Haru nie sądził, że we własnym domu będzie czuł się tak nieswojo. Następnego dnia z samego rana powiedział rodzicom co się stało. Gdyby nie fakt, że słowa Crossa zgadzały się z groźbą to pewnie by mu nie uwierzyli. W tym czasie sytuacja była bardzo podejrzana, spisek jaki uknuto miał cel w osobie Haruhiego i co gorsza teraz chłopak nie był nigdzie bezpieczny nawet we własnym królestwie. Zazwyczaj obca magia nie miała wstępu do zamków bo każdy z nich był chroniony potężnymi przeciwzaklęciami, teraz było podobnie jak w przypadku wizyty u Valda. Tam też magia nie wykryła obecności demonicznej aury Crossa. Czyżby był zbyt potężny i oparł się działaniu tak zaawansowanej sztuce magicznej?
-Haru. –Królowa po obiedzie złapała dłoń syna i uśmiechnęła się delikatnie. – Wspominałeś, że ostatnio dziwnie się czułeś tak?
-Tak. Czuje czyjąś obecność. Coś się zmieniło. To dziwne. –Chłopiec podrapał się nerwowo po głowie.
-Wieczorem mamy mieć nietypowego gościa.
-Kogo?
-Zobaczysz, ale może on pomoże nam wytłumaczyć co się dzieję.
----
Vald nie czekał nawet na orszak z samego rana postawił sprawę jasno królowi i królowej, ci niechętnie zgodzili się aby syn wyruszył do sąsiadów tak wczas, w końcu zdecydowali, że przybędą w przeddzień turnieju. Ale jak to miał w zwyczaju mawiać Drav „tego osła Valda i tak żadna siła tu nie utrzyma, nawet jak mu zabronicie to w jakiś sposób ucieknie.” Co prawda to prawda i para królewska dobrze o tym wiedziała, oczywiście przeczucia księcia, że Haru jest w niebezpieczeństwie były zbyt błahym dowodem.
-Vald, jesteś idiotą. Droga i tak zajmie ci dwa dni, koń nie jest przyzwyczajony do bezustannej podróży i ty też. –Pouczył go Karnest idąc za bratem w towarzystwie reszty rodzeństwa.
-Prędzej twój koń zdechnie niż dowiezie cie tam w jeden dzień. –Sprostował Lian i poprawił nieco odstające kosmyki włosów.
-Nie mam zamiaru jechać tam konno. –W ciszy doszli na dziedziniec. –Będzie szybciej jak sam się nieco pomęczę. –Skupił się i po chwili przybrał swoją nową wampirzą postać.- W końcu nie bez powodu mam te cholerne skrzydła.
- Od kiedy ty umiesz to kontrolować? –Spytał starszy.
-Jakoś od niedawna, ale nie to jest teraz ważne. –Zwrócił się do Karnesta.- Wiesz może ile zbrojnych chce ojciec zabrać ze sobą na turniej?
-Mówił, że około tysiąca.
-Mało. Namów go na minimum dwa tysiące.
-Po co aż tyle?
-Mam dziwne wrażenie, że nam się przydadzą. –Po tych słowach wzbił się w powietrze.
----
-Haru!
Chłopiec obejrzał się w stronę skąd dobiegł głos. Ujrzał po chwili Kengo. –Cos się stało?
-Po prostu martwię się o ciebie. Wolę mieć na ciebie oko, bo jeszcze ktoś cię zaatakuje. –Odparł jakby to było przecież oczywiste. –Siwiejesz?
-Hę?
-No włosy ci się robią białe na czubku głowy.
Chłopiec otworzył szerzej oczy i pomacał się po głowie. –Dziwne, nie używam przecież mocy. Dlaczego więc zmienia się kolor? Aaaaaaj wszystko mi się miesza, nic już nie rozumiem. Dlaczego Cross tak się mści? Co ja mu zrobiłem?
-Pomijając to, że chciał doprowadzić do wojny a ty zakochałeś się w księciu i go uratowałeś? No cóż nie wiem co siedziało i siedzi w głowie Crossa, ale póki co trzeba się go wystrzegać. –Złapał brata za rękę i uśmiechnął się lekko. –Dopiero co byłes moim małym braciszkiem o którego dbałem, wolałem udawać, że nie widzę jak szybko dorastasz.
-Mówisz jak matka. –Sprecyzował Haru.
-No dzięki szczeniaku. –roześmiali się i poszli w stronę wielkiej Sali gdzie prawdopodobnie czekali już ojciec i matka z tym gościem.
Ogromne drzwi stanęły przed nimi otworem w Sali przy stole siedziało już troje ludzi. Król i Królowa przywołali do siebie swoich synów a ów gość wstał by móc przywitać się z chłopcami.
-Kengo i Haru nasi synowi. –Wyjaśnił Król. Młodszy książę zmierzył gościa wzrokiem od stóp do głów i ledwo powstrzymał się przed zadaniem w zbyt krótkim czasie zbyt wielu pytań. Bodajże mężczyzna stojący przed nimi był niewiarygodnie podobny do ich matki. Jasne włosy długie do pasa, ostre rysy twarzy i przenikliwe niebieskie oczy.
-Miło mi was poznać. Jestem Arluen. Należę do rodziny waszej matki. –Jego głos był delikatny jak szum wody. –Ty jesteś Haruhi. –Podszedł do chłopca i delikatnie uścisnął jego dłoń.
-Kim jesteś? –Spytał książę patrząc na gościa w lekkim szoku. –Co masz na myśli mówiąc, że jesteś rodziną mamy?
-Wasza matka jest, a raczej była aniołem. Mnie tak jak i ją stworzyła ta sama bogini. Z tą różnicą, że ona została obdarowana osobowością i płcią. –Wyjaśnił. –My anioły jesteśmy seksualnie obojętni, tworzy się nas jako twory doskonałe.
-Arluen.-Przerwała mu Królowa. –Jestem ci wdzięczna, że przystałeś na moje zaproszenie, ale wiesz, że nie o to mi chodziło. Nie musisz tłumaczyć wszystkiego mojemu synowi, chce byś sprawdził co się w nim zmieniło. –Westchnęła cicho.
-Dobrze. Wybacz siostro. –Ułożył dłoń na czole chłopca i pomimo lekkiego zawahania Haru po chwili zaczął działać. Chłopiec czuł silną magię jaka biła od mężczyzny o ile można było go tak nazwać. –Powiedz mi Haru, zakochałeś się prawda?
-Uhm. –potwierdził nieśmiało. –Ale co to ma do rzeczy?
-Och, bardzo wiele. Zwłaszcza, że nosisz w sobie żywą istotę.
-CO?- To pytanie padło równocześnie z ust króla, królowej i Kengo.
-Ale Haru jest chłopcem on nie może być w ciąży. –Zapewnił starszy brat.
-Nie do końca. –Odparł Arluen. –Zacznijmy od tego, że Haru jest w połowie aniołem. Nasza rasa może się rozmnażać, nie tak jak wy ludzie ale jest to możliwe. Z reguły wystarcza do tego zwykła zgoda obu aniołów i czułości. Nie seks tak ja to bywa u waszej rasy. Pamiętajcie, że matka Haru wyrzekła się swojej mocy i oddała ją dziecku w swym łonie, dzięki temu książę posiadł nie tylko magię ale i poniekąd organizm, bo inaczej tego nazwać się nie da. Skrzydła to nie magia która przybiera ów kształt, jest to unerwiona i umięśniona część ciała, która potrafi się maskować, chować w ciele anioła. –Wyjaśnił. –W twoim przypadku nie jest to ciąża jak u człowieka. Dziecko pojawi się w odpowiednim momencie i nie jest to kwestia 9 miesięcy, nie żyje w łonie bo jak już zauważyliście, Haru jest chłopcem, żyje w sercu i jest skutkiem miłości. –Spojrzał na oniemiałego chłopca. –Kto jest ojcem? Anioł czy człowiek?
Haruhi zawahał się. –Valdret. Ale on nie jest ani aniołem ani człowiekiem.
Arluen spojrzał na chłopca niezrozumiale. –Co masz na myśli?
-Jest.. półwampirem. –Na te słowa anioł wzdrygnął się.
-Pomiot demonów. –Warknął.
-Nie! –Zaprzeczył Haru. –On jest dobry!
-Zbratałeś się ze złem. Wiesz co może wyniknąć z tego związku? To już nie chodzi o hybrydę anioła i demona, ale o samą równowagę świata.
