_O – Yyyy Yuki? Ej gdzie jesteś? –Rozglądnął się, dookoła ale po chłopcu nie było ani śladu, kurde gdzie on się podział? – Przestań się chować, to nie jest śmieszne. Bo pójdę dalej sam i zostaniesz tutaj z tym dziwnym sarkofagiem! –Westchnął i skierował się do kolejnych drzwi, sam. Cóż, jak powiedział tak zrobił. Poza tym Yuki sam się o to prosił. Wszedł do pustego pomieszczenia. Było wyłożone cegłami, na podłodze leżało siano i trochę szmat w jednym z kątów. Colinowi to miejsce coś przypomniało. Zupełnie jak wtedy, gdy trafił do pensjonatu i zaczął się buntować nie przestrzegając panujących tam reguł. Wtedy Shigon postanowił zahartować nieco chłopaka i wsadzić go do piwnicznych lochów, gdzie miał czekać na brutalną karę. Przeczesał blond kosmyki i kucnął w jednym z kątów tuż obok poszarpanych szmat. Poczuł jak zbiera mu się na wymioty na samą myśl o tamtej nocy, kurna, po co wchodził do tego pojebanego zamku strachu. Dreszcze sunęły wzdłuż jego ciała, zimne poty lały się strugami po plecach a dłonie zaczęły drzeć jak w febrze. Pomieszczenie było klaustrofobiczne, tak małe, że izolatka przy nim wydawałaby się salonem. Poczuł jak wspomnienia wracają, jak brutalne dłonie pozostawiają na jego ciele bolesne blizny i szramy. -Shigon… -Jęknął zrozpaczony.
-COLIN! –W drzwiach pojawił się wysoki mężczyzna i od razu złapał chłopca za dłoń wyciągając go z izolatki. –Już dobrze! –Gładził dłonią jego włosy tuląc go do siebie bardzo mocno, kiedy tylko dowiedział się, że Yuki zaciągnął go do zamku strachu od razu wiedział, że może to nie być przyjemne dla ukochanego. Shigon dostał dokładny plan wszystkich atrakcji, a ten budynek i napis na jednym z pomieszczeń –„Klaustrofobia”- nie brzmiał zachęcająco. Pomimo, że kara, jaką zafundował Colinowi podniosła nieco jego odporność na ból to nabawił się dodatkowo złych wspomnień i niejakiego strachu do tak małych pomieszczeń. Chłopak milczał całą drogę do sypialni czarnowłosego. –Colin. –Szepnął Shigon klękając przed nim, gdy ten siedział już na łóżku patrząc się lekko zamglonym wzrokiem w jego twarz.
-Następnym razem Yuki idzie sam. –Westchnął w końcu chłopak i przetarł oczy swoimi dłońmi.
-Boże, ale mnie przestraszyłeś. –Starszy ułożył głowę na jego kolanach. –Następnym razem to ja Cię porwę w jakieś lepsze miejsce.
-Długo tu będzie to wesołe miasteczko?-Spytał Colin z uśmiechem, chciałby jeszcze tam pójść. No niekoniecznie do zamku strachu.
-Jeszcze dwa dni. Ale dziś już Cię stąd nie wypuszczę. –Pchnął młodszego na łóżko i gdy ten już leżał od razu wpił się w jego usta.
----
-Aaach Shigon! –Jęknął czując jak ten porusza się szybko w jego wnętrzu z coraz większa siłą. –Aj, o tu. Jeszcze! Mmm. –Przesunął paznokciami po plecach kochanka, gdy ten trafił w jego czuły punkt.
-Colin. –Złapał go w pasie i przyciągnął do siebie, dzięki czemu mógł kraść pocałunki i poruszać się w nim z łatwością. –Kocham Cię.
-Ja Ciebie… Ja też! Aaagh!
Jeszcze przez długi czas pensjonat słuchał tych jakże błogich jęków. Potem Yuki mógł pochwalić się Samowi, co kochankowie numer jeden robili w łóżku. Oczywiście Colin następnego dnia nakrył go z opiekunem w jednej z pustych klas, ale uznał, że lepiej zachować to w tajemnicy. Shigon zabrał ukochanego męża na nieco inną atrakcję, która okazała się idealna. Kto by pomyślał, że Colinowi spodoba się diabelski młyn, to chyba sprawka tego czarnowłosego przystojniaka, który w dosyć specyficzny sposób zajął się nim w wagoniku.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)