-To moje życie i moja decyzja! –Czarnowłosy nie wytrzymał. Spojrzał na mężczyznę czując narastający gniew. –Nie znasz go, nie wiesz jaki jest i na pewno nie jest jak to ująłeś „pomiotem zła” –Wybiegł z Sali ignorując wołania matki. Czuł złość, jak mógł oceniać Valda, nawet go nie zna, nie wie jaki jest dobry. Anioły nie powinny takie być w końcu są uosobieniem dobra a Arluen pokazał ich inne oblicze.
-Książe, proszę zaczekaj. –Dobiegł go głos anioła. – Wybacz mi, nie chciałem się unosić. –W jego słowach chłopiec wyczuł skruchę. – Nie powinienem go osądzać.
-Tak, to było naprawdę głupie. –Westchnął Haru.
-Muszę wracać do mojej pani a nie chciałem opuszczać zamku pozostawiając między nami sieć niezgody. –Wyjaśnił i ukłonił się delikatnie. –Dziecko jest świętością nie ważne kto jest jego rodzicem. Zapewniam, że Anioły będą je kochać jako kolejnego członka rodziny. –Podszedł bliżej i położył dłoń na ramieniu chłopaka. –Uważaj na siebie. Siły zła chcą twojej śmierci, teraz zagrażają również dziecku. Mimo, że to nie jest stan identyczny jakiego doświadczają ziemskie matki to powinieneś być bardzo ostrożny. –Uśmiechnął się delikatnie i oddalił.
Haru siedział w swojej komnacie spoglądając w stronę oceanu. Dalej nie mógł dopuścić do siebie myśli, że w ogóle doszło do takiej sytuacji. To przecież jest wbrew naturze, jak do tego doszło? Mimo, że to wszystko stało się za sprawą magii to wciąż nie może zrozumieć… jak? Nagle ktoś zapukał do drzwi.
-Proszę. –Powiedział głośniej książę i spojrzał w stronę wejścia.
-Kochanie. – Królowa podeszła do synka i usiadła obok niego na łóżku. Otuliła go swoimi ramionami i przytuliła do siebie. –Nad czym tak myślisz? Boisz się, że nosisz w sobie życie?
-Tu nawet nie chodzi, że boję się dziecka. Ja się martwię, że przez to, że coś mi zagraża to coś mu się stanie. A to też dziecko Valda. Czuję się winny, że jest zagrożone..
-Haru daj spokój. Nikt tego nie przewidział nie możesz się obwiniać.
-O kurcze.!
-Co się stało? –Spytała bo jej syn aż poderwał się na równe nogi.
-Jak ja powiem Valdretowi, że no.. że jestem jakby w ciąży a on jest tak jakby ojcem? A co jeśli on mnie znienawidzi? Uzna za dziwadło? Przecież to będzie dla niego szok. –Spojrzał na matkę z przerażeniem. – Jak ja mu to powiem?
-Przecież wygląda na miłego młodzieńca. Na pewno zrozumie.
-Bo jest miły, ale nie rozmawialiśmy nawet jeszcze o ślubie, a jak już to dla żartów a teraz mam go powiadomić o dziecku? Hej Vald no wiesz kochaliśmy się tyle razy to tak jakoś wbrew naturze jestem z tobą w ciąży, nie masz innego wyjścia jak zaakceptować swoje hybrydowe dziecko? Przecież to brzmi komicznie. –Jęknął teraz już całkiem załamany.
----
Vald był mniej więcej w połowie drogi, pomimo bardzo krótkich przerw śpieszył się jak nigdy. Dobrze, że nie zdecydował się na jazdę konno bo chyba nigdy nie dotarłby do Haru tak szybko. Choć czuł odrętwienie skrzydeł i nieznośny ból nie potrafił myśleć nawet o zbyt długim postoju. Leciał nawet w nocy mijając po drodze ptaki i inne powietrzne stworzenia. –Kurwa, kurwa, kurwa… -Klął pod nosem mając wrażenie, że wciąż jest zbyt wolny, że powinien przyspieszyć. Wszystko zdawało się ciągnąc wieczność a droga wydłużać. –KURWA MAĆ!! –Zaklął ponownie. Gdzieś w oddali widać było już błękit morza, był to wyraźny znak, że powoli dociera do celu.
----
Ranek następnego dnia był dużo spokojniejszy. Haru w jakiś sposób zdołał się uspokoić i nie myślał już tak pesymistycznie o powiadomieniu Valda o całej zaistniałej sytuacji. Mimo, że wciąż miał sceptyczne nastawienie to starał się myśleć racjonalnie i dojrzale.
-Haruś. –Powiedział Kengo widząc swojego brata który właśnie wychodził z swojej sypialni. – Jak się czujesz?
-Już mi lepiej. Musisz mieć teraz o mnie głupie zdanie prawda? Młodszy brat, półanioł i jeszcze w ciąży z półwampirem.
-Hah no brzmi to komicznie, ale nie myśl, że to jest dla mnie jakikolwiek powód to naśmiewania się z ciebie, przecież wiesz, że zawsze stoję po twojej stronie. Poza tym myśl, że będę wujkiem napawa mnie samymi pozytywami. –Odparł z uśmiechem i poklepał młodszego po ramieniu. – Chodź na śniadanie hmm? Potem pójdziemy się przejść na targowisko bo coś czuję, że w tym roku turniej będzie dokładnie w tym samym miejscu co ostatnio. W sumie to nawet dobry pomysł bo ludzie mogą oglądać zawody z domów, ale no wiesz tuż obok jest cukiernia i zawsze mnie tak mega tam ciągnie. A o Menfiscie to już nie wspominam, ten kundel uwielbia słodycze. Pamiętasz jak dwa lata temu spóźniłem się na otwarcie? Ta bestia specjalnie się przemieniła bo nie zgodziłem się na kupno rogalika. No to cholera sam tam polazł i przy okazji wystraszył córkę właściciela. –Tym razem chyba będę zmuszony zrobić jakiś zapas bo skoro jestem łaskawie następcą tronu to nie wypada mi się spóźnić przez zachcianki tego szczeniaka. –Zaśmiał się radośnie a w jego ślady poszedł też Haru.
Na śniadaniu na szczęście nikt nie poruszał delikatnego tematu jakim była sytuacja z wczoraj. Łatwo było się jednak domyśleć, że każdy chciał się wypowiedzieć, to napięcie dało się wyczuć w powietrzu.
-Jutro przybędzie poczet z Rosendarf? –Spytał Kengo.
-O ile nie będą mieć po drodze żadnych komplikacji to powinni tu przybyć z samego rana, ostatecznie nim zajdzie słońce. –Odpowiedziała Królowa sącząc wino ze swojego kielicha.
Haru milczał i również sięgnął po swój kielich lecz gdy tylko przystawił go do ust wyczuł coś dziwnego. Szybko odsunął wino od ust dziękując Bogu, że nie wypił ani jednej kropli.
-Co się stało Haru? –Spytał ojciec spoglądając na młodszego syna.
Haruhi westchnął i wlał wino do wazonu w którym stały piękne stokrotki. Kwiaty momentalnie zwiędły. –Zatrute. Zdziwiło mnie, że wino pachnie jak zepsute mięso. – Na jego słowa każdy z siedzących przy stole sprawdził swój puchar, czy jest tak samo. Okazało się jednak, że tylko chłopaka chciano otruć, pozostałe wino jakie znajdowało się w karafkach i naczyniach było bardzo dobre i na pewno nie dodano do niego trucizny.
-Kurwa! –Zaklął Król i wstając z miejsca aż przewrócił krzesło. –Wezwać testerów!! Haru nie tkniesz niczego nim nie zostanie to skosztowane przez moich ludzi, magowie będą stale nadzorować wpływ złej magii, jeśli cokolwiek będzie nie tak dowiemy się pierwsi nim stanie się nieszczęście.
-NIE! –Krzyknął Haru. –Mam dość! Czuje się jakbym od samego oddychania mógł umrzeć to chore! –Jęknął.
-Haruhi! –Ryknął ojciec przypominając swemu synowi, że to on jest tutaj królem i ma się go słuchać.
-Przepraszam ojcze. –Szepnął ze skruchą chłopiec. – Mogę odejść? Chce pooddychać świeżym powietrzem.
-Dobrze, ale będzie ci towarzyszyć straż przyboczna. –Machnięciem ręki król przywołał do siebie czworo ciężko uzbrojonych rycerzy, którzy po chwili stanęli tuż obok księcia. –Macie go pilnować!
-Tak jest nasz panie. –powiedzieli jednocześnie i skłonili się posłusznie.
Haru westchnął jedynie i wyszedł z jadalni a tuż za nim niczym cienie pomknęli strażnicy. –Byłbym wam wdzięczny jeśli zachowacie ode mnie pewna odległość dobrze? –Spytał książę lecz tak jak myślał, nie uzyskał odpowiedzi. Rozkaz wydał Król więc jest niepodważalny i nie mogą zaakceptować przez to prośby księcia. –Ech, mniejsza. –Wyszli na dziedziniec, przez te miesiące spędzone u sąsiadów nieco się zmieniło w królestwie. Skończono odnawiać stocznię, która uległa zniszczeniu podczas ostatniego najazdu niedobitków morskich plemion, pomimo bardzo skutecznych okrętów jakimi dysponowali, ich flota uległa totalnemu rozgromieniu dzięki działom na tutejszych murach. Udało się skonfiskować okręty przeciwnika które nie uległy zbyt wielkim zniszczeniom i teraz królestwo tworzy statki na ich wzór, oczywiście królewscy konstruktorzy ulepszyli je i dzięki temu teraz Rockenweid dysponuje najskuteczniejszą flotą na morzu. Haru już miał skierować się na nadbrzeże, gdy nagle gdzieś w oddali ujrzał poruszający się dość szybko czarny punkt. Ów ptakopodobny kształt leciał na niebie co jakiś czas opadając nieco by ponownie wzbić się wyżej, wyglądało to tak jakby coś nie chciało za wszelką cenę spaść na ziemię. Haru puścił się biegiem w stronę ów dziwnej istoty, była znacznie większa niż jakikolwiek znany mu ptak, dłuższa i o bardzo dużych skrzydłach. Chłopak zignorował wołania straży przybocznej i momentalnie z cichym jękiem wymusił pojawienie się swoich skrzydeł. Wzbił się w powietrze mknąc w stronę postaci tak szybko jak mógł. W końcu rozpoznał Valdreta. –VALD! –Krzyknął lecz mężczyzna w końcu osłabł i zaczął spadać! Haru pomknął w dół wyciągnął przed siebie dłonie by złapać ukochanego nim ten uderzy z impetem w ziemię. –Vald! –Jęknął z rozpaczy, był tak blisko, ale im bardziej zbliżał się do księcia tym bliżej była też ziemia. W końcu zamachnął się mocno skrzydłami i z ulgą poczuł jak dłonie zaciskają się na szacie mężczyzny. Odetchnął złożył skrzydła nabierając w nie powietrze dzięki czemu wyhamował nim obaj zetknęli się z gruntem. Dopiero gdy spokojnie wylądowali spojrzał na ukochanego sprawdzając czy nic mu nie jest. Doznał niemałego szoku gdy ujrzał postać Valda w tej postaci. Skóra była koloru szarości zaś skrzydła nie były popękane, błoniaste czy wyposażone w szpony. Pokrywały je czarne pióra o dość ostrych krawędziach, ale w dotyku były wyjątkowo delikatne. Odgarnął dłonią włosy z twarzy kochanka. –Vald. Hej, obudź się. –Powiedział i delikatnie ucałował jego wargi, o dziwo męzczyzna od razu odwzajemnił ów muśnięcie.
-H-Haru?-Wydyszał.
-Mhm. To ja. Co ty tutaj robisz? –Spytał gładząc delikatnie jego szybko unoszącą się klatkę piersiową.
-Wyczułem, że jesteś w niebezpieczeństwie. Musiałem jak najszybciej przybyć. –Odparł wciąż oddychając jakby przebiegł, ba jakby przeleciał pół świata. Bo wiele mu chyba nie brakowało. –Jesteś cały. Tak się cieszę.
-Ty wariacie. Jesteś wyczerpany, leciałeś cały czas?
-Miałem przerwy… kilkuminutowe.
-Kilkuminutowe? Oszalałeś. –Jęknął nie wiedząc czy śmiać się czy płakać. Leżeli tak jeszcze jakiś czas dopóki Valdret nie zaczął się kłócić, że już mu lepiej i może wstać.
-Na pewno wszystko w porządku? –Spytał w końcu.
Haru milczał, nie wiedział jak ma mu to wszystko przekazać. –Cross nie umarł. I chce mnie zabić.
Vald zmarszczył brwi na jego słowa. –Dobrze, że przyleciałem. Będę miał na ciebie oko.
-Nie ty jeden, ojciec już mi załatwił nianie w osobie jego straży przybocznej. –Zironizował.
-Ale straż przyboczna nie będzie z tobą spać w jednym łóżku. –Zaśmiał się. – A ja mam taki zamiar. Mam nadzieję, że przez te dwa dni ojciec nie znalazł ci żadnej narzeczonej lub narzeczonego.
-Nie, spokojnie w zaistniałej sytuacji w sumie nie ma innego wyboru jak właśnie ciebie zaakceptować jako mojego narzeczonego.
-W jakiej sytuacji? –Spytał Vald patrząc na niego niezrozumiale.
Chłopiec wziął głęboki oddech. –Będziemy mieć dziecko.
poniedziałek, 22 września 2014
sobota, 8 marca 2014
Rozdział 13.
Zbyt szybko przemknęła ta wizyta, Haru miał wrażenie, że minęły może niecałe dwa miesiące? Nigdy nie sądził, że będzie zmuszony wracać do swojego królestwa z tak negatywnymi emocjami spowodowanymi rozstaniem z ukochanym Valdem. Pożegnania nigdy nie należały do ulubionych zajęć księcia. Ale nie było innego wyjścia jak wracać, Ojciec zarządził, że muszą być obecni podczas przygotowań do najbliższego turnieju rycerskiego. Poza tym teraz Kengo jest dziedzicem tronu i nie wypada by nie brał w nim udziału. Vald stał na dziedzińcu i patrzył na oddalający się orszak w środku którego jechał jego najcenniejszy skarb.
„-Przyjadę na turniej więc to tylko chwilowa rozłąka.” –Przypomniał sobie swoje słowa które skierował jeszcze chwilę temu w stronę Haru. Vald czuł jak serce powoli staje się świadome tego co traci, nawet jeśli na krótki czas. Jego aniołek znikł w końcu gdzieś na horyzoncie, pochłonięty przez jasne promienie słońca i zalesione tereny królestwa.
----
-Heh zobaczysz magu, że będziesz jeszcze za mną tęsknić. –Odparł Kengo do Drava zanim jeszcze wyjechali. –W końcu doświadczyłeś tego co mało kto miał okazję, pieprzyłeś się z przyszłym królem.
-Lepiej szybko stąd wyjedź. Bo na odchodnym ci przywalę jakimś zabójczym zaklęciem głupi wilku. –Nawet Drav czuł, że spotkanie z tym samolubnym idiotą nie było zbiegiem okoliczności. Wolał jednak sam sobie tego nie przyznać, będzie tęsknić za głupimi i od czasu do czasu wrednymi tekstami księcia Kengo. W końcu wszedł do zamku nie chcąc w przeciwieństwie do Valda patrzeć jak orszak wyrusza. Gdzieś w środku serca jednak czuł tęsknotę i chyba nie tylko do swojego nowego przyjaciela Haru.
----
-Haruhi nie cieszysz się, że wracamy do domu? –Spytała matka jadąc obok na gniadej klaczce. –Ojciec na pewno się stęsknił za wami. Nie był do końca zadowolony, że i ja go opuszczam by was odwiedzić. Został sam mając na ramionach odpowiedzialność za królestwo.
Haru milczał, jakoś nie potrafił odpowiednio dobrać słów. Czuł, że powrót do domu będzie łączył się z samotnością i krwawiącym sercem. Dopiero co zyskał coś cennego a teraz musiał się z tym rozstać. Pogładził swoją klaczkę po jasnej szyi i rozejrzał się dookoła. Krajobraz powoli się zmieniał. W oddali na końcu górskiej doliny widać było jaśniejące morze – znak, że właśnie tam czeka dom.
Kengo jechał na przodzie co jakiś czas oglądając się w stronę swojego młodszego brata. Fakt faktem on sam jechał tam bo musiał, ale po co ojciec zarządził żeby i młody wrócił? Przez dłuższy czas mężczyzna miał wrażenie, że orszak jest obserwowany. Coś tu naprawdę było podejrzane tylko nie mógł dojść do tego co przywołuję ów dziwne odczucia.
----
Vald stał na niewielkiej polanie w lesie za zamkiem. Postanowił nieco poćwiczyć niedawno uzyskane umiejętności bo przecież dopiero co udało mu się zapanować nad swoją wampiryczną połową. Na początek przemiana. Chciał sam spowodować częściowe przeobrażenie. Zacznijmy od ręki. Wyciągnął dłoń w stronę drzewa które rosło naprzeciw i zacisnął palce. Od razu ogarnęło go początkowo palące uczucie, ale po chwili nastał lodowaty chłód. Ręka zaczęła się dziwnie deformować przybrała szarawy odcień, ale nagle szybko przestała się zmieniać. Była zwyczajna z tym, że kolor nadal był lekko szarawy.
-Co jest? Nagle odwidziało ci się przemieniać? Kurwa no dalej. –Krzyknął i nagle w jego dłoni pojawił się ten sam znajomy kłąb zmieszanej purpurowej i lodowato zimnej magii. To było dziwne bo do tej pory jego ręka musiała wyglądać jak psu z gardła wyjęta by doszło do pokazania się wampirze energii. Podszedł do drzewa i nawet nie musiał go dotykać wystarczyło niewielkie zbliżenie by kora w jednym miejscy zgniła i po chwili rozpadła się na kawałeczki zupełnie jakby wyżarły ją korniki. Skoro ręka strajkuje i nie chce się przemienić całkowicie to może warto by sprawdzić co będzie z resztą ciała. Valdret zamknął oczy i skupił się na czymś co go zazwyczaj wkurwiało. Silne emocje najlepiej powodowały przemiany. Kiedy jego ciało ogarnęło uczucie z wcześniej po chwili otworzył oczy i podszedł do pobliskiego strumyka by sprawdzić jak wygląda jego wampirza postać. Spodziewał się ujrzeć obrzydliwą postać, pomarszczoną i łuskowatą gdzieniegdzie. Zamiast tego ujrzał siebie. Swoją twarz, ale skóra była szara tak samo jak przedtem jego ręka. –Co jest? –Wszystko było dziwne i na opak. Przecież tyle razy opowiadano mu jak wygląda podczas przemiany i to co tu ujrzał odbiegało od tych zeznań. No, ale skrzydła zawsze były okropne i błoniaste więc to na pewno się nie zmieniło. Chwilowy ból na plecach i po chwili na światło dzienne ukazała się para wielkich skrzydeł. Vald aż otworzył usta ze zdziwienia. Skrzydła już wcale nie pokrywała błona, kolce znikły, brakowało też blizn i dziwnych dziur spowodowanych walkami. Teraz jego skrzydła wyglądały zupełnie inaczej.
-Hej Vald, szukałem cię… O KURWA. –Mag stał parę metrów dalej i patrzył z osłupieniem na swojego brata. –Coś ty kurna zrobił?
-Wydaje mi się, że to nie moja zasługa, ale musisz mi pomóc to sprawdzić.
----
Droga do domu trwała dosłownie dwa dni. Podczas tej podróży Haru czuł się jakby szedł na ścięcie. Jakby ten wyjazd był wyrokiem który zapadł, wyrokiem który oznaczał koniec jego szczęścia u boku Valda. Rockenweid było zieloną krainą nad wielkim Oceanem Gromów. Sam zamek ulokowany całkiem niedaleko wybrzeża miał okazje podziwiać zachodzące słońce które spowijał każdego wieczory spokojny błękit tafli wody. W tym kraju pogoda była trudna do przewidzenia, ale naprawdę łatwo było się do tego przyzwyczaić. Zamek w końcu ugościł ich swoim monumentalizmem. Wielkie wrota otwarły się prezentując piękne kamienne dzieła architektury. Żołnierze salutowali witając powracającą rodzinę królewską. Trójka wysoko urodzonych osób zeszła z koni i przekraczając próg zamku weszli do środka. Kierując się wielkim korytarzem doszli do Sali tronowej, gdzie tuż przy ogromnym oknie stał król.
-Tato. –Krzyknął Haru i podbiegł do ojca z szerokim uśmiechem. Człowiek ów liczył sobie może z 50 wiosen ale wygląd postarzał go, widać było, że czas i doświadczenie odbiły na nim srogie piętno.
-No naprawdę nie wiem po co was tam wysyłałem przez to zostałem pozbawiony radości oglądania moich synów i żony. –Zmierzwił włosy syna a po chwili już klepał dumnie starszego Kango i składał pocałunek na policzku swojej ukochanej. –No dobrze najpierw coś zjecie a potem opowiecie mi ze szczegółami co działo się u naszych sąsiadów. Znając was wpakowaliście się w niemałe kłopoty.
Haruhi razem z bratem poszli do swoich komnat żeby się przygotować na kolacji. Chłopiec otworzył drzwi i wszedł do jasnego pomieszczenia. Z jednej strony widniała biblioteczka pełna ksiąg i różnych pergaminów z drugiej biurko i krzesło w pięknym wzorzystym obiciem. Tuż przy oknie zaś znajdowało się ogromne łoże. Okno z drzwiczkami prowadziło na balkonik z widokiem na morze. Przy samym wejściu Haruhiego uderzyła w twarz ta morska bryza, lekko słonawe powietrze. Był w domu, czuł to ale jednocześnie odczuwał też tą straszną pustkę. Chłopiec westchnął tylko i szybko przebrał się w świeże szaty aby po chwili móc wrócić do oczekujących go osób.
W jadalni już siedział Król z małżonką która zapewne opowiadała mu co też ich spotkało u sąsiadów. Kengo wszedł zaraz po swoim braciszku więc obaj zajęli swoje miejsca przy stole u boku króla.
-No dobrze to opowiadajcie w co się wpakowaliście. –Powiedział w końcu ojciec do swoich synów gdy złóżba zaczęła wnosić na sale jedzenie.
-W sumie nic ciekawego. Haru pobawił się w bohatera i uratował jednego z synów Króla, potem się zakochali i co najciekawsze Haru w końcu odkrył magię. –Streścił Kengo.
-Naprawdę? Haru a mógłbyś zademonstrować? –Spytał swojego najmłodszego syna.
-Spokojnie skarbie nie musisz pokazywać skrzydeł. –Dodała matka kiedy Haru wzdrygnął się.
Chłopiec po chwili siedział na krześle z białymi włosami a dookoła niego aż biła czysta magia.
-Zupełnie jak w dniu jego narodzin. Istny aniołek, cała matka. –Zaśmiał się Król widzac że jego najmłodszy syn rumieni się. –Haru cieszę się, że polubiłeś Księcia Valdreta i wybacz że was wezwałem wcześniej, ale w związku ze zdradą i śmiercią Crossa nie miałem innego wyboru. Kengo teraz ty jesteś następca tronu a w związku z nadchodzącymi zawodami musisz być obecny w królestwie.
-Rozumiem ojcze. –Odparł Kengo. –Ale Haru nie mógł tam zostać?
-No niestety. Bo widzicie teraz kiedy Haru odkrył magię to stało się coś czego bym się nie spodziewał. –Wysunął z kieszeni list z czarną pieczęcią. –To pogróżka. Ktoś chce uśmiercić Haruhiego. Spojrzał na list i przeczytał:
„Wydaj syna anioła, albo sami po niego przyjdziemy a z waszego królestwa nie pozostanie kamień na kamieniu. Nas nie da się od tak zabić.”
Haru spojrzał na swój talerz który w sumie był już prawie pusty. Ktoś pragnie jego śmierci? Ale dlaczego? Kto? Przecież nikomu nic nie zrobił. Czuł się jakby brał udział w jakiejś dziwnej historii w której szczęśliwy koniec jest tylko mitem, czymś nieosiągalnym. Wstał z miejsca i spojrzał na ojca.
-Nie chce narażać królestwa, ale nie chce tez umrzeć.
-Spokojnie synu, nie mam zamiaru od tak oddać im swojego dziecka. Nigdy nie przegraliśmy walki i tej też nie przegramy.
Haru uśmiechnął się delikatnie i poszedł do siebie, był zmęczony za dużo tego jak na jeden dzień. Musiał odpocząć. W komnacie zdjął szatę i opadł bezwładnie na łóżko. Czuł, że tej nocy nie zaśnie tak łatwo, ale z drugiej strony tak bardzo chciał usnąć i choć na chwilkę zapomnieć.
Cisza.
Trwała noc kiedy w komnacie Haru pojawił się dziwny cień. Chłopiec nie zdając sobie sprawy z niczego spał spokojnie. Nie zareagował gdy ktoś od tak związał go przywiązując łańcuchami do łóżka. Dopiero gdy ciepło kołdry znikło chłopiec otworzył oczy, chciał krzyknąć, ale jego usta ktoś zakneblował. Nie wiedział co się dzieje dopóki z cienia nie wyszła osoba której nigdy nie spodziewał się ujrzeć.
-Witaj bracie. –Odparł Cross chłodnym głosem który ranił uszy młodszego jak sztylet. –Naprawdę myślałeś, że już nie będę cię nękać? Musze cię zasmucić, nas nie da się zabić. –Podszedł do łóżka trzymając w dłoni miecz schowany na szczęście w pochwie.
Haru chciał krzyczeć, ktokolwiek niech ktoś mu pomoże.
-Czas zapłaty jest blisko. Musisz zginąć, ale najpierw zabawimy się. –Przewrócił chłopca na brzuch i po chwili w komnacie słychać było okropny jęk. Rękojeść miecza znikła w ciele chłopca który najnormalniej był nią teraz gwałcony. Do oczu napłynęły mu łzy, czuł się jakby rozrywano go na części jakby ta niby tępa rękojeść cięła gorzej niż ostrze. Jeśli tak miał wyglądać koniec chłopca, to dlaczego Cross nie mógł zabić go od razu. Dlaczego musiał poniżać i ranić chłopca jeszcze bardziej. Starszemu nie było dość, z każdą chwilą poruszał rękojeścią szybciej, głębiej, bardziej raniąc młodszego który leżał i łkał czując się jak szmata, dziwka, zwierzę które wolałoby zawisnąć nad kominkiem niż umierać w męczarniach trafione strzałą z trucizną.
-Czas abym teraz ja się zabawił. –Z uśmiechem wyjął z chłopca miecz i zanim Haru zrozumiał co ten ma na myśli na podłodze wylądowała szata mężczyzny.
Dookoła Haru zebrała się biała mgła kumulując się w jednym punkcie i przybierając po chwili kształt rosłego mężczyzny ze skrzydłami i wielkim mieczem. Ów postać stanęła między napastnikiem a ofiarą celując w oprawcę wielką klingą.
-Tknij, a umrzesz. –To nawet nie był głos a raczej szum który ułożył się w słowa. Postać zamachnęła się trafiając Crossa prosto w pierś. Haru łkał cicho przyglądając się całej akcji, w końcu jego „brat” znikł a ostatnie co usłyszał to słowa: „ Kiedyś znowu wrócę. Nas nie da się zabić.”
Do pokoju wpadł Kengo.
-Haru wyczułem coś dziwnego. –Spojrzał na swojego brata skutego łańcuchami i zakrwawioną pościel po chwili jakby doszło do niego co musiało się stać. - Boże Haru kto ci to zrobił?-Szybko rozkuł brata tuląc go do siebie i patrząc na mgielną postać ze zdziwieniem.
-Cross.
-Co?!
-On żyje. Powiedział.. hlip, powiedział, że jego nie da się zabić. –Załkał tuląc się do brata. Chciał znów zobaczyć Valda chciał go dotknąć chciał znów czuć się bezpiecznie.
----
Vald obudził się zalany potem. Dłoń pulsowała groźnie a czerwone oko błyszczało i mieniło się ogniem. Sen który mu się przyśnił był raczej koszmarem. Haru, umierał. Szybko spojrzał za okno niebo było oświetlane przez księżyc zabarwiony na lekki pomarańcz. Czyżby następna pełnia miała być krwista? Wstał z łóżka i podreptał do komnaty króla. Zapukał do środka a gdy otworzył mu ojciec od razu powiedział o co chodzi.
-Jadę do Rockenweid, Haru jest w niebezpieczeństwie.
----
Haru spał u Kengo. Obaj spokojnie zmieścili się na łóżku a chłopiec nie potrafiłby spokojnie zasnąć w obawie, że Cross się znowu pojawi. To wszystko go przerastało. Ostatnio miał dziwne wrażenie, że coś się w nim zmieniło, że jego ciało jest inne, inaczej reaguje i odbiera bodźce. Jedna z dłoni Haruhiego spoczęła na jego klatce piersiowej by po chwili zsunąć się niżej.
Coś się zmieniło przez ostatnie parę miesięcy.
„-Przyjadę na turniej więc to tylko chwilowa rozłąka.” –Przypomniał sobie swoje słowa które skierował jeszcze chwilę temu w stronę Haru. Vald czuł jak serce powoli staje się świadome tego co traci, nawet jeśli na krótki czas. Jego aniołek znikł w końcu gdzieś na horyzoncie, pochłonięty przez jasne promienie słońca i zalesione tereny królestwa.
----
-Heh zobaczysz magu, że będziesz jeszcze za mną tęsknić. –Odparł Kengo do Drava zanim jeszcze wyjechali. –W końcu doświadczyłeś tego co mało kto miał okazję, pieprzyłeś się z przyszłym królem.
-Lepiej szybko stąd wyjedź. Bo na odchodnym ci przywalę jakimś zabójczym zaklęciem głupi wilku. –Nawet Drav czuł, że spotkanie z tym samolubnym idiotą nie było zbiegiem okoliczności. Wolał jednak sam sobie tego nie przyznać, będzie tęsknić za głupimi i od czasu do czasu wrednymi tekstami księcia Kengo. W końcu wszedł do zamku nie chcąc w przeciwieństwie do Valda patrzeć jak orszak wyrusza. Gdzieś w środku serca jednak czuł tęsknotę i chyba nie tylko do swojego nowego przyjaciela Haru.
----
-Haruhi nie cieszysz się, że wracamy do domu? –Spytała matka jadąc obok na gniadej klaczce. –Ojciec na pewno się stęsknił za wami. Nie był do końca zadowolony, że i ja go opuszczam by was odwiedzić. Został sam mając na ramionach odpowiedzialność za królestwo.
Haru milczał, jakoś nie potrafił odpowiednio dobrać słów. Czuł, że powrót do domu będzie łączył się z samotnością i krwawiącym sercem. Dopiero co zyskał coś cennego a teraz musiał się z tym rozstać. Pogładził swoją klaczkę po jasnej szyi i rozejrzał się dookoła. Krajobraz powoli się zmieniał. W oddali na końcu górskiej doliny widać było jaśniejące morze – znak, że właśnie tam czeka dom.
Kengo jechał na przodzie co jakiś czas oglądając się w stronę swojego młodszego brata. Fakt faktem on sam jechał tam bo musiał, ale po co ojciec zarządził żeby i młody wrócił? Przez dłuższy czas mężczyzna miał wrażenie, że orszak jest obserwowany. Coś tu naprawdę było podejrzane tylko nie mógł dojść do tego co przywołuję ów dziwne odczucia.
----
Vald stał na niewielkiej polanie w lesie za zamkiem. Postanowił nieco poćwiczyć niedawno uzyskane umiejętności bo przecież dopiero co udało mu się zapanować nad swoją wampiryczną połową. Na początek przemiana. Chciał sam spowodować częściowe przeobrażenie. Zacznijmy od ręki. Wyciągnął dłoń w stronę drzewa które rosło naprzeciw i zacisnął palce. Od razu ogarnęło go początkowo palące uczucie, ale po chwili nastał lodowaty chłód. Ręka zaczęła się dziwnie deformować przybrała szarawy odcień, ale nagle szybko przestała się zmieniać. Była zwyczajna z tym, że kolor nadal był lekko szarawy.
-Co jest? Nagle odwidziało ci się przemieniać? Kurwa no dalej. –Krzyknął i nagle w jego dłoni pojawił się ten sam znajomy kłąb zmieszanej purpurowej i lodowato zimnej magii. To było dziwne bo do tej pory jego ręka musiała wyglądać jak psu z gardła wyjęta by doszło do pokazania się wampirze energii. Podszedł do drzewa i nawet nie musiał go dotykać wystarczyło niewielkie zbliżenie by kora w jednym miejscy zgniła i po chwili rozpadła się na kawałeczki zupełnie jakby wyżarły ją korniki. Skoro ręka strajkuje i nie chce się przemienić całkowicie to może warto by sprawdzić co będzie z resztą ciała. Valdret zamknął oczy i skupił się na czymś co go zazwyczaj wkurwiało. Silne emocje najlepiej powodowały przemiany. Kiedy jego ciało ogarnęło uczucie z wcześniej po chwili otworzył oczy i podszedł do pobliskiego strumyka by sprawdzić jak wygląda jego wampirza postać. Spodziewał się ujrzeć obrzydliwą postać, pomarszczoną i łuskowatą gdzieniegdzie. Zamiast tego ujrzał siebie. Swoją twarz, ale skóra była szara tak samo jak przedtem jego ręka. –Co jest? –Wszystko było dziwne i na opak. Przecież tyle razy opowiadano mu jak wygląda podczas przemiany i to co tu ujrzał odbiegało od tych zeznań. No, ale skrzydła zawsze były okropne i błoniaste więc to na pewno się nie zmieniło. Chwilowy ból na plecach i po chwili na światło dzienne ukazała się para wielkich skrzydeł. Vald aż otworzył usta ze zdziwienia. Skrzydła już wcale nie pokrywała błona, kolce znikły, brakowało też blizn i dziwnych dziur spowodowanych walkami. Teraz jego skrzydła wyglądały zupełnie inaczej.
-Hej Vald, szukałem cię… O KURWA. –Mag stał parę metrów dalej i patrzył z osłupieniem na swojego brata. –Coś ty kurna zrobił?
-Wydaje mi się, że to nie moja zasługa, ale musisz mi pomóc to sprawdzić.
----
Droga do domu trwała dosłownie dwa dni. Podczas tej podróży Haru czuł się jakby szedł na ścięcie. Jakby ten wyjazd był wyrokiem który zapadł, wyrokiem który oznaczał koniec jego szczęścia u boku Valda. Rockenweid było zieloną krainą nad wielkim Oceanem Gromów. Sam zamek ulokowany całkiem niedaleko wybrzeża miał okazje podziwiać zachodzące słońce które spowijał każdego wieczory spokojny błękit tafli wody. W tym kraju pogoda była trudna do przewidzenia, ale naprawdę łatwo było się do tego przyzwyczaić. Zamek w końcu ugościł ich swoim monumentalizmem. Wielkie wrota otwarły się prezentując piękne kamienne dzieła architektury. Żołnierze salutowali witając powracającą rodzinę królewską. Trójka wysoko urodzonych osób zeszła z koni i przekraczając próg zamku weszli do środka. Kierując się wielkim korytarzem doszli do Sali tronowej, gdzie tuż przy ogromnym oknie stał król.
-Tato. –Krzyknął Haru i podbiegł do ojca z szerokim uśmiechem. Człowiek ów liczył sobie może z 50 wiosen ale wygląd postarzał go, widać było, że czas i doświadczenie odbiły na nim srogie piętno.
-No naprawdę nie wiem po co was tam wysyłałem przez to zostałem pozbawiony radości oglądania moich synów i żony. –Zmierzwił włosy syna a po chwili już klepał dumnie starszego Kango i składał pocałunek na policzku swojej ukochanej. –No dobrze najpierw coś zjecie a potem opowiecie mi ze szczegółami co działo się u naszych sąsiadów. Znając was wpakowaliście się w niemałe kłopoty.
Haruhi razem z bratem poszli do swoich komnat żeby się przygotować na kolacji. Chłopiec otworzył drzwi i wszedł do jasnego pomieszczenia. Z jednej strony widniała biblioteczka pełna ksiąg i różnych pergaminów z drugiej biurko i krzesło w pięknym wzorzystym obiciem. Tuż przy oknie zaś znajdowało się ogromne łoże. Okno z drzwiczkami prowadziło na balkonik z widokiem na morze. Przy samym wejściu Haruhiego uderzyła w twarz ta morska bryza, lekko słonawe powietrze. Był w domu, czuł to ale jednocześnie odczuwał też tą straszną pustkę. Chłopiec westchnął tylko i szybko przebrał się w świeże szaty aby po chwili móc wrócić do oczekujących go osób.
W jadalni już siedział Król z małżonką która zapewne opowiadała mu co też ich spotkało u sąsiadów. Kengo wszedł zaraz po swoim braciszku więc obaj zajęli swoje miejsca przy stole u boku króla.
-No dobrze to opowiadajcie w co się wpakowaliście. –Powiedział w końcu ojciec do swoich synów gdy złóżba zaczęła wnosić na sale jedzenie.
-W sumie nic ciekawego. Haru pobawił się w bohatera i uratował jednego z synów Króla, potem się zakochali i co najciekawsze Haru w końcu odkrył magię. –Streścił Kengo.
-Naprawdę? Haru a mógłbyś zademonstrować? –Spytał swojego najmłodszego syna.
-Spokojnie skarbie nie musisz pokazywać skrzydeł. –Dodała matka kiedy Haru wzdrygnął się.
Chłopiec po chwili siedział na krześle z białymi włosami a dookoła niego aż biła czysta magia.
-Zupełnie jak w dniu jego narodzin. Istny aniołek, cała matka. –Zaśmiał się Król widzac że jego najmłodszy syn rumieni się. –Haru cieszę się, że polubiłeś Księcia Valdreta i wybacz że was wezwałem wcześniej, ale w związku ze zdradą i śmiercią Crossa nie miałem innego wyboru. Kengo teraz ty jesteś następca tronu a w związku z nadchodzącymi zawodami musisz być obecny w królestwie.
-Rozumiem ojcze. –Odparł Kengo. –Ale Haru nie mógł tam zostać?
-No niestety. Bo widzicie teraz kiedy Haru odkrył magię to stało się coś czego bym się nie spodziewał. –Wysunął z kieszeni list z czarną pieczęcią. –To pogróżka. Ktoś chce uśmiercić Haruhiego. Spojrzał na list i przeczytał:
„Wydaj syna anioła, albo sami po niego przyjdziemy a z waszego królestwa nie pozostanie kamień na kamieniu. Nas nie da się od tak zabić.”
Haru spojrzał na swój talerz który w sumie był już prawie pusty. Ktoś pragnie jego śmierci? Ale dlaczego? Kto? Przecież nikomu nic nie zrobił. Czuł się jakby brał udział w jakiejś dziwnej historii w której szczęśliwy koniec jest tylko mitem, czymś nieosiągalnym. Wstał z miejsca i spojrzał na ojca.
-Nie chce narażać królestwa, ale nie chce tez umrzeć.
-Spokojnie synu, nie mam zamiaru od tak oddać im swojego dziecka. Nigdy nie przegraliśmy walki i tej też nie przegramy.
Haru uśmiechnął się delikatnie i poszedł do siebie, był zmęczony za dużo tego jak na jeden dzień. Musiał odpocząć. W komnacie zdjął szatę i opadł bezwładnie na łóżko. Czuł, że tej nocy nie zaśnie tak łatwo, ale z drugiej strony tak bardzo chciał usnąć i choć na chwilkę zapomnieć.
Cisza.
Trwała noc kiedy w komnacie Haru pojawił się dziwny cień. Chłopiec nie zdając sobie sprawy z niczego spał spokojnie. Nie zareagował gdy ktoś od tak związał go przywiązując łańcuchami do łóżka. Dopiero gdy ciepło kołdry znikło chłopiec otworzył oczy, chciał krzyknąć, ale jego usta ktoś zakneblował. Nie wiedział co się dzieje dopóki z cienia nie wyszła osoba której nigdy nie spodziewał się ujrzeć.
-Witaj bracie. –Odparł Cross chłodnym głosem który ranił uszy młodszego jak sztylet. –Naprawdę myślałeś, że już nie będę cię nękać? Musze cię zasmucić, nas nie da się zabić. –Podszedł do łóżka trzymając w dłoni miecz schowany na szczęście w pochwie.
Haru chciał krzyczeć, ktokolwiek niech ktoś mu pomoże.
-Czas zapłaty jest blisko. Musisz zginąć, ale najpierw zabawimy się. –Przewrócił chłopca na brzuch i po chwili w komnacie słychać było okropny jęk. Rękojeść miecza znikła w ciele chłopca który najnormalniej był nią teraz gwałcony. Do oczu napłynęły mu łzy, czuł się jakby rozrywano go na części jakby ta niby tępa rękojeść cięła gorzej niż ostrze. Jeśli tak miał wyglądać koniec chłopca, to dlaczego Cross nie mógł zabić go od razu. Dlaczego musiał poniżać i ranić chłopca jeszcze bardziej. Starszemu nie było dość, z każdą chwilą poruszał rękojeścią szybciej, głębiej, bardziej raniąc młodszego który leżał i łkał czując się jak szmata, dziwka, zwierzę które wolałoby zawisnąć nad kominkiem niż umierać w męczarniach trafione strzałą z trucizną.
-Czas abym teraz ja się zabawił. –Z uśmiechem wyjął z chłopca miecz i zanim Haru zrozumiał co ten ma na myśli na podłodze wylądowała szata mężczyzny.
Dookoła Haru zebrała się biała mgła kumulując się w jednym punkcie i przybierając po chwili kształt rosłego mężczyzny ze skrzydłami i wielkim mieczem. Ów postać stanęła między napastnikiem a ofiarą celując w oprawcę wielką klingą.
-Tknij, a umrzesz. –To nawet nie był głos a raczej szum który ułożył się w słowa. Postać zamachnęła się trafiając Crossa prosto w pierś. Haru łkał cicho przyglądając się całej akcji, w końcu jego „brat” znikł a ostatnie co usłyszał to słowa: „ Kiedyś znowu wrócę. Nas nie da się zabić.”
Do pokoju wpadł Kengo.
-Haru wyczułem coś dziwnego. –Spojrzał na swojego brata skutego łańcuchami i zakrwawioną pościel po chwili jakby doszło do niego co musiało się stać. - Boże Haru kto ci to zrobił?-Szybko rozkuł brata tuląc go do siebie i patrząc na mgielną postać ze zdziwieniem.
-Cross.
-Co?!
-On żyje. Powiedział.. hlip, powiedział, że jego nie da się zabić. –Załkał tuląc się do brata. Chciał znów zobaczyć Valda chciał go dotknąć chciał znów czuć się bezpiecznie.
----
Vald obudził się zalany potem. Dłoń pulsowała groźnie a czerwone oko błyszczało i mieniło się ogniem. Sen który mu się przyśnił był raczej koszmarem. Haru, umierał. Szybko spojrzał za okno niebo było oświetlane przez księżyc zabarwiony na lekki pomarańcz. Czyżby następna pełnia miała być krwista? Wstał z łóżka i podreptał do komnaty króla. Zapukał do środka a gdy otworzył mu ojciec od razu powiedział o co chodzi.
-Jadę do Rockenweid, Haru jest w niebezpieczeństwie.
----
Haru spał u Kengo. Obaj spokojnie zmieścili się na łóżku a chłopiec nie potrafiłby spokojnie zasnąć w obawie, że Cross się znowu pojawi. To wszystko go przerastało. Ostatnio miał dziwne wrażenie, że coś się w nim zmieniło, że jego ciało jest inne, inaczej reaguje i odbiera bodźce. Jedna z dłoni Haruhiego spoczęła na jego klatce piersiowej by po chwili zsunąć się niżej.
Coś się zmieniło przez ostatnie parę miesięcy.
niedziela, 26 stycznia 2014
Rozdział 12.
Draw siedział w swojej komnacie w północnej części zamku. Rzadko kiedy wpuszczał kogokolwiek do tego zawalonego księgami i zwojami pomieszczenia. Mimo, że wydawało się małe, to mag z wielką dumą mógł przyznać, że za sprawą własnej magii powiększył je optycznie dodając gdzieniegdzie dodatkowy pokój bądź regał na papiery od których biła jakaś tajemnicza moc. Wszystko pięknie i z pewnością niejeden jego kolega z akademii magów chciałby zagościć u młodego czarodzieja, gdyby nie fakt, że jego pochodzenia trochę ich odstraszało. W końcu syn Króla. Nie każdy w akademii mógł się pochwalić takim pochodzeniem. Akurat trwała niemała rozróba spowodowana zniknięciem Haru i wieściami o kłusownikach którzy panoszyli się po pobliskim lesie. Draw siedział w bibliotece obładowany jakimiś starymi księgami, gdy do środka wszedł Brat Antognita który zajmował się tamtejszymi zbiorami.
-O Dravinie nie pomagasz w poszukiwaniach Księcia Haruhiego? –Spytał starszy mężczyzną kładąc na pulpicie dwa wielkie tomy „Drakh’s Agonit” - Gdyby nie moje stare kości i słaby wzrok sam pomógłbym w poszukiwaniach.
-Oj tam staruszku, jeszcze nas wszystkich przeżyjesz. Gdy tylko znajdę odpowiednią książkę i dokończę wywar w mojej komnacie to pójdę i pomogę. Na razie jeden człowiek mniej czy więcej różnicy nie zrobi, poza tym Haru wróci, obraził się o pierdołę bo mój głupi brat okazał się niezbyt rozgarnięty.
-Książe Valdret zawsze był lekkomyślny i nie potrafił zachować się odpowiednio w sytuacji która tego wymagała. –Zaśmiał się swoim starczym podłamanym głosem który po chwili zagłuszył kaszel z rogu pokoju. –Skrybo prosiłem Cię żebyś skończył przepisywać ten podręcznik wczoraj wieczorem. Dlaczego jeszcze tu jesteś? –Westchnął odnosząc stosik pergaminów na odpowiednią półkę.
-To ja już może lepiej, pójdę widzę, że jesteście bardzo zajęci. –Drav zabrał ze sobą księgę i ruszył w stronę swojej komnaty. Musiał dokończyć przygotowywanie wywaru dla tego zapatrzonego w siebie delikwenta którym był brat Haruhiego. Nigdy nie sądził, że będzie zmuszony jakkolwiek mu pomóc, ale no cóż skoro królowa go o to prosiła, a przecież matce która troszczy się o dziecko nie wypada odmawiać.
-Ciesz się głupi wilku, że twoja matka mnie o to prosiła. –Rzekł sam do siebie i wszedł do swojego „gniazda” jak zwykł to nazywać. W środku od razu podszedł do sporej wielkości stołu na którym znajdowały się różne alembiki i składniki alchemiczne. Na czym to skończył? No tak ach ta niezawodna pamięć, wyszedł dosłownie na kilka chwil po księga pozostawiając gotujący się wywar tak jak pisało w przepisie i już raczył zapomnieć na jakim etapie jest. Zerknął więc na kartkę pergaminu leżącą obok i z lekkim uśmiechem dodał do alembiku kolejny składnik. Ponownie skupił wzrok na kartce i mina mu zrzedła. Jak to? To tyle? Koniec? Teraz musi tylko czekać pięć godzin aż się zaparzy? Westchnął i podszedł do swojego wielkiego łóżka. To teraz czas na drzemkę. Wskoczył na miękką pościel i ułożył się odpowiednio, tak żeby było mu wygodnie, czyli pozycja embrionalna.
----
Larien i Libell szły przez dłuższy korytarz aby zrobić swojemu braciszkowi niespodziankę i dać mu do pokoju świeżo zerwane kwiaty. Wszyscy poszli poszukać Haru a dziewczynki jako, że były za małe nie mogły w tym uczestniczyć. Postanowiły więc zająć się swoimi sprawami.
-Larien ostatnio dawałyśmy mu róże po co je zerwałaś? Jak tak dalej pójdzie to mu się znudzą, trzeba dać tym razem fiołki. –Odparła bliźniaczka otwierając drzwi do komnaty brata. –Ciii.. śpi. –Weszły do środka bardzo cichutko mijając śpiącego na łóżku Dravina. Ułożyły szybko kwiaty w wazonach.
-Libell, chodź. Zobacz. –Siostra wskazywała na stół z alembikami. –Co to?
-Hmm pachnie.. pachnie. –Powąchała. –Zupełnie jak herbata, ta którą ostatnio pił Drav, ale kolor nie ten. Tamta była czerwona a ta niebieska. Hmm Pewnie Dravin był tak zmęczony że nie dokończył. Może go wyręczymy? –Z uśmiechem wrzuciły do małego kociołka jakieś listki które wzięły za te herbaciane. Od razu wywar przybrał różowy kolor.
-Jaki ładny kolorek. Nalejmy nieco Dravinowi jak się obudzi będzie mógł od razu się napić. –Uśmiechnęły się radośnie i tak też zrobiły. O dziwo śliczna zielona karafka nie miała wpływu na kolor mikstury, dalej było przez nią widać różowy odcień.
-Hej, a co jeśli to nie jest herbata?
-A co innego? Przecież dobrze wiesz, że ostatnio Drav pytał się kucharza o to skąd bierze listki, to na pewno herbata. A my ją dokończyłyśmy. –Złapała siostrę za dłoń i wyszły z komnaty.
----
Drav obudził się i przeciągnął ziewając przy tym. No tak nie ma to jak drzemka w ciągu dnia, uwielbiał leniuchować, zwłaszcza gdy nie musiał iść na zajęcia do akademii magów. Zapewne, gdyby nie ten eliksir to po prostu poszedłby sobie poćwiczyć rzucanie jakiegoś zaklęcia, choćby sprawiającego, że dostanie śniadanie do łóżka. Delikatnie uśmiechnął się widząc, że siostry jak zwykle postanowiły nie oszczędzić mu podziwiania kwiatów. No naprawdę niedługo zniknie ogród jeśli nie przestaną dostarczać wszystkim dookoła świeżych kwiatuszków. W miarę szybko zwlekł się z łóżka i spojrzał na karafkę w której znajdował się jakiś płyn. Kolorem przypominał herbatę którą pił niedawno więc z lekkim uśmiechem postanowił się napić. Nalał sobie nieco do szklanki i od razu bez wahania wypił. Po krótkiej chwili zebrało mu się na wymioty bo płyn miał dziwny mydlany posmak i na pewno nie był to smak herbaty. Szybko pobiegł do okna otwierając je na oścież i wychylając się lekko za nie wziął głęboki oddech.
-Kurwa co to? Obrzydliwe. –Zaklął i spojrzał po chwili na alembik z naparem dla Kengo. Czy na pewno miał być tego koloru? No trudno, najwyżej książę zamieni się w żabę. Zaśmiał się w duchu i złapał za pusty flakonik aby przelać doń eliksir. Przeczesał dłonią niesforne kosmyki włosów, poprawił okulary które lekko się osunęły i z wyszedł z komnaty kierując się do tej w której leżał „obłożnie chory” mężczyzna.
----
-Nigdy bym nie pomyślał, że walka z Crossem doprowadzi mnie do takiego stanu –Powiedział niby to w pustą przestrzeń, ale wiedział, że jego wilczy przyjaciel wewnątrz jego ciała go teraz słucha.-To wszystko przez ciebie, mogłeś zrobić unik. –Palnął zaczepnie, ale poskutkowało to tylko tym, że Menfist postanowił się odgryźć i jedna z rąk Kengo sama wymierzyła za niego sprawiedliwość szczypiąc go w bok. –Ej, miałeś już tego nie robić, no stary daj spokój szczypać to mnie mogłeś jak byliśmy szczeniakami. –Roześmiał się czując, że i jego towarzysz jakby zrozumiał aluzję.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi, po chwili do środka wszedł czarodziej.
-Przyniosłem Ci twoją truci.. znaczy się twoje lekarstwo. –Ugryzł się w język. To coś co wypił w pokoju nie dawało mu spokoju, czuł dziwne mrowienie w okolicach żołądka, a jeśli to była jakaś trucizna?
-Oj no nie musiałeś się tak fatygować, na pewno znalazłby się w tym zamku ktoś kto uwinąłby się z tym szybciej. –Odparł zgryźliwie i podciągnął się lekko tak by przynajmniej usiąść na łóżku.
-A mogłem ci jednak dosypać do tego lekarstwa jakiegoś świństwa. –Westchnął żałując, że tego jednak nie zrobił. –Masz, wypij wszystko. –Podał mu naczynie czekając aż raczy wszystko wypić.
Kengo spojrzał na dziwną substancję podejrzliwie, ale mimo to wypił całą zawartość. Smakowało jak mydliny, fuj obrzydliwe. Momentalnie zebrało mu się na wymioty. –Czyś ty dodał tutaj mydlin ze swojej kąpieli? Gha, smakuje obrzydliwie.
-Mydlin? –Dziwne.
Kengo złapał się za pierś bo Menfist zaczął się dziwnie zachowywać wewnątrz niego. Czuł jakby dziwne ciepło, a w żołądku coś mu dziwnie zawirowało jakby wpuszczono tam tuzin motyli. –Kurwa co jest? –Nie doczekał się odpowiedzi bo jego postać szybko się przemieniła i na łóżku pojawił się zamiast człowieka jego wilczy kolega. Spojrzał swoimi złotymi oczyma na Dravina i oblizał pysk jakby właśnie miał zamiar go zjeść. Zeskoczył z łóżka i momentalnie pojawił się za czarodziejem zmuszając go by ten zrobił krok w tył co poskutkowało wylądowaniem na łóżku.
-Ej wilku, odwal się, nie mam zamiaru pozwolić ci się zjeść. –Otworzył szeroko oczy bo zwierzę zamiast go zaatakować zaczęło lizać pieszczotliwie jego dłoń. –Twój pan chyba nie pochwalałby takiego zachowania, on w przeciwieństwie do ciebie mnie nie lubi. –Drav pogładził go po jasnej sierści. Ogarnęło go dziwne uczucie, zupełnie jakby chciał pocałować tego psa. CO KURWA? Odsunął się momentalnie.
Wilk zaszczekał i na jego miejscu po chwili znowu stał Kengo. Z tym, że miał dziwnie wesołą minę.
----
Nie byli do końca pewni jak to się stało, że znaleźli się razem w łóżku całując się zażarcie jakby ktoś albo coś wpłynęło na ich zdrowy rozsądek, przecież nigdy w życiu nie doszłoby do tego w normalnej sytuacji. A więc co się stało tym razem? Czyżby pomylił się w przepisie? Czyżby obaj zasmakowali tego samego seksualnego wspomagacza? Drav jęknął głośno gdy starszy zanurzył w nim swoje dwa palce. Kurde, przecież to jest chore, on jest durnym wilkiem, nie lubi go, nie lubi jego arogancji a mimo to teraz go pożąda. A Kengo pożądał tego narcystycznego czarodzieja i o dziwo nie potrafił się powstrzymać przez kolejnymi poczynaniami. Chyba obaj byli świadomi, że może to zajść jeszcze dalej, że na pieszczotach się nie skończy. To było takie dziwne.
-Kurwa. –Zaklął głośniej kiedy wyjąwszy palce wszedł w ciało blondyna szybkim pchnięciem.
Dravin krzyknął wyginając swoje ciało w łuk. Nigdy nie sądził, że kiedykolwiek będzie uprawiać seks a na dodatek z mężczyzną i to jeszcze z tym konkretnym.
-Muszę ci coś przyznać. –Powiedział Kengo dysząc cicho podczas wykonywania szybszych pchnięć. –W tej sytuacji jesteś nawet uroczy magu. –Zaśmiał się widząc jego minę i trafił w czuły punkt.
Kolejny krzyk rozniósł się po komnacie. To było chore, ale Drav nie potrafił ukryć tego, że jednocześnie cholernie przyjemne.
Starszy złapał męskość partnera w swoje dłonie mając zamiar doprowadzić i jego do orgazmu. Nie przestawał się w nim poruszać, wręcz podkręcił tempo na maksimum.
W końcu po długiej i wyczekiwanej chwili padli na łóżko wykończenia do tego stopnia, że zasnęli.
----
Dravin obudził się po paru dobrych godzinach snu, czuł jakby ktoś zdzielił go czym twardym w głowę. Nie pamiętał za wiele, ale kiedy tylko się poruszył poczuł cholerny ból w dolnych partiach ciała.
-Co jest kurwa?
Rozejrzał się dookoła i kiedy jego wzrok padł na tym psie który leżał obok mina mu zrzedła. Trzepnął go mocno w czuprynę.
-Kengo… możesz mi wytłumaczyć jakim sposobem jestem z tobą… NAGI… w jednym łóżku? – Spytał Drav.
-Mam Ci wszystko przypomnieć? –Spytał mężczyzna masując swoją obolałą głowę.
-No właśnie zastanawiam się czy chce zaryzykować. –Odparł, ale w sumie nie potrzebował odpowiedzi. Wszystko pojawiło się w jego głowie i wyjaśnienia były zbędne.
-Musze przyznać, dawno z nikim mi się tak dobrze nie pieprzyło… -Nie dokończył bo dostał mocnym zaklęciem prosto w pierś co spowodowało, że go odrzuciło. Wylądował na ścianę a potem runął na podłogę. –ej Drav..
Czarodziej zebrał swoje ciuchy i wybiegł z komnaty. Ubierał się po drodze aż w końcu trafił na idących korytarzem Valda i Haru.
-Gdzie byliście?! No jasne pewnie znowu się pierdoliliście, i nie zaprzeczajcie, nie ogarniam i nie chce ogarniać. AAAAaaagrrr. –Szybko skręcił w stronę swojej komnaty pozostawiając dwóch zakochanych w totalnym osłupieniu.
-Co jest? Drav ma okres? –Spytał sam siebie Valdret.
Mag w końcu dobiegł do swojej samotni. Zatrzasnął za sobą drzwi i podszedł do stołu gdzie przygotowywał rano wywar dla tego matoła. Przeglądnął kilka ksiąg i w końcu zrozumiał czego obaj skosztowali, eliksir pożądania.
-Kurwa!-Walnął dłonią w blat stołu.
Do środka weszły bliźniaczki uśmiechnięte od ucha do ucha. –Bracie ładnie ci udekorowałyśmy pokój?
Libell spojrzała na pustą karafkę. –A herbatka ci smakowała? Specjalnie dokończyłyśmy ją parzyć kiedy ty spałeś.
-Dziewczyny… Lepiej stąd wiejcie bo zaraz mogę nie być już taki miły. –Odparł czując się jak skończony kretyn, pieprzył się z Kengo i na dodatek było mu z nim tak cholernie dobrze.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)